ďťż
,
 PORTAL  >  PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH AKTUALNOŚCI  >  PAŹDZIERNIK 2007
Capitol czeka na zmartwychwstanie
Pierwsze w Katowicach kino z wykwintną restauracją, własnym kabaretem i dancingiem, miejsce, z którego ruszył kondukt pogrzebowy Zbyszka Cybulskiego - dziś na głucho zamknięte, straszy powybijanymi oknami.
Żal patrzeć, jak olbrzymi, stuletni budynek przy ul. Plebiscytowej popada w ruinę. O tym świadku historii miasta niewiele wiadomo. Miejski konserwator zabytków nie ma na jego temat żadnych danych. Więcej wie Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic.
- Budynek zaprojektował najpewniej Carl Moritz, autor projektu Teatru Śląskiego. Pewności jednak nie ma, bo nie zachowały się żadne dokumenty, które by to potwierdzały. Jednak stylistyka obydwu budynków jest bardzo podobna. Wiadomo, że w latach 20. minionego wieku gmach kupił Alojzy Potempa, katowicki restaurator - mówi Lipońska-Sajdak.
W budynku, oprócz restauracji z własną sceną kabaretową, powstało kino Capitol. Najpierw otwarto salę na 870 foteli, potem jeszcze kolejną, mniejszą, już na 430 miejsc. W budynku mieściły się sale bilardowe, a w 1930 r. urządzono tam zawody bokserskie. Po wojnie, pod koniec lat 50., do gmachu wprowadziła się Orkiestra Radiowa - dzisiaj Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia.
- Była tam świetna akustyka. W budynku powstało wiele nagrań. Tak, to była sala koncertowa z prawdziwego zdarzenia. Jedynym mankamentem była jej wielkość - zbyt mała do wykonywania dzieł oratoryjno-symfonicznych - wspomina Beata Jankowska, reżyser dźwięku w NOSPR.
- Koncerty były tam przepiękne, ale to miejsce będzie mi się kojarzyło głównie ze styczniem 1967 r. Zginął wtedy Zbyszek Cybulski, a trumna z jego zwłokami została przy Plebiscytowej wystawiona na widok publiczny. Przyszły takie tłumy, że nie byłam w stanie wepchnąć się do środka. To właśnie stamtąd trumna z ciałem aktora została przeniesiona na cmentarz - dodaje Lipońska-Sajdak.
Na początku lat 90. orkiestra przeprowadziła się do nowej siedziby przy placu Sejmu Śląskiego, a budynek przejęli prywatni właściciele. Od tamtej pory popada w ruinę.
- Były dwie współwłaścicielki budynku. Nie ukrywam, że kontakt z nimi był niezwykle trudny. Reprezentowała je pewna kancelaria prawna, później przestała. Jedna z właścicielek mieszka za granicą - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.
Jak się dowiedzieliśmy, właściciele budynku mają zaległości z płaceniem podatku od nieruchomości. Miasto wszczęło postępowanie egzekucyjne. Kwota zadłużenia jednak jest zbyt mała, by miasto mogło przejąć budynek. (...) Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2007.10.30
Do góry
Leśnicy zniszczyli katowicką Rospudę
Jeszcze kilka dni temu w panewnickim lesie meandrował strumień. Niewielką dolinkę porastały rzadkie i chronione mchy. Przyrodnicy mówią, że to unikat, którego nie powstydziłaby się Puszcza Białowieska. Teraz strumień przekształcono w prosty rów melioracyjny. Dzieła zniszczenia dokonali w majestacie prawa sami leśnicy.
Las panewnicki w pobliżu uniwersyteckich akademików jest często odwiedzany. W czwartek na rowerze przejeżdżał tędy Grzegorz Chwoła z Ligoty. - W środku lasu stanąłem oniemiały. Zobaczyłem koparkę i wycięte drzewa w najpiękniejszym miejscu, przy malowniczej dolince, którą pokochałem jeszcze w dzieciństwie - mówi.
Chwoła niezwłocznie zawiadomił Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska. Szef placówki, dr Jerzy Parusel, dokonał wizji lokalnej. - Byłem wstrząśnięty, bo zniszczono dolinę strumyka, który naturalnie meandrował. Odsłoniły się złoża torfowe, jakich nie powstydziłaby się nawet Puszcza Białowieska - mówi Parusel.
Niestety kilometr doliny strumienia został już zniszczony - to prawie jedna trzecia całej długości. Zdewastowano najcenniejszą, bo najszerszą część u ujścia do Ślepiotki. Wycięto drzewa, koparka pogłębiła strumień i przekształciła go w prosty rów melioracyjny.
- Torfy, które powstawały 10 tysięcy lat, teraz szybko ulegną osuszeniu, bo szybciej odpływa stąd woda. Znikną też bezpowrotnie torfowce, chronione przez nasze i unijne prawo mchy - dodaje przyrodnik. Pozbawiona drzew dolina z rowem zamiast strumyka przestanie być przyjaznym miejscem dla unikatowych gatunków roślin.
Dr Parusel jeszcze w piątek interweniował w Nadleśnictwie Katowice. Roboty wstrzymano w sobotę. - Te prace związane są z regulacją zlewni Odry. Projekt rowu melioracyjnego powstał kilka lat temu. Nie wiedzieliśmy, że są tam torfowce - mówi Grzegorz Skurczak, inżynier nadzoru w katowickim nadleśnictwie. Przyznaje, że inwentaryzacja cennych przyrodniczo fragmentów lasów rozpoczęła się dopiero w tym roku w ramach unijnego programu Natura 2000. - Ten rów nie ma osuszać tego miejsca, ale zatrzymać wodę. Powstaną na nim zastawki, rodzaj tam - dodaje Surczak. (...)
