ďťż
,
 PORTAL  >  PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH AKTUALNOŚCI  >  GRUDZIEŃ 2006
Gwiazdy NBA w Spodku!
Wspaniała wiadomość dla Śląska: mecze fazy finałowej mistrzostw Europy mężczyzn z udziałem ośmiu drużyn, czyli ćwierćfinały, półfinały i mecze o miejsca z wielkim finałem włącznie, odbędą się w Katowicach! Tak zdecydował w czwartek Polski Związek Koszykówki.
To będzie wielka gratka dla kibiców z całej Polski. Powierzenie Katowicom organizacji meczów fazy finałowej oznacza, że zobaczymy ćwierćfinały, półfinały i walkę o medale ośmiu najlepszych drużyn Europy. Na parkiet wyjdą zapewne m.in. Niemiec Dirk Nowitzki (Dallas Mavericks), tegoroczni mistrzowie świata - Hiszpanie Pau Gasol (Memphis Grizzlies) i Jorge Garbajosa (Toronto Raptors) oraz Francuz Tony Parker (San Antonio Spurs), czy Litwin Sarunas Jasikevicius (Indiana Pacers).
Spodek rywalizował z halą na pograniczu Sopotu i Gdańska, która jeszcze... nie istnieje. Według planów ma powstać w 2008 roku. - Budowa obiektu w Trójmieście miała się rozpocząć na początku tego roku, ale wciąż nie ruszyła. Dlatego zdecydowaliśmy, że 12 spotkań fazy finałowej odbędzie się w Spodku. W tym roku obiekt oglądał George Vassilakopoulos, prezydent FIBA (międzynarodowej federacji koszykówki), i nie miał większych zastrzeżeń - mówi Roman Ludwiczuk, prezes PZKosz. Zarząd koszykarskiego związku podjął w czwartek decyzję po kolejnym spotkaniu Ludwiczuka z prezydentem Katowic Piotrem Uszokiem.
Vassilakopoulos wizytował Katowice w lutym. - Spodek to dobry obiekt, ale potrzebuje modernizacji. Żeby mogły się tu odbywać mecze finałowe, musi być więcej miejsc siedzących oraz większa trybuna honorowa - stwierdził wtedy. Dlatego już niedługo w hali rozpoczną się pracę remontowe, które potrwają do połowy 2009 roku. Na pewno zostaną odnowione m.in. elewacja, drzwi, okna i instalacje wodociągowe.
- Śląsk ma sporo zalet: dobrą lokalizację, bo w pobliżu znajdują się dwa lotniska (Pyrzowice i Balice) oraz dobrą infrastrukturę. W regionie jest również duża baza hotelowa. Chciałbym, aby ten turniej był tak udany, jak mistrzostwa w 1999 roku, kiedy polskie koszykarki zdobyły w Spodku złoty medal - przypomina Ludwiczuk.
- Cieszę się z decyzji PZKosz. Spodziewam się przyjazdu tysięcy kibiców, głównie z krajów bałkańskich. Mamy w regionie sporo hoteli, ale kilka z nich będzie musiało polepszyć swój standard. Do 2009 roku powstaną też z pewnością kolejne. Będziemy dobrze przygotowani - zapewnia Andrzej Kuczyński, prezes Śląskiego Związku Koszykówki.
Organizacja wielkiego finału będzie kosztować 6 mln zł. Na tę sumę składają się m.in. opłata licencyjna, opłacenie zespołom hoteli (cztero- i pięciogwiazdkowe), transportu, wyżywienia. - Samorządy w dużym stopniu pomogą w organizacji mistrzostw - przekonuje Ludwiczuk.
Być może dzięki organizacji tak ważnego turnieju na Śląsku uda się odbudować koszykówkę. W tym roku po raz pierwszy w historii rozgrywek ligowych na szczeblu centralnym brakuje zespołu z naszego regionu. Zainteresowanie dyscypliną jest wśród kibiców mniejsze niż jeszcze kilka lat temu, ale po ME może uda się je przywrócić. - To dramat, że w tak dużej aglomeracji nie ma nawet zespołu pierwszoligowego. Być może jakiś zespół wystartuje w ekstraklasie już w przyszłym roku. Dla dobra polskiej koszykówki śląski okręg musi się rozwijać - przekonuje szef PZKosz. - Kilka naszych drużyn walczy o awans do pierwszej ligi. W grupie C drugiej ligi prowadzi Big Star Tychy, który ma solidne podstawy finansowe. W przypadku awansu do I ligi będzie istniała możliwość wykupienia tzw. dzikiej karty na starty w ekstraklasie - dodaje Kuczyński. Gazeta Wyborcza, Leszek Błażyński 2006.12.28
Do góry
Katowice w internecie to głównie muzyka
Co się stanie, gdy wejdziemy na YouTube - słynną stronę z plikami wideo - i wpiszemy słowo Katowice? Znajdziemy dużo dobrej muzyki!
O tym, że 14 marca tego roku w Spodku zagrała grupa Depeche Mode, można się dowiedzieć m.in. z serwisu YouTubeYouTube to serwis internetowy, na którym użytkownicy zamieszczają pliki wideo. Wielką popularność strona osiągnęła zaledwie w ciągu roku - dzisiaj co miesiąc korzysta z niej 20 mln osób na całym świecie. To największa w historii skarbnica teledysków, koncertów, wywiadów, filmów, które przysyłają internauci. Serwis w ciągu roku wypracował sobie pozycję lidera na rynku, wyprzedzając Yahoo, Google i Microsoft. To w tej chwili jedna z najgorętszych stron w sieci.
Co się stanie, gdy wejdziemy na www.youtube.com i w wyszukiwarce wpiszemy hasło Katowice? Najpierw pokaże się film o podróży katowickim tramwajem, potem - jak wygląda miasto o czwartej nad ranem, fragmenty meczów piłkarskich i obrazki z życia Katowic. Ktoś, kto chciałby za pomocą YouTube wyrobić sobie zdanie o stolicy Górnego Śląska, może być zaskoczony, bo nasze miasto jawi się jako miejsce doskonałych koncertów.
Filmiki nagrywane z tłumu, najczęściej za pomocą telefonów komórkowych lub cyfrowych aparatów fotograficznych, nie rzucają na kolana jakością obrazu i dźwięku. Często nie widać na nich prawie nic prócz pulsującego światła, a słychać tylko sprzężenia i przebicia. Na jednych więcej widać, mniej słychać - na innych odwrotnie. Bywa, że i obraz, i dźwięk są zadowalające. Bywa, że są perfekcyjne.
Dla fanów takie nagrania mają swoją wartość. To dlatego fragmenty z tegorocznych koncertów Depeche Mode, The Prodigy, Deep Purple, Tool, Alice In Chains czy imprezy Mayday w Spodku obejrzały już tysiące osób. Są też stare, archiwalne koncerty - najczęściej zgrywane z telewizji. Zobaczyć tu można Rammstein (1997), Jeana-Michela Jarre\\\'a (1997), Modern Talking (1998), Backstreet Boys (1996), Cocteau Twins (1994), Armię (1993) czy Dżem (1989 i 1986).