Przyrodnicy uważają, że roboty są niepotrzebne. - Natura stworzyła tu idealne zabezpieczenie przed powodzią, bo woda meandrując, zatrzymywana jest w lesie, w torfie i mchach. Torfowiec w 100 proc. trzyma wodę, to doskonały filtr. Po co tworzyć protezę natury? To wyrzucanie pieniędzy w błoto - uważa Parusel. Niepokoi go też fakt, że zastawki działają tylko w teorii. - W praktyce nikt o nie dba i po kilku latach są zrywane, nie zatrzymują wody, co powoduje osuszenie terenu. Tak znikły torfowiska w całej Europie. W Katowicach, mieście tak mocno przekształconym przez człowieka, ostatnie naturalne miejsca powinny być oczkiem w głowie władz - przekonuje Parusel.
W najbliższych dniach spotka się z kierownictwem nadleśnictwa, by zastanowić się nad naprawą doliny. - Zmienimy projekt. Nie będziemy dalej w niego brnąć - obiecuje Skurczak z nadleśnictwa. - Niestety, to kapitalne miejsce nie będzie już nigdy takie samo. Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby nie postawa pana Chwoły. Dolinka mogła całkowicie zniknąć - mówi Parusel. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.10.29
Do góry
Trzeba ocalić katowickie budowle!
W Katowicach, wzorem Warszawy, powstanie lista obiektów architektury współczesnej, które wymagają szczególnej ochrony. Pierwszy krok zrobiła konserwatorka wojewódzka, która zaproponowała, by na listę wpisać Spodek, katowicki dworzec kolejowy oraz pomnik Powstańców Śląskich.
Obiekty powojenne najczęściej padają ofiarą wyburzeń i drastycznych przebudów, bo w odróżnieniu od zabytków nie są uważane za cenne. W Katowicach zniszczono już modernistyczne kino Kosmos, gdy adaptowano je na Centrum Sztuki Filmowej. Kilka lat wcześniej wyburzono halę sportową huty Baildon z cenną konstrukcją dachu wiszącego na stalowych linach. Teraz w obliczu przebudowy staje główny dworzec kolejowy i może zniknąć jego unikalna struktura z surowego betonu.
Czy budynki, które nie mają nawet pół wieku, można ochronić? W Warszawie po skandalicznym wyburzeniu Supersamu, uważanego przez specjalistów za arcydzieło modernizmu, rozgorzała dyskusja o ochronie współczesnego dziedzictwa architektonicznego. Zakończyła się ona stworzeniem listy Dóbr Kultury Współczesnej, które mają być chronione w planie miejscowym. - To lepsze niż wpisywanie tych obiektów do rejestru zabytku - przekonuje Grzegorz Buczek, urbanista i architekt, który uczestniczył w przygotowaniach listy warszawskiej. - Gdy obiekt jest uznany za zabytek, wtedy trudno przeprowadzić jakikolwiek remont, co odstrasza inwestorów, a obiekty z okresu PRL-u wymagają często poważnej modernizacji. W planie można szczegółowo zapisać, co jest bezcenne, czego nie można ruszyć, a co można zmienić - mówi Buczek.
Katowice mają szansę na podobną listę. Właśnie zmieniane jest studium uwarunkowań miasta - dokumentu określającego na wiele lat kierunki jego rozwoju przestrzennego. Barbara Klajmon, śląska wojewódzka konserwatorka zabytków, wraz z komisją konserwatorską złożyła wnioski, by wpisać do studium ochronę obiektów wybudowanych po 1945 roku. (...)
Propozycje wojewódzkiej konserwatorki:
Spodek - symbol Katowic. Prawie 40-letnia hala widowisko-sportowa nie zestarzała się. Do dziś jej futurystyczny kształt i kopuła o rozpiętości 126 metrów robią wrażenie.
Katowicki dworzec kolejowy otwarty w 1972 roku. To jedno z nielicznych w Polsce i Europie dzieł brutalizmu, czyli architektury, w której eksponuje się materiały w stanie surowym. Halę dworcową tworzy 16 żelbetowych kielichów. Wyglądają jak olbrzymi, skamieniały las.
Pomnik Powstańców Śląskich - z jednej strony to arcydzieło rzeźbiarskie Gustawa Zemły, gdzie trzy dynamiczne skrzydła symbolizują kolejne zrywy powstańcze. Z drugiej to założenie architektoniczno-krajobrazowe Wojciecha Zabłockiego, który zamiast zwykłego postumentu stworzył rodzaj sztucznego wzniesienia.
Gazeta proponuje, by na listę wpisać:
Zenit - dom handlowy z 1962 roku. Zwykły prostopadłościan wzbogacają niepowtarzalne detale. Okna części biurowej są na każdej kondygnacji poprzesuwane między sobą, co daje abstrakcyjny wzór. Elewację wzbogaca szklana bryła, przebijająca się w narożniku od ulicy Warszawskiej.
Dom Prasy - pierwszy na Śląsku budynek ze ścianą kurtynową, czyli całkowicie szklaną, niepełniącą żadnej konstrukcyjnej funkcji.
Skarbek - dom handlowy, który... patrzy. Jego elewacje pokrywają panele aluminiowe z wytłoczonymi otworami w kształcie oczu. To dzieło Juranda Jareckiego z 1975 roku stało się symbolem katowickiego dizajnu.
Pałac Młodzieży Zygmunta Majerskiego i Juliana Duchowicza z 1951 roku to przykład szlachetnego potraktowania elewacji, którą pokrywają płyty z piaskowca, a zarazem nowoczesnego kształtowania bryły i funkcji.
Gmach Związków Zawodowych projektu Henryka Buszki i Aleksandra Franty. Monumentalny budynek ma równocześnie układ okien przypominający bardziej modernistyczne biurowce niż pałac władzy.
Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego, który ukończono w 1993 roku. Świątynia wyróżnia się na tle bloków osiedla Tysiąclecia. Ma ściany z cegły, ale są one pozwijane w rulony niczym kartki papieru. Kulminacją jest wysoka, spiralna wieża. Dziś takiego cuda nie powstydziłby się nawet najsłynniejszy dekonstruktywista Frank Gehry. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.10.25, Trzeba ocalić katowickie budowle
Do góry
W Katowicach stoi inteligentny kosz na śmieci
Można do niego wrzucić sześć razy więcej śmieci niż do kosza o podobnych rozmiarach, bo odpadki są na bieżąco zgniatane przez specjalną prasę napędzaną energią słoneczną.
Wchodząca na polski rynek litewska firma Eismas, w ramach akcji promocyjnej, zaproponowała miastu przetestowanie nowoczesnego kosza na śmieci. Czarny pojemnik od wczoraj stoi przed dworcem PKP i budzi niemałe zainteresowanie. (...)
Poziom śmieci cały czas kontrolują czujniki i kiedy kosz jest pełny, wysyłają informację do prasy. Ta zgniata odpadki i robi miejsce następnym. Cała operacja powtarza się kilkukrotnie, aż do momentu, gdy nie można już niczego sprasować. Wtedy zapalają się odpowiednie lampki, informujące, że należy opróżnić pojemnik.
- Kosz ma ograniczyć liczbę dojazdów firmy, która zajmuje się wywożeniem odpadów. Po prostu ma być bardziej ekonomiczny - mówi Katarzyna Kućmierz, inspektor z Wydziału Gospodarki Komunalnej w katowickim urzędzie miasta.
Kosz będzie testowany przy dworcu przez dwa tygodnie. Miasto chce sprawdzić, czy warto inwestować w drogą technologię. - Wcześniej taki kosz był ustawiony w Krakowie, teraz przyjechał do Katowic, a potem pojedzie do Łodzi. Z tego co wiem, żadne miasto w Polsce nie zakupiło jeszcze tego typu pojemników - tłumaczy Kućmierz. Gazeta Wyborcza, Jarosław Piwowar 2007.10.24
Do góry
Apelacje w sprawie Wujka
Prokuratura Okręgowa złożyła apelację od wyroku w sprawie masakry w kopalni Wujek. Zażądano ponownego rozpatrzenia sprawy w przypadku dwóch oskarżonych i zmiany wyroku w przypadku 15 pozostałych.
Prokuratorzy chcą, by do ponownego rozpatrzenie został skierowany wyrok w części dotyczącej Mariana Okrutnego i Romualda Cieślaka.
W maju 2007 roku sędziowie uniewinnili byłego wicekomendanta wojewódzkiego MO w Katowicach Okrutnego uznając, że nie ma dowodów na to, że 15 i 16 grudnia 1981 roku kierował akcją pacyfikacji kopalń Wujek i Manifest Lipcowy.
- Zarzuciliśmy błędne ustalenie stanu faktycznego przez sąd - mówi prokurator Marta Zawada-Dybek, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Katowicach. - Zebrane dowody wskazują, że kierował on akcją. (...)
Prokuratura Okręgowa wystąpiła o podwyższenie wyroku wszystkim skazanym za masakrę. Chce też, by sąd zakazał im przez 10 lat pracy na stanowiskach związanych z ochroną bezpieczeństwa.
Apelację od tego wyroku wniósł już obrońca jednego ze skazanych zomowców oraz Janusz Margasiński, jeden z pełnomocników poszkodowanych górników i ich rodzin. Kwestionuje on uniewinnienie Okrutnego i uważa, że strzelający powinni być skazani za zabójstwo. Odwołania nie składa reprezentujący poszkodowanych Leszek Piotrowski. Uważa on, że apelacja prokuratorów skutecznie zabezpiecza ich interesy. Dziennik Zachodni, Krzysztof P. Bąk 2007.10.23
Do góry
Modlą się o słońce za dnia i ciepłe noce
Farelki, olejaki, piece na gaz. Tego wszystkiego używają mieszkańcy kilku ulic w Nikiszowcu, żeby choć trochę podnieść temperaturę w swoich mieszkaniach. Wszystko dlatego, że firma montująca instalację centralnego ogrzewania spóźnia się z zakończeniem prac. Jak deklaruje Hutniczo-Górnicza Spółdzielnia Mieszkaniowa, która administruje budynkami, w około 70 proc. mieszkań kaloryfery mają być ciepłe jeszcze w tym tygodniu. Reszta będzie ogrzewana w ciągu kolejnych dwóch tygodni.
Jak tu żyć w takich warunkach? Mam troje dzieci i każde było już chore. Jak długo można ogrzewać mieszkanie farelką - żali się pani Aleksandra (nazwisko do wiadomości redakcji), która mieszka przy ul. Nałkowskiej 8. W podobnej sytuacji są lokatorzy innych 115 mieszkań przy ul. Nałkowskiej, ul. Rymarskiej i pl. Wyzwolenia. Ogrzewanie w budynkach przy wspomnianych ulicach montuje firma Fribex z Rudy Śląskiej. Prace zaczęły się wiosną. W ubiegłym tygodniu w niektórych klatkach została już nawet przeprowadzona próba grzewcza. W jej trakcie wyszło na jaw wiele usterek: instalacja była nieszczelna. Przynajmniej kilka mieszkań zostało zalanych przez sąsiadów z wyższych pięter. W mieszkaniu pani Ireny Wróbel nie wytrzymały łączenia rur. Woda z instalacji zalała mieszkanie sąsiada na parterze. - U mnie kuchnia i łazienka nadają się do remontu. Nie wspomnę już nawet o gruzie, który robotnicy pozostawili po sobie - mówi pani Irena.