Większość katowickich koncertów na YouTube pochodzi ze Spodka, gdzie przed rokiem wystąpiła Avril Lavigne, w 2002 r. zagrał Slipknot, dwa lata wcześniej Pearl Jam, a jeszcze rok wcześniej Kelly Family. Ale są też niezapomniany show U2 w Chorzowie oraz koncerty klubowe: Myslovitz i Miloopy w Cogitaturze, Riverside w Mega Clubie, Koop i Us3 w Hipnozie, Graftmann w Rialcie. Warto zobaczyć, warto posłuchać.
Najważniejsze, że internauci na całym świecie już wiedzą, że największe gwiazdy nie omijają Katowic. Sympatyczna, darmowa promocja miasta. Gazeta Wyborcza, Marcin Babko 2006.12.27
Do góry
Brakuje dobrych powierzchni biurowych
Od kilku miesięcy wiele firm rezygnuje z inwestowania w stolicy Górnego Śląska, bo nie znajdują tu powierzchni biurowych, odpowiadających ich wymaganiom. Zamiast w Katowicach lokują siedziby w Krakowie czy Wrocławiu.
Jeszcze rok temu Altus i Chorzowska 50, dwa katowickie biurowce spełniające najwyższe standardy tak zwanej klasy A, miały dużo wolnej powierzchni. Sądzono nawet, że miasto nie potrzebuje aż tyle powierzchni biurowych. Jednak ten rok przyniósł poprawę koniunktury i od dwóch miesięcy biurowce nie są w stanie przyjąć nowych najemców. - Miniony rok był bardzo dobry, mieliśmy olbrzymie zainteresowanie i już nie posiadamy wolnych powierzchni do wynajęcia. Gdy ktoś się do nas wprowadza, to już zostaje, więc sytuacja nieprędko się zmieni - mówi Maria Swoboda, specjalistka do spraw marketingu i wynajmu powierzchni w biurowcu Chorzowska 50. Jak mówi, na zainteresowanie budynkiem nie miało wpływu włączenie go w listopadzie do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.
Podobnie jest w Altusie, tutaj także od trzech miesięcy nie ma wolnych powierzchni. - Ciągle mamy zapytania o możliwość wynajmu, ale musimy zainteresowanych odsyłać z kwitkiem. Inwestorzy wybierają Łódź, Wrocław, Kraków. Szkoda, bo mogliby działać na Górnym Śląsku - wyjaśnia Janusz Garstka, specjalista do spraw komercjalizacji w Altusie. Umowy z najemcami podpisywane są na minimum trzy lata, więc i tu w najbliższym czasie nie zwolnią się powierzchnie.
Duże zainteresowane biurami z najwyższej póki podniosło cenę ich wynajmu. Jeszcze na początku roku za metr kw. w Altusie i Chorzowskiej 50 płaciło się 12 euro, teraz cena skoczyła do 15, nie wliczając w to opłat za eksploatację.
Niestety, nie widać szansy na szybką poprawę sytuacji. - Każdego tygodnia otrzymujemy zapytanie od inwestorów zainteresowanych powierzchniami biurowymi w ścisłym centrum Katowic. Niestety, od 2004 roku w centrum miasta nie powstał żaden budynek biurowy najżywszej klasy. Altus i Chorzowska 50 już nie wystarczają - mówi Marek Wolnik, dyrektor zarządzający w Metropolis Nieruchomości Komercyjne. Jego firma opracowała badania, z których wynika, że w ciągu najbliższych trzech lat popyt na powierzchnie biurowe w centrum Katowic może wynieść nawet 200 tys. m kw.
- Kraków czy Wrocław są już przepełnione, dlatego Katowice znajdują się w centrum zainteresowania przedstawicieli biznesu, którzy tutaj chcą przenieść lub rozpocząć swoją działalność - dodaje Wolnik. Górny Śląsk ma duży potencjał ludzki, podczas gdy we Wrocławiu i Krakowie zaczyna już brakować specjalistów.
Katowice, niestety, przespały dobrą koniunkturę, obecnie nie powstaje żaden biurowiec, gdy tymczasem w Łodzi, Wrocławiu i Krakowie wiele jest w trakcie budowy. Jednak sytuacja ma szansę się zmienić. Kilka miesięcy temu światowy potentat na rynku nieruchomości Global Trade Center kupił za niemal 30 mln zł grunty w Katowicach na budowę ponad 50 tys. m kw. powierzchni biurowej i mieszkaniowej. Przy ulicy Mikołowskiej na prawie trzyhektarowej działce powstanie kompleks biurowo-mieszkalny. Natomiast przy Francuskiej, tuż obok nowo powstającej siedziby Sądu Rejonowego, wybudowany zostanie nowoczesny biurowiec. Wszystkie budynki mają spełniać najwyższe standardy.
Nadzieją dla stolicy regionu jest realizacja projektu Tomasza Koniora, zwycięzcy w konkursie architektonicznym na przebudowę centrum Katowic. Architekt proponuje wybudowanie wielu nowych obiektów biurowych o łącznej powierzchni 140 tys. m kw. wzdłuż al. Korfantego. Niestety, realizacja ambitnego planu to kwestia dobrych kilku lat, tymczasem poważni inwestorzy nadal będą szerokim łukiem omijać miasto. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.12.26
Do góry
Największa wigilia w Katowicach
Blisko 300 osób przełamało się opłatkiem i zasiadło do wspólnej wigilii w sobotę. Jak co roku w kościele pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła spotkały się osoby samotne i ubogie.
- Przychodzę tu czwarty raz. Dla tej atmosfery, dla tych ludzi. Jest mi to bardzo potrzebne - mówi 76-letnia Irena Słowik. Jest zupełnie sama, bezdzietna wdowa - jedyna bliska osoba to brat, który dwadzieścia lat temu wyemigrował do Australii.
Ponieważ Wigilia wypadała w tym roku w niedzielę, spotkanie dla samotnych urządzono dzień wcześniej. - Ten prawdziwy dzień wigilijny spędzę w swoim domu. Najpierw rano pójdę na mszę do kościoła. Wrócę, napalę w piecu i jak zrobi się ciepło, to już będę naprawdę szczęśliwa. Mam mieszkanie w starej kamienicy, w której ciągle wieje chłodem. Potem włączę telewizor i przygotuję sobie wieczerzę. Mam trochę ziemniaków, kilka śledzi, kupiłam też kawałek karpia. Wieczorem zmówię modlitwę, zapalę świecę i usiądę do stołu - zapowiada pani Irena.
Podobnie opowiadają pozostali uczestnicy spotkania. Każdy z nich jest samotny. Niektórzy na własne życzenie, niektórzy - bo życie nie było dla nich łaskawe. - Tu ludzie przychodzą, by przeżyć święta godnie, by nie być samemu. My robimy wszystko, żeby poczuli, że nie są sami, mają z kim przełamać się opłatkiem, złożyć życzenia - mówi ks. proboszcz Paweł Buchta, organizator wigilii.
Każdy na spotkanie stara się ubrać jak najbardziej odświętnie. - Na taką uroczystość nie wypada inaczej. To przecież najważniejszy dzień. Zresztą mówi się: jaka Wigilia, taki cały rok. Tu nie przychodzi się po jedzenie, ale na spotkanie - tłumaczą zgromadzeni przy stołach. Między nimi z tacami pełnymi tradycyjnych dań krążą kelnerzy, zespół muzyczny śpiewa kolędy.
- Jak mówiła Matka Teresa z Kalkuty: Pamiętaj, żeby Wigilię obchodzić każdego dnia, za każdym razem kiedy podajesz rękę, na czyjejś twarzy wywołujesz uśmiech. Tak jak święty Józef troszczył się o brzemienną Maryję, będę modlił się o to, by ten święty troszczył się o każdą rzecz waszego życia - życzył zebranym ks. biskup Gerard Bernacki. Jego słowa nagrodzono brawami. - To bardzo potrzebne. Takie wzmocnienie, słowa, które podniosą na duchu. To pomaga żyć - dodaje pani Irena. Kiedy pytamy, czego możemy jej życzyć, długo się zastanawia. - Dobrych snów i ciepłego pokoju. Niczego więcej mi już nie trzeba. No, może jeszcze tego, żebyśmy się znów za rok tu na wigilii spotkali - uśmiecha się pani Irena. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2006.12.26
Do góry
Adamek chce walczyć w Spodku
Jest ogromna szansa, że Tomasz Adamek stoczy zawodową walkę w Katowicach! - Tomek bardzo chce walczyć w Spodku, dlatego zrobię wszystko, żeby pojedynek o mistrzostwo świata odbył się tutaj - mówi Gazecie Ziggy Rozalsky, doradca boksera, były promotor Andrzeja Gołoty. Data planowanej walki: 9 czerwca.
Czy walka Adamka (z prawej) z Glenem Johnsonem będzie równie emocjonująca, jak zeszłoroczna z Paulem Briggsem w ChicagoMieszkający w Gilowicach pod Żywcem Adamek to obecnie najlepszy polski pięściarz: jest mistrzem świata prestiżowej federacji WBC. Od kilku dni przebywa w Vero Beach na Florydzie, gdzie przygotowuje się do trzeciej obrony tytułu w wadze półciężkiej. Adamek będzie walczył 3 lutego w Miami z Amerykaninem Chadem Dawsonem. Jeśli wygra, walka w Katowicach nabierze naprawdę realnych kształtów!
- O tym, że Tomek pokona Dawsona, jestem przekonany. Jest od rywala szybszy, silniejszy, bardziej dokładny - po prostu lepszy. Kolejna obrona pasa odbyłaby się już w Katowicach. Oczywiście nie jest to jeszcze przesądzone, bo w boksie zawodowym mało co jest pewne. Żeby w ogóle doszło do walki w Polsce, muszę najpierw otrzymać pozwolenie od promotora Dona Kinga. Uważam jednak, że nie będzie z tym problemu - przekonuje Rozalsky, który zarezerwował już Spodek na 9 czerwca. Właśnie tego dnia miałby się odbyć walka. Rozalsky dogadał się już z Polsatem w sprawie transmisji gali.
Na oficjalnej stronie internetowej Adamka podano informację, że rywalem Polaka byłby słynny Glen Johnson. Urodzony na Jamajce 37-letni pięściarz dwa lata temu pokonał legendarnych Roya Jonesa Jr. i Antonio Tarvera. Niedawno przegrał jednak walkę o pas mistrza świata IBF z Clintonem Woodsem. Czy przyjazd Johnsona do Polski jest realny?
- Wprawdzie Don King ma złe układy z menedżerami Johnsona, ale mnie negocjacje pójdą łatwiej - zapewnia Rozalsky, który w 1998 i 1999 roku organizował walki Gołoty we Wrocławiu. - Kiedy zastanawialiśmy się z Tomkiem nad walką w Polsce, w grę wchodziły dwa obiekty: Hala Ludowa we Wrocławiu i Spodek. Tomek powiedział, że bardzo chce walczyć w Spodku - wyjaśnia doradca naszego pięściarza.
Dla rodzinnej miejscowości Adamka to radosna informacja. - W Gilowicach mieszka ponad 4,5 tys. osób. Tomek będzie mógł liczyć na bardzo liczną i głośną grupę kibiców. Nie wiem dokładnie, ilu nas będzie, ale na pewno w Spodku będzie nas słychać! - woła z entuzjazmem Dariusz Kudzia, wiceprezes klubu bokserskiego Cios Adamek i przyjaciel pięściarza.
Występ Adamka na Śląsku byłby gratką, bo bokser już dawno nie walczył w Polsce. Ostatni raz pokazał się trzy lata temu w Bielsku-Białej i była to walka rankingowa. Adamek pokonał wtedy przed czasem Francuza Oliviera Bearda.
Dotychczas w Polsce odbyły się tylko dwie walki o prestiżowy pas mistrza świata. Kilka tygodni temu Krzysztof Diablo Włodarczyk zdobył w Warszawie mistrzostwo świata wagi junior półciężkiej IBF. Wcześniej w 2002 roku Dariusz Michalczewski obronił pas mistrza WBO wagi półciężkiej w Gdańsku. Gazeta Wyborcza, Leszek Błażyński 2006.12.19
Do góry
Testament górników z Wujka
- Czy w Polsce można strzelać bezkarnie do ludzi? - pytała pod pomnikiem poległych górników Agnieszka Gzik-Pawlak. 25 lat temu jej ojciec zginął podczas pacyfikacji kopalni Wujek.
13 grudnia 1981 roku, w dniu ogłoszenia stanu wojennego, internowano Jana Ludwiczaka, szefa Solidarności na Wujku. Nazajutrz w kopalni wybuchł strajk. Protestujący zażądali uwolnienia Ludwiczaka, odwołania stanu wojennego i respektowania podpisanych porozumień jastrzębskich.
16 grudnia do kopalni wjechały czołgi i wkroczyło ZOMO. Miało siłą stłumić strajk i zmusić górników do opuszczenia Wujka. Walka była zacięta. Około godz. 12.30 padły strzały. Na miejscu zginęło sześciu górników, kolejnych trzech zmarło w szpitalu.
W sobotę w ich intencji modlono się w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego, niedaleko kopalni. Biskup tarnowski Wiktor Skworc podczas homilii zauważył, że polegli górnicy z Wujka przekazali nam swoisty testament - wzywają w nim do pielęgnowania nadziei. - Jesteśmy dziedzicami i wykonawcami tej woli. Dlatego wciąż mamy nadzieję, że doczekamy się sprawiedliwego osądu czasu sprzed 25 lat; sprawiedliwego osądu ludzkiej woli, która postąpiła z górnikami jak chciała - mówił biskup. - Można zabić człowieka, jednak nadziei, którą nosi w sercu, zabić nie można. Nadzieja jest bowiem nieśmiertelna i wydaje owoce, jeśli przejmują ją nowe pokolenia - dodał.
Nadzieję na sprawiedliwe osądzenie sprawców tej tragedii wciąż mają rodziny zamordowanych górników. Agnieszka Gzik-Pawlak, córka jednego z zabitych, przypomniała podczas apelu pod pomnikiem poległych na Wujku, że dzięki ich ofierze w Polsce zaszły zmiany. - Miliony Polaków odwróciły się od ideologii komunistycznej, odzyskaliśmy wolność. Wiele osób o tym nie pamięta, innym zależy, by zapomniano - mówiła. Wołała też o sprawiedliwość, bo osoby odpowiedzialne za śmierć górników wciąż nie zostały ukarane. - Czy to znaczy, że w Polsce można bezkarnie strzelać do ludzi? Czyżby w naszym kraju nie było woli skazania? - pytała.