Dlaczego, mimo że w całym mieście kaloryfery od dawna są ciepłe, w części Nikiszowca w mieszkaniach jest zimno? Jak tłumaczy Dorota Mizeracka, kierownik działu remontów i inwestycji HGSM, winny jest wykonawca. - Firma Fribex spóźnia się z zakończenie robót. Termin minął 2 października - mówi Mizeracka. - Wykonawca tłumaczy, że jego problemy wzięły się z braku pracowników. Wspomniana firma wchodzi w skład konsorcjum, które wygrało przetarg na montaż CO w czwartym, ostatnim etapie tej inwestycji w Nikiszowcu. Pracowała dla nas w dwóch wcześniejszych etapach i wtedy radziła sobie bardzo dobrze. W związku z zaistniałą sytuacją pomoc przy zakończeniu prac zaoferował lider konsorcjum, czyli Investprojekt Katowice.
Dla mieszkańców oznacza to tyle, że niektórzy z nich mogą spodziewać się ciepłych kaloryferów w ciągu kilku najbliższych dni. - Robimy wszystko, żeby ciepło popłynęło do mieszkań jeszcze w tym tygodniu. Tak się stanie w przypadku mieszkań, w których inspektor nadzoru nie stwierdzi żadnych usterek. Oceniamy, że dotyczy to około 70 procent lokali. W pozostałych ogrzewanie powinno być uruchomione w ciągu dwóch tygodni - zapewnia Mizeracka.
Mieszkańcy, którzy ucierpieli z powodu niesprawnej instalacji, mogą się starać o odszkodowania. Za wszelkie szkody, które powstały podczas montażu i pierwszych prób grzewczych, odpowiedzialność ponosi wykonawca, a pieniądze będzie wypłacać firma ubezpieczeniowa, z którą ma on podpisaną umowę.
Zostaje jeszcze sprawa uporządkowania mieszkań i budynków po zakończeniu prac. - Wykonawca ma czas do połowy listopada na tzw. kosmetykę, czyli m.in. zamurowanie dziur w mieszkaniach i na klatkach schodowych oraz prace porządkowe - wyjaśnia Mizeracka. (...) Dziennik Zachodni, Grzegorz Żądło 2007.10.19
Do góry
Stary dworzec w Katowicach został sprzedany!
Galerie, butiki i knajpki powstaną w budynku starego dworca w Katowicach. Kupiła go we wtorek za ponad 45 mln zł spółka, której prezesem jest Marek Koźmiński, były reprezentant kraju w piłce nożnej.
Licytacja odbyła się w samo południe. Trwała krótko, bo stanęła do niej tylko jedna spółka. - Dworzec kupiliśmy za 45 mln 450 tys. zł [taka była cena minimalna - przyp. red.] - cieszył się Koźmiński.
Skąd zainteresowanie polsko-włoskiej spółki Eurostar Real Estate taką inwestycją? - Jestem rodowitym krakowianinem. W swoim mieście często widzę auta z katowickimi rejestracjami. Dlaczego ludzie ze Śląska tu przyjeżdżają? Czego im brakuje w Katowicach, że chce im się jechać tyle kilometrów? Odpowiedź jest jedna: nie mają u siebie gdzie pójść, jak spędzić wolny czas - tłumaczy Koźmiński. Zapewnia, że w budynku starego dworca będą galerie, butiki, knajpki. - To będzie miejsce dla wszystkich, którzy dziś, żeby miło spędzić wieczór, uciekają do Krakowa.
Przetarg został ogłoszony kilka tygodni temu. Od samego początku specjaliści uważali, że cena dworca jest bardzo wysoka. - To nie jest mało. Pamiętajmy jednak, że to prawie 8 tys. m kw. w samym centrum miasta, na których są cztery budynki utrzymane w miarę dobrym stanie - mówił przed licytacją Tomasz Liszaj, rzecznik PKP Nieruchomości w Katowicach. Tuż po niej był trochę zdziwiony, że do przetargu stanęła tylko jedna firma. - Specyfikację wykupiło kilka podmiotów. Nie mogę zdradzić jakie - zastrzegał.
Najbardziej dziwi, że do licytacji nie przystąpili bracia Likusowie z Krakowa, właściciele sąsiedniego hotelu Monopol. Dwa lata temu kupili od PKP część starego dworca. Deklarowali wówczas, że są zainteresowani nabyciem całości. Swojej części nie zaczęli nawet modernizować, bo - jak tłumaczyli - czekają, aż będą mieć resztę. Roman Dembek, dyrektor Monopolu, był we wtorek nieuchwytny. (...)
Z wtorkowej sprzedaży zadowolone są władze miasta. - Czekaliśmy na to ponad dwa lata. W sprawie przebudowy ul. Dworcowej, przy której stary dworzec się znajduje, jest już decyzja. Teraz czekamy na działanie inwestora. Dla nas im szybciej, tym lepiej - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.
Przedstawiciele firmy studzą jednak zapał. - Teraz do pracy wezmą się architekci. Roboty budowlane zaczną się najwcześniej wiosną 2009 roku. Szacujemy, że modernizacja kosztować będzie ponad 100 mln zł - mówi Koźmiński. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2007.10.16
Do góry
Nikiszowiec nasz wspólny problem
Przed tygodniem z uwagą przeczytałem relację z debaty dotyczącej Nikiszowca, zorganizowanej przez Tomasza Pietrzykowskiego, wojewodę śląskiego. Cieszę się, że pan wojewoda zdecydował się na przeprowadzenie dyskusji dotyczącej tej wspaniałej i, niestety, mocno zaniedbanej dzielnicy. Z jedną jego wypowiedzią się jednak nie zgadzam.
Na wątpliwości Piotra Uszoka, prezydenta Katowic, czy mieszkańcy dzielnicy zaakceptują narzucone im z góry rozwiązania i sugestię, że może warto by w tej sprawie zorganizować z nimi spotkanie, pan wojewoda wypowiedział następujące zdania: Żadnej debaty, bo sprawa będzie kończyła się w nieskończoność. Trzeba podjąć decyzję i tyle!. Takie podejście, z całą pewnością podyktowane jak najlepszymi intencjami, jest jednak błędne, a skuteczne i trwałe zmiany na Nikiszowcu można wprowadzić jedynie odwrotną drogą - za pomocą partycypacji społecznej, czyli procesu, podczas którego mieszkańcy, eksperci, urzędnicy oraz radni mają możliwość dzielenia się swymi doświadczeniami, wiedzą i poglądami w celu opracowania optymalnego rozwiązania problemu.
Podkreślić przy tym należy, że do dyskusji na temat dzielnicy powinni być włączeni nie tylko jej mieszkańcy, ale, ze względu na wagę tego miejsca dla całego miasta, także osoby mieszkające w innych częściach Katowic.
Podjęcie decyzji dotyczących Nikiszowca w ograniczonym gronie specjalistów, z pominięciem publicznej debaty, spowoduje najpewniej, że przyjęte rozwiązania spotkają się z oporem mieszkańców. Umiejętnie i szczerze przeprowadzone konsultacje społeczne, które mogą wydawać się czasochłonne i kosztowne, w rzeczywistości ograniczają spory wokół projektu, zapobiegają blokowaniu podjętych decyzji i zmniejszają koszty wprowadzenia ich w życie. (...)
Na koniec warto także wspomnieć, że uczestnictwo w konsultacjach społecznych dotyczących Nikiszowca z całą pewnością u wielu mieszkających tam osób wyzwoli poczucie odpowiedzialności za tę dzielnicę.
Poza tym bardzo prawdopodobne jest, że w procesie partycypacji wyłonią się lokalni liderzy, którzy w przyszłości zaangażuje się w działalność społeczną na rzecz dzielnicy. Nie zlikwiduje to na pewno aktów wandalizmu, jakie mają obecnie miejsce na terenie Nikiszowca, ale na pewno będzie miało pozytywny wpływ na rozwój dzielnicy i wzrost bezpieczeństwa jej mieszkańców.
Reasumując, Gazeta Wyborcza zrobiła kawał dobrej roboty, rozpoczynając debatę dotyczącą Nikiszowca. Teraz najgorsze, co mogłoby się stać, to pospieszne działania władz samorządowych i próby rozwiązywania sprawy bez należytego przemyślenia problemu i przeprowadzenia konsultacji z wszystkimi zainteresowanymi partnerami społecznymi, wliczając w to mieszkańców Katowic, a przede wszystkim Nikiszowca.
Ta dzielnica już tak długo jest zaniedbana i pozostawiona sama sobie, że czas poświęcony na przeprowadzenie konsultacji jej nie zaszkodzi, a proces ten na pewno pozytywnie wpłynie na jakość przyjętych rozwiązań oraz koszty (także społeczne) ich wprowadzania. Gazeta Wyborcza, Grzegorz Wójkowski 2007.10.12
Do góry
Nowe biura i mieszkania w centrum
Pół tysiąca mieszkań w kilku apartamentowcach ma powstać na działce przy ul. Mikołowskiej, niemal naprzeciwko kościoła pw. św. Piotra i Pawła. Obok budynków mieszkalnych staną dwa biurowce. Prace budowlane mają się rozpocząć na początku przyszłego roku i potrwać przynajmniej dwa lata.
Od kilku tygodni przy Mikołowskiej pracuje ciężki sprzęt. Trwa wyburzanie stojących tam starych budynków i równanie terenu. Równocześnie powstaje projekt nowych obiektów. Inwestycję finansuje firma Globe Trade Centre (GTS). Na razie spółka nie chce zdradzać zbyt wielu szczegółów dotyczących budowy. - Wszystko jest jeszcze w fazie projektowania. Czekamy na wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę. Współpraca z lokalnymi władzami układa nam się bardzo dobrze i mam nadzieję, że niezbędne dokumenty otrzymamy bez zbędnej zwłoki - mówi Mariusz Kozłowski, dyrektor ds. rozwoju i relacji z inwestorami w GTC S.A.
Obecnie wiadomo tylko tyle, że biurowce staną od strony ul. Mikołowskiej, żeby odgrodzić budynki mieszkalne od ruchliwej ulicy. Natomiast główny wjazd na mini-osiedle będzie się znajdował od strony ul. Raciborskiej. - Budowę chcemy zacząć na początku przyszłego roku. Pierwszy etap prac planujemy zakończyć w ciągu dwóch lat - mówi Kozłowski.
Inwestycje w biurowce i apartamentowce w śródmieściu stają się coraz bardziej popularne. (...) Dziennik Zachodni, greg 2007.10.12
Do góry
W katowickim Kościele agentów było niewielu
Na palcach jednej ręki da się policzyć księży, którzy komuś zaszkodzili - tak prace kierowanej przez siebie komisji historycznej podsumował ks. Stanisław Sierla. Archidiecezja katowicka jako pierwsza w Polsce zakończyła lustrację pracujących na jej terenie duchownych.
Komisję na początku tego roku powołał metropolita górnośląski abp Damian Zimoń. Trzy wyznaczone przez niego osoby, wyłącznie duchowni, poświęciło w sumie 900 godzin na kwerendę archiwum IPN. Nie zajmowali się zakonnikami (nad nimi pracują komisje powołane przez poszczególne zgromadzenia), a także księży, którzy już zmarli lub byli zbyt młodzi, żeby mogli być agentami SB.
We wtorek ks. Paweł Buchta, sekretarz komisji, poinformował dziennikarzy, że w zasobach IPN odnaleziono 17 śląskich księży zarejestrowanych jako tajni współpracownicy SB. Jak sam podkreślił, nie jest to jednak równoznaczne z tym, że wszyscy rzeczywiście taką współpracę podjęli.
- Od 1973 roku funkcjonariusze bezpieczeństwa PRL nie musieli od duchownych pobierać podpisanej deklaracji o współpracy, a to oznacza, że kwestia kwalifikacji kogoś na tajnego współpracownika zależała wyłącznie od subiektywnej oceny sytuacji ze strony funkcjonariusza SB - tłumaczył Buchta. - Duchownych rejestrowano jako tajnych współpracowników bez ich wiedzy i, jak należy zakładać, bez ich woli. W żadnym przypadku w aktach nie znaleziono podpisanej przez duchownego deklaracji współpracy - dodał. (...)