Odpowiedział jej prezydent Lech Kaczyński, który wziął udział w uroczystości. - Sprawiedliwości stanie się zadość - powiedział.
Obchody 25-lecia pacyfikacji kopalni Wujek zakończył koncert w Górnośląskim Centrum Kultury w reżyserii Wojciecha Sarnowicza i Michała Smolorza. Wykonano oratorium Missa de Spe - Msza nadziei z muzyką Stefana Sendeckiego do tekstów ks. Jerzego Szymika. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.12.17
Do góry
Po paszport do Katowic
Od stycznia przyszłego roku mieszkańcy: Chorzowa, Jaworzna, Mysłowic, Siemianowic Śląskich, Sosnowca, Świętochłowic, Tychów, Dąbrowy Górniczej oraz Katowic oraz powiatów: bieruńsko-lędzińskiego i mikołowskiego sprawy paszportowe załatwiać będą w Oddziale Paszportowym Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach przy ul. Jagiellońskiej 25.
Podobnie jak i w innych miastach, także katowicka delegatura przy ul. Żwirki i Wigury 28 zostanie pod koniec tego roku zlikwidowana. Do 22 grudnia będzie tu jeszcze można złożyć wniosek o paszport i tutaj go odebrać. Natomiast w dniach 27-29 grudnia możliwe będzie jedynie składanie wniosków paszportowych. Gazeta Wyborcza, iob 2006.12.14
Do góry
Hotel Silesia zamyka swe podwoje
Niegdyś najbardziej renomowany hotel w regionie po 35 latach działalności opuszczą w piątek ostatni goście. Już nikt nie zamówi w restauracji móżdżku na grzankach ani chateaubriand. Po striptizerkach, hucznych rautach zostaną tylko wspomnienia i stare fotografie.
Hotel Silesia w Katowicach to już historia, padł ostatni bastion epoki PRL-u. Z zewnątrz wciąż ta sama zielonkawo-ceramiczna elewacja, pamiętająca 1971 rok, kiedy otwierano tę oazę luksusu.
Wczoraj słynna restauracja hotelowa działała jeszcze normalnie. Tu wciąż można było poczuć klimat tamtych lat: ściany wyłożone boazerią, sufit w kamyczkach, do tego ozdobne elementy z metaloplastyki i kilimy. Do stołów od 14 lat zaprasza Małgorzata Jeziorowska, kierowniczka sali. - Tak naprawdę to jestem starszą bufetową, ale w ramach restrukturyzacji dołożono mi obowiązków. Szkoda, że już kończymy. Tworzyliśmy w Silesii zgrany zespół, fajnie się tu pracowało, zawsze było wesoło, jak w rodzinie - mówi kierowniczka.
Jeziorowska wspomina, jaką kiedyś hotel miał renomę, bawiły się tu przecież elity. Jeszcze pod koniec lat 90. Silesia gościła narodowe drużyny piłkarskie Szwecji i Niemiec. Stałym gościem przez lata był tu Kazimierz Kutz. Pracownicy wspominają głowy państw, prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i wielu innych: Charles\\\'a Aznavoura, Krystiana Zimermana, Czesława Miłosza, Josifa Brodskiego i Andrzeja Wajdę.
Lata świetności doskonale pamięta Wojciech Łuczak, kierownik gastronomii. - Za Gierka na Śląsku był boom inwestycyjny. Wtedy w Silesii bez przerwy coś się działo, a to wielkie rauty z okazji przyjazdu pierwszego sekretarza, a to prestiżowe przyjęcie z okazji oddania pieca martenowskiego w Hucie Katowice, w którym uczestniczył sam Aleksiej Kosygin, premier ZSRR - wspomina z nostalgią Łuczak.
Na zapleczu Łuczak ma stary album ze zdjęciami, archiwizuje menu, planuje wraz z synem stworzyć monografię poświęconą hotelowi. - O skali naszej popularności świadczą liczby: w restauracji było dwanaście rewirów, w bocznej sali zwanej malinową - cztery. Na jednej zmianie pracowało więc szesnastu kelnerów! Teraz wystarczy jeden - dodaj Łuczak. I wylicza dalej. - Dwóch kelnerów na room serwisie, czterech w barze nocnym, a gości kawiarni obsługiwało od sześciu do dziesięciu pań.
Łuczak miał pod sobą 150 osób, teraz zaledwie 30. Wspomina Małgosię, specjalistkę od kołdunów litewskich, które były rozchwytywane. Kawior, krewetki i raki serwowano nawet w najcięższych latach komuny.
W podziemiu Silesii działał pierwszy w Katowicach klub nocny, atrakcją był striptiz. Swoje wdzięki pokazywały Czeszki i Węgierki, bo Polkom nie było wolno. Grały dwie orkiestry, jedna w restauracji, druga w klubie.
Złote czasy skończyły się w połowie lat 90. - Firma Orbis skutecznie pracowała, żeby tak się stało. Te wszystkie trendy, które pojawiły się w żywieniu nie przekładały się na wzrost zysku, bo podniebienia nie da się oszukać - mówi Roman Sobala, kucharz od 33 lat.
- My, gastronomicy starej szkoły, byliśmy przeciwni robieniu dań z półproduktów, zup z proszku. Ludzie kiedyś znali się na sztuce kulinarnej, teraz ta znajomość jest żadna albo bardzo kiepska - ciągnie Sobala. Przed laty gość w restauracji miał do wyboru 80 drugich dań, 20 rodzajów zup, mógł nawet złożyć specjalne zamówienie, zdolni kucharze potrafili przyrządzić wszystko.
W hotelu nie ma młodych pracowników, ci już dawno zostali zwolnieni, przeważają osoby z kilkunastoletnim stażem. Sobala i Łuczak należą do najstarszych. - Całe nasze życie zawodowe jest związane z tym hotelem. Silesia to my - mówią, kiwając głowami.
Hotel ma na swoim koncie wiele sukcesów, kucharzy nagradzano na krajowych konkursach i zawodach. Silesia to jedyny hotel Orbisu, który na stałe zdobył sztandar przechodni prezesa GKKFiT-u (Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki). Była to prestiżowa nagroda za najwyższą jakość i najlepsze obroty dla hotelu w całym kraju. Placówka trzy lata z rzędu - 1973-75 - była w czołówce. Bolesław Kapitan, przewodniczący komitetu, wręczył sztandar ówczesnemu dyrektorowi Marianowi Płachcie.
Hotele orbisowskie były prestiżowym elementem turystki, do których zaglądali dewizowcy. Obok Hotelu Europejskiego w Warszawie Silesia miała najwyższy wskaźnik obcokrajowców. - Cenniki były różne w zależności od przynależności gościa do odpowiedniej kategorii. Inne były ceny dla KK, czyli gości z krajów kapitalistycznych, inne dla KDL, czyli krajów demokracji ludowej, jeszcze inne dla Polaków - wylicza Leszek Broda, recepcjonista.