Wyniki swoich badań komisja przesłała już do abp. Zimonia. To on zdecyduje o dalszych krokach wobec księży, którzy zostali odnotowani jako TW. Nawet, jeśli podejrzenia się potwierdzą, nazwiska księży-agentów nie zostaną ujawnione.
- Potępiamy grzech, nigdy człowieka - podkreślił Buchta. Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2007.10.10
Do góry
Katowice nie są stolicą Śląska!
Nie można dłużej tolerować tego nonsensu, który rozpanoszył się na łamach lokalnych gazet. Nawet gdybyśmy sami chcieli pretendować do czegoś większego, szlachetniejszego, to musimy znać swoje miejsce. Nie możemy przeinaczać prawdy historycznej i przekłamywać wiedzę o regionie. Powiedzmy więc wyraźnie i jednoznacznie - Katowice nie są stolicą Śląska! Nasze kochane miasto, nie jest nawet stolicą Górnego Śląska. Jedyną stolicą jaką są Katowice, to stolica województwa śląskiego, która ze Śląskiem ma coś wspólnego tylko w połowie.
Stolicą Śląska, sercem Silesii, jest od zawsze Wrocław. Stolicą Górnego Śląska jest Opole. Dlaczego więc tak często właśnie Katowice nazywa się stolicą Śląska, a województwo śląskie Górnym Śląskiem? Przecież każdy, kto ma choćby strzępek podstawowej wiedzy na temat regionu, wie, że jest to nieprawda. Stan ten wynika jednak z jeszcze głębszej niewiedzy i ignorancji polskiego społeczeństwa. Pojęcie Śląska sprowadza się tylko do przemysłowego okręgu wokół Katowic. Natomiast są to jedynie wschodnie rubieże ogromnej Silesii, ciągnącej się od Katowic aż do zachodnich granic Polski i z naturalnym centrum regionu we Wrocławiu. Rzeczą niepojętą jest forsowanie przez, pożal się Boże, wykształconych urzędników nazwy Silesia dla planowanej aglomeracji katowickiej. Cudzoziemcy, którzy cokolwiek o Śląsku słyszeli, będą taką aglomerację kojarzyli wyłącznie z Wrocławiem. Dlaczego z perspektywy polskiej utożsamia się tę nazwę inaczej?
Wystarczy zerknąć ledwie 85 lat wstecz. Wtedy to Polska, po burzliwych wydarzeniach okresu powstań śląskich i plebiscytu otrzymała niewielki, przemysłowy właśnie, fragment Śląska. Nowo utworzone województwo nie nazwano jednak województwem wschodniogórnośląskim, czy inną skomplikowaną nazwą, a po prostu śląskim. Było to oczywiste, bo innych śląskich ziem Polska wówczas nie miała. Dlaczego jednak, po upływie ponad 60 lat, odkąd w granicach Polski znajduje się właściwie kompletny Śląsk (pomijając skrawek w granicach Czech), z Wrocławiem i całym Dolnym Śląskiem, nadal w stosunku do zachodniego Śląska odnosimy sie z taką nieśmiałością?
W 1997 roku powstała reforma administracyjna kraju określająca nowy kształt i nową nazwę województw. Mamy odtąd oczywiste woj. dolnośląskie ze stolica we Wrocławiu, ale też woj. opolskie (dlaczego zatem nie górnośląskie) i woj. śląskie o niezrozumiale nadrzędnej nazwie względem woj. dolnośląskiego. Jeśli jest województwo dolnośląskie, to gdzie jest górnośląskie? Kompletne pomieszanie z poplątaniem! Takie decyzje nazewnicze można tłumaczyć jedynie nieuzasadnionym, ale silnym w podświadomości lękiem, że zachodnie tereny Śląska nie są tak do końca polskie i tylko okręg katowicki, będący już przed wojną w Polsce, jest tym naszym, właściwym Śląskiem. A co inne - to nie wiadomo. Czy nie należy z takim myśleniem wreszcie skończyć?
Otóż, jako Ślązak i dumny katowiczanin, nie urągając w niczym temu silnemu miastu, oświadczam - to nie Katowice są stolicą Śląska. Stolicą Śląska jest Wrocław. Portal.Katowice.pl, Adam Koszut, redaktor naczelny
Do góry
Rawa Blues w seksownym gorsecie
(...) W sobotę w katowickim Spodku odbyła się 27. edycja objętego patronatem Gazety Wyborczej festiwalu Rawa Blues. Irek Dudek, szef imprezy, nie przesadzał, gdy zapowiadał, że ta edycja będzie inna niż poprzednie.
Hasło nowe barwy bluesa nie tylko widać było na reklamujących imprezę billboardach (z Dudkiem z kolorowym pióropuszem na głowie), ale też na korytarzu Spodka, gdzie śląscy poeci mówili wiersze, a studentki ASP malowały obrazy. Przede wszystkim było je też słychać w występach dwóch zespołów: amerykańskiego Asylum Street Spankers i polskiego Big Fat Mama. Dla tych drugich blues jest tylko bazą. Grają funk, tyle że w kosmicznym wydaniu, nawiązującym do George'a Clintona (zarówno muzycznie, jak i wizerunkowo: kolorowe ciuchy i peruki, trochę hipisowskie, trochę dyskotekowe).
Asylum Street Spankers w muzycznych poszukiwaniach idą dalej. Grają akustycznie, niby archaicznie i wręcz wiejsko, nawiązując do amerykańskiej muzyki sprzed prawie stu lat. Ale potrafią połączyć country z gangsta rapem, a w tych samych utworach zawrzeć równocześnie fragmenty przebojów Lynard Skynard, Beastie Boys i Nelly'ego czy Sex Pistols, Led Zeppelin i z musicalu Hair. Luz i poczucie humoru idą tu jednak w parze z absolutnym profesjonalizmem. Wszyscy muzycy śpiewają, każdy jest multiinstrumentalistą: duże wrażenie robiła m.in. przypominająca zbroję zakładana tara wokalisty Wammo.
Podobny instrument miała Janiva Magness, największa gwiazda festiwalu, dwukrotna laureatka prestiżowej nagrody Blues Music Awards w kategorii Najlepsza wokalistka roku bluesa współczesnego. Jej tara przypominała jednak bardziej seksowny metalowy gorset Energetyczny koncert jednej z najbardziej obecnie topowych wokalistek światowego bluesa z pewnością był wydarzeniem imprezy.
Festiwal upamiętnił też tegoroczną śmierć Tadeusza Nalepy. Polskie zespoły zagrały po jednym utworze z repertuaru ojca polskiego bluesa (m.in. Irek Dudek Ten o tobie film, Boogie Chili Modlitwę, a zwycięzca Małej Sceny, Krakowska Grupa Bluesowa - Kamienie). A po świetnym, akustycznym solowym koncercie Dudka (zagrał m.in. zapomniany utwór swojej starej grupy Irjan oraz piosenkę zapowiadającą przyszłoroczny, premierowy album Shakin' Dudi), żonie Nalepy, jego synowi oraz wydawcy wręczono Złote Płyty za sprzedaż ponad 16 tys. 13-płytowego boksu 1982-2002.
Na festiwalu bawiło się prawie cztery tysiące osób. To wynik utrzymujący się już od kilku lat. Jego przebiciu nie pomogła ani nadzwyczaj mocna w tym roku reklama (jak powiedział jeden z bywalców imprezy, wskazując na billboardy - Dudek miał w tym roku kampanię lepszą od Kaczyńskich), ani zapoczątkowany tygiel kulturowy, łączący muzykę z plastyką i poezją (a także kinem: Centrum Sztuki Filmowej przez całą noc wyświetlało unikatowe filmy o bluesie). Ale konsekwencja twórcy Rawy jest godna podziwu. O randze jego festiwalu mówią sami Amerykanie: w tym roku znów powtarzali, że nigdy wcześniej nie grali przed takim tłumem. Gazeta Wyborcza, Marcin Babko 2007.10.07
Do góry
Zebrał się okrągły stół w sprawie Nikiszowca
Wyłączenie rynku z ruchu, utworzenie wzorcowego podwórka, ustawienie tablic dla turystów, knajpa ze śląską kuchnią - to tylko niektóre z pomysłów na dzielnicę. Nad wszystkim miałby czuwać monitoring i wynajęta grupa ochroniarska.
Po serii naszych publikacji o tym, że Nikiszowiec mógłby być perełką turystyczną regionu, Tomasz Pietrzykowski, wojewoda śląski zorganizował wczoraj spotkanie. Wzięli w nim udział Piotr Uszok, prezydent Katowic, Adam Bomba, prezes zarządu Hutniczo-Górniczej Spółdzielni Mieszkaniowej, Stanisław Gajos, prezes Katowickiego Holdingu Węglowego.
- Nie może być tak, że problem dzielnicy jest przerzucany jak gorący kartofel. Nikt nie poczuwa się do zrobienie pierwszego kroku. Musimy więc zjednoczyć siły, żeby razem wypracować projekt zmian - przekonywał Pietrzykowski. By w dzielnicy było bezpieczniej, uczestnicy spotkania zgodzili się na montaż monitoringu i wynajęcie grupy ochroniarskiej.
- Jak będzie bezpiecznie, to można robić kolejne rzeczy - zgodzili się zebrani. Kolejne propozycje posypały się jak z rękawa: jak rynek będzie wyłączony z ruchu, to zrobi się ciekawa atmosfera, jak się ustawi dobre tablice informacyjne, to turyści będą wiedzieć gdzie są, jak zbuduje się wzorcowe podwórko, to etapami wyremontuje się je wszystkie po kolei. - No i oczywiście przydałaby się knajpka - rozmarzył się Piotr Uszok.
To na razie początek, bo jak zapewnili goście wojewody, za dwa lata w dzielnicy będzie wymieniana kanalizacja, zaraz potem nawierzchnia.
Kolejne spotkanie w sprawie Nikiszowca zaplanowano już za dwa tygodnie. Tym razem ma być również zaproszona Barbara Klajmon, wojewódzki konserwator zabytków. Gazeta Wyborcza, am 2007.10.04
Do góry
Ciastko w kształcie Spodka wypromuje Katowice
Toruń ma swoje pierniki, Wadowice - kremówki. A Katowice? Władze miasta poprosiły Izbę Rzemieślniczą o wymyślenie ciastka, które promowałoby stolicę regionu.
- Na razie trwają rozmowy. Chodzi o koszty, znak towarowy i wreszcie sam model ciastka. Urząd miejski zasugerował, by miało kształt Spodka, bo ten obiekt najbardziej z Katowicami się kojarzy - mówi Beata Białowąs, dyrektorka naczelna Izby Rzemieślniczej w Katowicach.
Na razie nie wiadomo więc, czy Katowice powinny reklamować beza czy np. pączek. - Nasi cukiernicy pracują nad tym. Pojawił się projekt, by Spodek był z wafla ze słodką masą w środku. Inna sugestia jest taka, by całe ciastko było z czekolady. Pytanie tylko, czy dany projekt łatwo jest wdrożyć w proces technologiczny i jak długa będzie jego data przydatności do spożycia - dodaje Białowąs.
Projekt ciastka w katowickim magistracie utrzymywany jest w ścisłej tajemnicy. Waldemar Bojarun, rzecznik urzędu miasta, nie chciał z nami na ten temat rozmawiać. W biurze prasowym usłyszeliśmy tylko, że sprawa jest w toku.