Kilka lat temu hotel zmodernizowano, wymieniono windy, każdy pokój dostał elegancką łazienkę, wymieniono wszystkie okna. Jedynie meble w pokojach pozostały stare, jeszcze z lat 70. i 80. Wszechobecne wzorzyste wykładziny również zdradzają swoją zgrzebną, PRL-owską proweniencję. - W pewnym momencie ktoś o nas zapomniał. Wystarczyło pociągnąć modernizację dalej. Nie mamy klimatyzacji, meble są stare, przespaliśmy zmianę standardów - mówi z żalem Łuczak. Dlatego niegdyś czterogwiazdkowa Silesia pod koniec działalności miała tylko trzy.
Pracownicy mają jednak pretensje do firmy Accor, która przejęła Orbis. - Nikt z zarządu nie przyjechał do nas osobiście, dostaliśmy informację o zamknięciu hotelu mailem, ciągle nie wiemy, co dalej z Silesią - mówi Jeziorowska. Wśród pracowników krążą legendy, a to o wyburzeniu budynku, a to o jego sprzedaży.
- Polityka kadrowa francuskiego koncernu jest poniżej krytyki, przerzuca się dyrektorów z jednego krańca Polski na drugi. W ciągu roku, dwóch Orbis zniknie. I to po 80 latach! To kolejna polska marka z tradycją, o którą nie potrafiliśmy zadbać - mówi Łuczak.
Dwa tygodnie temu zamknięto cukiernię, która cieszyła się dużą popularnością wśród katowiczan. Sobala zdradza tajemnicę jej sukcesu - Wszystko było z naturalnych składników.
Jeszcze w maju hotel obchodził 35-lecie, bardzo skromnie, tylko w gronie pracowników. - Nikt z zarządu nie przysłał nam nawet listu gratulacyjnego - mówi Łuczak. Pracownicy dostaną odprawy, część załapie się na przedwczesne emerytury. Każdy pójdzie w swoją stronę.
- Zarząd Orbisu jeszcze nie podjął decyzji, co dalej z budynkiem, rozpatruje różne możliwości - mówi Kaja Szwykowska, rzeczniczka Orbisu.
Hotel zamknięto z powodu kiepskiego stanu technicznego. Najprawdopodobniej budynek zostanie wyburzony. Accor planuje w najbliższym czasie zbudować w Katowicach dwa nowe hotele - Ibis i Etap. Architekt Tomasz Konior, zwycięzca konkursu na przebudowę śródmieścia, widzi w tym miejscu nowoczesny obiekt, który będzie wpisywał się w miasto, stworzy zamknięty kwartał.
Ostatnią noc w Silesii spędziło zaledwie 30 osób, większość ze 194 pokoi od dawna stoi pusta. Ruch w hotelu zdarzał się tylko w czasie wielkich imprez w regionie, najczęściej związanych ze Spodkiem. Klucze od pokoi ostatni goście oddadzą w piątek do godziny 12. Pracownicy popracują jeszcze do końca grudnia. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.12.14
Do góry
Powstał komiks o pacyfikacji Wujka
Już za kilka dni premiera wydawnictwa przygotowanego specjalnie na 25. rocznicę pacyfikacji kopalni Wujek. Kilka miesięcy temu Solidarność zamówiła komiks o wydarzeniach z grudnia 1981 r. w Katowicach.
Całość utrzymana jest w prostej kolorystyce: czerni, bieli i czerwieni. Pomysłodawcy tłumaczą, że barwy mają symbolizować węgiel, śnieg i krew. Głównym bohaterem jest siedmioletni Józek. Chłopczyk pochodzi z typowej śląskiej rodziny, takiej w której mężczyźni z dziada pradziada są górnikami. 13 grudnia Józek obchodzi swoje urodziny. Niecierpliwie czeka na powrót ojca z kopalni. Czekanie urozmaica sobie zabawą. Bawi się żołnierzykami. Zabawa przenosi czytelnika wprost w realia kopalni. Tam są prawdziwi ludzie w mundurach, czołgi. Tam też jest ojciec Józka.
- Dalsze wydarzenia są już fabularyzowanym dokumentem. Występują postaci autentyczne, m.in. kapelan górników ks. Henryk Bolczyk. Nie porzucamy jednak wątku Józka. On, jego ojciec, matka i babcia są równie ważni jak wydarzenia historyczne. Kto chciałby dowiedzieć się, jakie zakończenie będzie miał ten wątek, niech zerknie do komiksu - zachęca Witold Tkaczyk, szef poznańskiej oficyny Zin Zin Press, która komiks wydała.
Scenariusz komiksu napisał historyk Maciej Jasiński. Rysunki wykonali Jacek Michalski i Andrzej Janicki. Wszyscy pochodzą z Bydgoszczy. - To nasi stali współpracownicy. Autorów do Wujka nie było nam łatwo znaleźć. Wielu rysowników ten temat po prostu przerastał - dodaje Tkaczyk.
Na pomysł wydania komiksu wpadli działacze śląsko-dąbrowskiej Solidarności. - Z jednej strony chcieliśmy wyjść poza ramy schematycznych uroczystości. Z drugiej mamy świadomość, że komiks jest świetną formą opowiadania o najnowszej historii młodym ludziom. Może być znakomitą zachętą do sięgnięcia po literaturę fachową - mówi Wojciech Gumułka, rzecznik związku.
Gumułka nie ukrywa, że inspiracją były wcześniejsze prace oficyny. Zin Zin Press wydał już bowiem komiks poświęcony powstaniu Solidarności, życiu i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki i poznańskim wydarzeniom z czerwca 1956 r. Na pomysł opowiadania historii poprzez rysunki sceptycznie patrzy z kolei Agnieszka Pawlak-Gzik, córka górnika, który zginął w czasie masakry. - Komiks absolutnie mnie nie przekonuje. Nie tylko dlatego, że dla mnie to zbyt frywolna forma na pokazanie tego, co tam się stało. Jestem nauczycielem historii i uważam, że są lepsze sposoby, np. spektakle, inscenizacje. Po komiks sięgnę jedynie z ciekawości. Pokażę go też mojemu czteroletniemu synkowi Aleksandrowi. Choć jest jeszcze taki mały, opowiadam mu o tamtych wydarzeniach. Wie, gdzie i za co zginął jego dziadziuś - mówi Pawlak-Gzik.
Komiks zostanie zaprezentowany na oficjalnych uroczystościach w sobotę. Wydany w 5 tys. egzemplarzy będzie rozprowadzony w największych księgarniach w całym kraju. Jego cena to 24 zł 90 gr. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2006.12.13
Do góry
Orkiestra zagra w Spodku
W Katowicach ruszyły przygotowania do finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Sztab WOŚP rozpoczął w poniedziałek rekrutację wolontariuszy, którzy 14 stycznia już po raz 15. będą kwestować na rzecz chorych dzieci.