Nawet Michał Luty, wiceprezydent Katowic, dowiedział się od nas, że trwają prace nad tym pomysłem. - Mnie się podoba. W Kazimierzu nad Wisłą mają swojego kogutka, więc dlaczego my nie? Byleby ciastko było smaczne. Ja osobiście wybrałbym torcik orzechowy - zapewnia Luty.
Na propozycję ciastkowej promocji sceptycznie patrzą członkowie komisji rozwoju i promocji miasta. - Dlaczego ciastko, a nie np. lizak albo wata cukrowa? - pyta radny Andrzej Zydorowicz i nie ukrywa swojego rozbawienia. - Myślę, że to jakiś pomysł wyrwany z szerszego kontekstu. Mamy mieć ciastko bez żadnej genealogii historycznej, tradycji. To nie jest profesjonalne podejście do promocji stolicy Górnego Śląska - wzdycha Zydorowicz. (...)
Białowąs wyjaśnia, że choć miasto tradycji cukierniczej nie ma, to jest to branża bardzo prężnie rozwijająca się. - Mamy nawet mistrzynie Polski w wyrobach cukierniczych. Na pewno nie jest tak, że w Katowicach nie ma zakładów z tradycją i jesteśmy zupełną pustynią w tej dziedzinie. Myślę, że problemem jest tylko forma ciastka. Dla mnie Katowice to przede wszystkim kołocze. Tylko jak taki kołocz uformować? Niech to będzie wyzwanie dla naszych cukierników. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2007.10.03
Do góry
W Katowicach jak na Zamku Królewskim
Przy remoncie elewacji Centrali Zaopatrzenia Hutnictwa zastosowana będzie technika, którą wykorzystano w Zamku Królewskim w Warszawie. Ale katowicki budynek jest tego warty.
Brudny od sadzy biurowiec obok urzędu wojewódzkiego od kilku tygodni jest otulony płaszczem rusztowań. Pracujący na nich robotnicy usuwają resztki starego tynku. Położono go pod koniec PRL-u, więc powinien mieć się jeszcze nie najgorzej, ale użyte wówczas do tego materiały były tak kiepskiej jakości, że w niektórych miejscach tynk odpadał całymi płatami. Aż cud, że nie ucierpiał żaden z przechodniów.
Remont był koniecznością. Nad pracami objęli pieczę aż dwaj konserwatorzy zabytków - miejski i wojewódzki, bo choć gmach wygląda na nowoczesny, jest jednym z najcenniejszych obiektów architektury II RP na Śląsku. Wybudowano go 77 lat temu na potrzeby Syndykatu Polskich Hut Żelaza. Stylem nawiązywał do sąsiedniego urzędu wojewódzkiego: od frontu ma olbrzymi klasycyzujący portyk wysoki aż po dach, natomiast brak dekoracji zwiastuje już modernizm. Całość zaprojektowali Tadeusz Michejda oraz Lucjan Sikorski.
- To bardzo ważny gmach. Był częścią reprezentacyjnego forum, jakie w międzywojniu powstało w południowej części śródmieścia Katowic - mówi Małgorzata Zygmunt, miejska konserwatorka zabytków.
Podczas renowacji okazało się, że pod niedbale położonym tynkiem z lat 80. zostały jeszcze resztki oryginalnego. - To pięknie żłobkowany tynk z kamyczkami, a nawet lastriko, którym wyłożony jest cokół i pilastry - opisuje konserwatorka.
Postanowiono, że remont przywróci pierwotny wygląd budynku - jak przed laty będzie szarozielony. Ponieważ ten oryginalny jest spękany, trzeba go całkowicie skuć i wykonać nowy, ale w starej technice. Inwestor prac zgodził się na najlepsze materiały tynkarskie, które rzadko stosuje się ze względu na wysokie koszty. Podobnych użyto ostatnio przy renowacji Zamku Królewskiego w Warszawie.
- Na razie wykonamy elewację od Lompy i od strony urzędu wojewódzkiego, w następnych latach planujemy dokończyć renowację - mówi Marian Bąk, prezes zarządu CZH SA. Przypomina, że w zeszłym roku odnowiono wnętrza gmachu, w tym olbrzymią salę obrad - z pięknymi witrażami, żyrandolami przypominającymi kubiczne winogrona oraz pamiętającymi pierwszych lokatorów meblami. Odnowiono też hol wejściowy wyłożony granitem i klatki schodowe z chromowanymi balustradami.
Wkrótce kolejne budynki przy forum odzyskają utracony blask. W najbliższych planach jest renowacja elewacji Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego, który stoi przy pobliskim placu Sejmu Śląskiego. (...) Gazeta wyborcza, Tomasz Malkowski 2007.10.01
Do góry
Budujemy Altusa
Na ulicach Katowic pojawiły się osoby układające wielkie klocki. Zabawa polega na ułożeniu z brył przestrzennych budynku Altus. Po złożeniu ok. 12 brył powstanie układanka prezentująca budynek w całej okazałości.
Budowniczowie pojawili się na ulicach Katowic w poniedziałek i będą przemierzać to miasto do środy włącznie. Mieszkańcy, mimo iż zostali zaskoczeni, chętnie włączają się do zabawy. Pomagają nie tylko dzieci, ale i dorośli, którzy tęskną do zabaw z dzieciństwa. Pełna humoru impreza przyciąga również łowców nagród, bowiem każdy, kto weźmie udział w budowaniu Altusa ma szansę otrzymać jedną z licznych niespodzianek.
Wszyscy, którzy chcą pomóc w budowaniu Altusa, powinni szukać wielkich klocków w najbardziej zaludnionych miejscach Katowic. Beata Hendlik, PRC 2007.10.02
Do góry
Wybór cytatów © Portal.Katowice.pl

Wstecz - Start - Do góry

Redakcja - Regulamin - Współpraca - Reklama - Strony WWW              © Copyright by GST 05-12