Orkiestra zagra w całym kraju na rzecz ratowania dzieci poszkodowanych w wypadkach. Finał odbędzie się pod hasłem Ale kosmos. - U nas ta nazwa sprawdzi się chyba najpełniej. Po raz pierwszy bowiem zagramy w Spodku - cieszy się Bartek Alechnowicz z katowickiego sztabu Orkiestry. Wiadomo już, że zagrają m.in. Myslovitz, Daab i Armia. W Spodku będzie też bity rekord w pieczeniu największego ciasta na świecie. - O pozostałych atrakcjach na razie nie chcemy jeszcze mówić, bo trwają rozmowy, przygotowania - mówi Olechnowicz.
Pełną parą ruszyły już poszukiwania wolontariuszy. Wszyscy, którzy chcą kwestować, powinni zgłosić się do katowickiego sztabu przy ul. Warszawskiej 27 od poniedziałku do piątku w godzinach 15-19. Gazeta Wyborcza, am 2006.12.12
Do góry
Dyskusja o przebudowie śródmieścia Katowic
Wizję stolicy regionu na lata 2010-2020 przedstawił wczoraj mieszkańcom Katowic Tomasz Konior, zwycięzca konkursu architektonicznego. Katowiczanie po raz pierwszy mogli wyrazić publicznie swoje zdanie na temat przyszłości miasta.
Konkurs na przebudowę śródmieścia Katowic był największym od kilkudziesięciu lat, jakie zorganizowało miasto. Dotyczył przestrzeni pomiędzy rondem a rynkiem, którą ukształtowano jeszcze w latach 60. i 70. Dopiero teraz odbyła się dyskusja pokonkursowa, mimo że wyniki konkursu poznaliśmy już dwa miesiące temu. Wczoraj w Spodku laureat Grand Prix, architekt Tomasz Konior, dokładnie omówił swój projekt. - Centrum należy przede wszystkim dogęścić. Miasto nie udźwignie samo tego problemu. To zadanie dla wielu inwestorów i architektów - wyjaśniał Konior. Jego projekt zakłada zabudowanie wolnej przestrzeni alei Korfantego. Przypomina to odbudowę Potsdamer Platz w Berlinie, gdzie wyznaczano działki, które zagospodarowywali prywatni inwestorzy, miasto natomiast skupiło się na tworzeniu ulic i placów.
Pan Andrzej, emerytowany inżynier, bardzo chciałby mieszkać w Katowicach projektu Koniora. Podobnego zdania byli inni mieszkańcy. Marek Wiktorczyk, który codziennie przemierza drogę pomiędzy rondem, a Spodkiem, mówił: - Teraz tędy przemykam, ale gdy ta przestrzeń będzie miała skalę bardziej ludzką, to i ja będę czuł się w niej lepiej.
Część mieszkańców zarzucała architektom, że mówią aforyzmy, bez konkretnych pomysłów. - Już niedługo Gliwice nas prześcigną, ze swoim zadbanym rynkiem - mówił starszy mężczyzna. Podkreślano, że Katowice muszą się czymś wyróżniać, by konkurować z Krakowem czy Wrocławiem. Podnosiły się głosy o potrzebie budowy opery czy centrum kongresowego. Dopytywano o funkcję, jaką powinno spełniać śródmieście miasta mającego aspiracje metropolitalne.
Dyskusja wywoływała momentami spore emocje. Gdy Stefan Scholz, członek jury, zarzucił prezydentowi Katowic, że dba głównie o rozwój komunikacji, na sali rozległy się brawa. - W centrum jest też mało zieleni, za dużo myśli się o tunelach, za mało o zwykłych ludziach - dodał Scholz. Mieszkańcy podkreślali, że zaniedbane centrum straszy nie tylko przyjezdnych, przytaczano statystyki mówiące o odpływie ludzi z Katowic.
- Nasze miasto traktuje się jak układankę z puzzli, bo konkurs to tylko wycinek Katowic. Nowe puzzle nie zazębią się ze starymi. Stąd mamy obcą kopułę na rondzie, która nadaje się do rozbiórki - mówiła Barbara Bartkiewicz ze Stowarzyszenia Harmonijnego Rozwoju Katowic.
Jarosław Kaniewski, pracownik Real Estate, dopytywał o ulicę Piotra Skargi: - Teraz jest tam mnóstwo autobusów, ale przystanki można spokojnie przenieść na szeroką ulicę Mickiewicza. Niestety, nikt nie myśli o zrobieniu na Skargi pasażu, bo jest ona poza obszarem opracowania konkursowego.
Dyskusję poprzedziły długie omówienia poszczególnych projektów i to one odstraszyły część mieszkańców. Niefortunna był też pora, kiedy większość osób pracuje. Dlatego spotkanie zdominowali architekci i urzędnicy.
Jurand Jarecki, autor m.in. Skarbka i Zenitu, zarzucił Koniorowi, że powraca do XIX-wiecznego miasta. - Zamiast placów będziemy mieli placyki - mówił Jarecki. Piotr Franta, współautor pracy konkursowej, która otrzymała III nagrodę, pomysł zabudowania alei Korfantego nazwał takim samym barbarzyństwem, jak zabudowanie krakowskich Błoni.
Przewodniczący sądu konkursowego Ryszard Jurkowski podsumował dyskusję: - Zwycięski projekt to tylko koncepcja, która będzie podstawą do stworzenia planu miejscowego. Wszystkie głosy mieszkańców mamy spisane i przekażemy je pod uwagę nagrodzonemu zespołowi, który w ciągu roku opracuje plan.
Prezydent Piotr Uszok zapowiada już następną dyskusję na wiosnę przyszłego roku. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.12.12
Do góry
Wystawa o Wujku w restauracji
Leonard Stankiewicz fotografował pacyfikację kopalni Wujek z okna własnego mieszkania. Teraz zdjęcia powiększył i powiesił na ścianach swojej restauracji.
Ćwierć wieku temu Stankiewicz był fotografem i fotoreporterem związanym z prasą śląską. Jego czarno-białe, w większości dotąd niepublikowane, fotografie tworzą dramatyczny dokument. Na kilku widać czołg - na chwilę przed tym, jak rozbił mur kopalni, a za nim wdarli się do zakładu zomowcy. Na innych są ludzie modlący się pod pierwszym drewnianym krzyżem, ustawionym na miejscu tragedii w pierwszych godzinach po pacyfikacji. I sam krzyż - z zawieszonymi na jego ramionach siedmioma górniczymi lampkami symbolizującymi siedmiu zabitych górników (dwóch kolejnych zmarło potem w szpitalu).
Duże wrażenie robi też zdjęcie dwóch karabinowych łusek, które ktoś trzyma w wyciągniętej dłoni. Stankiewicz jest przekonany, że specjaliści na podstawie tej fotografii potrafiliby ustalić, z jakiej broni strzelano. Niektóre zdjęcia wykonano z mieszkania, zza lekko uchylonej firanki, inne - pod kopalnianym murem. - Esbecy wiedzieli, że zdjęcia robił ktoś pracujący w prasie, ale nie udało im się mnie odnaleźć - opowiada fotograf.
Żeby przypomnieć panującą w grudniu 1981 roku atmosferę, obok zdjęć powiesił powiększone wycinki z Trybuny Robotniczej. Artykuł o pacyfikacji kopalni Wujek jest tak napisany, że informacja o śmierci górników pojawiła się dopiero pod koniec, niejako mimochodem. Wstrząsające wrażenie, przez swoją lakoniczność, robi pokazywany też na wystawie tajny meldunek dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. O pacyfikacji tylko cztery zdania, w dodatku - jak się wkrótce okazało - nieprawdziwe, bo zaniżające liczbę poległych i rannych. O godz. 11.05 siły WP (Wojska Polskiego) i ZOMO rozpoczęły akcję w kopalni Wujek. Atak został odparty. Straty po stronie górników - 6 zabitych i 20 rannych. Po stronie atakujących 13 rannych (ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo). Po wycofaniu się sił porządkowych górnicy zażądali negocjacji. W wyniku negocjacji, które prowadził szef Sztabu Wojewódzkiego płk Kępka, górnicy rozpoczęli opuszczanie kopalni.
Stankiewicz podkreśla, że wystawę zorganizował samodzielnie, na marginesie oficjalnych obchodów 25. rocznicy Wujka. Zdjęcia już można zobaczyć, ale uroczysty wernisaż odbędzie się 17 grudnia o godzinie 15.
25 lat temu. Wystawa fotografii, Katowice, restauracja Chata, ul. Jana Sobieskiego 11 Józef Krzyk 2006.12.10
Do góry
Koniec korków przed katowickim rondem!
Ponad 800 mln zł kosztowała budowa katowickiego odcinka Drogowej Trasy Średnicowej. W sobotę pierwsze samochody przejadą tunelem pod rondem. - To koniec korków w tym rejonie - zapewnia Ireneusz Maszczyk, prezes DTŚ.
Przez centrum Katowic przejechać się nie da. Pokonanie kilku kilometrów aleją Roździeńskiego - przez rondo, a potem dalej ul. Chorzowską, aż do skrzyżowania z ul. Bracką - to męka. Każdego dnia tę trasę pokonuje około 60 tys. samochodów. Od soboty wszystko się zmieni. - Przejazd zajmie najwyżej kilka minut - obiecuje Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.
Ireneusz Maszczyk, prezes spółki Drogowa Trasa Średnicowa, też jest optymistą. - Gwarantuję, że korki znikną - mówi. Jest pewien, bo w sobotę po południu zostanie otwarty tunel pod katowickim rondem.
- To było wyzwanie. Przy tak ogromnej budowie trzeba było utrzymywać ruch w śródmieściu, wytyczać jezdnie tymczasowe - wyjaśnia Maszczyk. Katowicki odcinek DTŚ, od Brackiej aż do Bogucickiej, budowano sześć lat. Wydano na to ponad 800 mln zł. Podczas budowy ostatniego odcinka zużyto ponad 80 tys. metrów sześciennych betonu, 13,5 tys. ton stali, wybudowano prawie 500 nowych miejsc parkingowych, postawiono 424 latarnie, posadzono 651 drzew i ponad 14 tys. rozmaitych krzewów.
Perełką DTŚ jest jednak tunel o długości około 650 m. - Przewidujemy, że będzie z niego korzystało 60 proc. samochodów, które co dzień przejeżdżają przez katowickie rondo - mówi Maszczyk.
Tunel jest naszpikowany elektroniką. Jego wnętrze obserwują 24 kamery, zamontowano 28 oddymiających wentylatorów, a 510 lamp oświetla jezdnie. Nad bezpieczeństwem kierowców będą bez przerwy czuwać pracownicy centrum utrzymania tunelu. Sterownię wybudowano w kopule na rondzie.
Zanim tunelem pojadą pierwsze samochody, każdy będzie mógł go zwiedzić i o wszystko wypytać budowniczych. To niepowtarzalna okazja, bo później piesi będą mieli absolutny zakaz wstępu do tunelu. Zwiedzanie będzie można zacząć już o godz. 8.30. Na dół będzie można dostać się od strony ul. Sokolskiej bądź Nowogranicznej. Ostatni goście zostaną wpuszczeni przed godz. 11. Potem dwie godziny przerwy i od godz. 13 tunel wciągnie pierwszych kierowców. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.12.07
Do góry
Zabytkowy problem miasta
Miasto Katowice jest właścicielem pięknej, ponadstuletniej willi przy ulicy Wojewódzkiej 42. Wyremontowany za milion złotych budynek od półtora roku stoi pusty. Urzędnicy starają się go sprzedać.
Eklektyczny budynek ma trzy elewacje, bo z jednej strony przylega do kamienicy przy ul. WojewódzkiejHistoria willi sięga końca XIX wieku, kiedy na tych terenach działała odlewnia metali kolorowych. Jej właściciel, Henryk Gerdes, postanowił tuż obok zakładu wybudować willę, w której zamieszkał z rodziną. Obiekt powstał w 1896 roku, według projektu Feliksa Schustera. Eklektyczny budynek ma trzy elewacje, bo z jednej strony przylega do kamienicy przy Wojewódzkiej. W ceglanej willi widać wpływy architektury niemieckiej, a dach mansardowy zdradza również reminiscencje francuskie.
Od czasów powojennych budynek zaczął podupadać, przez lata były tu zwykłe mieszkania. Kilka lat temu miasto postanowiło willę wyremontować i sprzedać.
- To była kompletna ruina - mówi Małgorzata Zygmunt, miejska konserwator zabytków. - Jednak udało nam się przywrócić willi świetność. Olbrzymią gratką są odtworzone we wnętrzu polichromie na klatce schodowej, jedyne takie w Katowicach. Oryginalny wzór przypomina udrapowaną, ciężką materię z frędzlami.
Również z zewnątrz budynek wygląda imponująco, oczyszczono ceglane elewacje i odtworzono wszystkie bogate detale. Prace kosztowały ponad milion złotych.
W pierwszym przetargu - ogłoszonym w czerwcu 2005 roku - prawie 600-metrowy budynek wraz z 300-metrową działką wyceniono na 6 mln zł, jednak nie było chętnych. W kolejnych przetargach cena spadała. W ostatnim, zakończonym w listopadzie, miasto oferowało budynek za 4,6 mln zł. Nadal nie było żadnych chętnych, mimo że od ceny należy odjąć 50-proc. bonifikatę, ze względu na wpis budynku do rejestru zabytków.
- To dziwne, że nikt nie chce kupić willi, bo jest świetnie położona przy odremontowanej ulicy. Ogłoszenia o przetargu były drukowane w pismach branżowych i ogólnopolskiej prasie. Miasto zastanawia się teraz nad możliwością podnajmu obiektu - wyjaśnia Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.
Czy miasto powinno pozbywać się tak wartościowego budynku? - Świetnie nadawałby się na cele kulturalne. Można by tu stworzyć np. galerię Jerzego Dudy-Gracza, który przez większość życia tworzył w Katowicach i wciąż nie doczekał się własnej galerii - mówi Jarosław Lewicki, prezes Stowarzyszenia Kościuszki i okolice, pisarz, katowiczanin. Również pobliskie Muzeum Historii Katowic pragnęło stworzyć w tym miejscu galerię. - Wysyłaliśmy pisma w tej sprawie. W willi moglibyśmy prezentować nasze pokaźne zbiory malarstwa katowickiego, które na co dzień, z braku miejsca, są zamknięte w magazynach. Mogłaby to być niezwykła atrakcja dla Katowic - mówi Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka muzeum. Zbiory muzeum obejmują malarstwo od okresu międzywojennego do współczesności, od takich malarzy jak Józef Ligoń, Franz Sikora, aż po Józefa Mroszczaka i Dudę-Gracza. - Galeria BWA pokazuje sztukę aktualną, my moglibyśmy prezentować rozwój sztuki katowickiej, jednak nie mamy wolnych sal - dodaje Lipońska-Sajdak.
Miasto nie widzi jednak szans na zmianę funkcji obiektu. - Już podczas remontu zapadły decyzje o sprzedaży budynku. Idealnie nadaje się na siedzibę jakiejś firmy. Myślę, że wkrótce znajdzie się chętny. Muzeum Historii Katowic ma już olbrzymią kamienicę - odpowiada Bojarun. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.12.07
Do góry
Mikołaj przyniósł brawa
Mikołaj odwiedził wczoraj Specjalny Ośrodek Wychowawczy w Katowicach Bogucicach, prowadzony przez siostry św. Jadwigi. Przywiózł 30 paczek dla najmłodszych mieszkańców. Pod czerwonym przebraniem ukrył się Patryk Kotuła z Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego w Katowicach. Dziewięcioletnia Iwona od razu go rozszyfrowała: - Nie jest prawdziwy. Ma brodę na gumce i sweter wystaje mu z rękawów.
- I nie ma rózgi! - dodała rok młodsza Andżelika.
Ale bały się podejść do czerwonego Kotuły. Pięcioletnia Aga aż się popłakała. Niespełna trzyletniego Darka siostra dyrektor Angelika musiała wziąć na ręce.
- Ja, ja! - zgłaszały się starsze dziewczynki na pytanie Mikołaja, kto mu zaśpiewa piosenkę. Jarek, lat 8, wyszedł powiedzieć wiersz i zapomniał. Jaki był szczęśliwy, gdy dostał brawa. - Nie byłem grzeczny - przyznał się Radek, lat 10. - Pyskowałem siostrom, ale nie na k... - tłumaczył mi potem. Dostał reklamówkę słodyczy, jak wszyscy. I jak wszyscy marzy o komórce. - Żeby dzwonić do babci i mamy.
- Mikołaj pamięta o wszystkich - mówiła na koniec siostra dyrektor.
- O mnie w zeszłym roku zapomniał - wypalił na to Radek. Nie chciał obiecać, że będzie grzeczny. Gazeta Wyborcza, mag 2006.12.05
Do góry
Malownik uratowany!
Mieszkańcy Podlesia mogą odetchnąć z ulgą: potok Rów Malownik nie zniknie pod ziemią. Władze Katowic, mimo namów działaczy Klubu Sportowego Podlesianka (którym zależało na poszerzeniu klubowego boiska właśnie kosztem potoku), wycofały się z tego pomysłu. Ucieszyło to także ekologów, dla których Malownik jest unikatem na skalę Europy, ze względu m.in. na żyjące tutaj bardzo rzadkie gatunki płazów.
- Takie miejsca muszą być chronione. Tak jest na całym świecie. Dobrze, że i u nas zwyciężył rozsądek - mówi Julia Góra z Polskiego Towarzystwa Przyjaciół Przyrody Pro Natura.
Walka o Malownik rozgorzała na dobre po naszej publikacji, w której opisaliśmy całą sprawę. Zaraz potem mieszkańcy Podlesia zawiązali komitet protestacyjny. Zbulwersowani ludzie szybko złożyli na ręce Piotra Uszoka, prezydenta Katowic, protest. Zwrócili w nim uwagę, że wymuszenie zasypania Malownika przez poszerzenie boiska jest w sprzeczności z przepisami ochrony środowiska. Skanalizowanie potoku wpłynęłoby także na zasiedlenie przykrytego koryta przez szczury i inne gryzonie.
W końcu doszło do spotkania komitetu protestacyjnego z władzami Katowic, reprezentowanymi przez wiceprezydent miasta Krystynę Siejnę. Wtedy okazało się, że inwestor w przekazanych dokumentach używał nazwy rów melioracyjny, by w ten sposób móc ominąć prawo wodne (takie rowy nie mają ochrony prawnej).
- Poszerzenie boiska nie było tak istotne, jak sieć energetyczna i konieczność budowy dróg dojazdowych do słupów. Teraz mamy koncepcję okablowania tej sieci, co problem rozwiązuje. Malownik nie zostanie zasypany. Możliwa jest jego niewielka korekta. Zamierzamy też przy potoku wybudować pobocze, które mogłoby spełniać rolę ścieżki rekreacyjnej - mówi Krystyna Siejna.
Pani wiceprezydent uznała też wszystkie argumenty ekologów za zasadne. Można więc zakładać, że przynajmniej w tej mierze na Podlesiu nic się nie zmieni. A nuż będzie jeszcze ładniej. Dziennik Zachodni, Michał Tabaka 2006.12.04
Do góry
Nalot celników na załęskie targowisko
Ponad 1.000 sztuk odzieży z podrobionymi znakami towarowymi znanych firm, o łącznej wartości szacowanej na przeszło 130 tys. zł zarekwirowali w sobotę śląscy celnicy w trakcie przeprowadzonej wspólnie z policją obławy na targowisko na Pukowcu. Akcja trwała cztery godziny. Wzięło w niej udział 40 osób, w tym 24 ze służby celnej.
Nalot rozpoczął przed godziną 9 rano. W wybrane punkty jednocześnie udało się 12 grup kontrolnych. Ich działania koordynował trzyosobowy zespół w centrum operacyjnym w Izbie Celnej w Katowicach. Jednocześnie funkcjonariusze zablokowali wyjazdy z Pukowca i przeszukali magazyny. Zatrzymali 7 osób: Polaków, obywateli Algierii i Wietnamu. Pięciu kolejnym udało się zbiec porzucając towar. Wolały ponieść straty nawet rzędu kilkunastu tysięcy złotych niż ryzykować złapanie i późniejsze rewizje w domach i pomieszczeniach gospodarczych. Zwykle tam znajduje się większa część trefnego towaru. Obcokrajowcy prawdopodobnie przebywają w Polsce nielegalnie.
- Nasze przygotowania często przypominają działania wywiadowcze - mówi jeden z uczestników akcji. - Mieliśmy opracowaną dokładną mapę targowiska, zdjęcia podejrzanych osób i numery rejestracyjne samochodów, którymi się poruszają. Dwie osoby udało się zatrzymać właśnie w trakcie próby wyjazdu z targowiska, razem z dużą partią produktów przeznaczonych do sprzedaży.
Funkcjonariusze użyli specjalistycznego sprzętu m. in. kamer endoskopowych. Żeby zachować anonimowość, do przeprowadzenia działań ściągnięci zostali członkowie grup mobilnych Wydziału Zwalczania Przestępczości z Bielska-Białej, Cieszyna, Katowic i Gliwic. W tłumie klientów rozstawionych na Załężu straganów, ubrani po cywilnemu byli nie do odróżnienia. Większość przechodniów nie zdawała sobie sprawy z prowadzonej przez celników i policjantów akcji, do czasu kiedy pojawiły się kamery telewizyjne i fotoreporterzy. Sprzedawcy z sąsiednich stoisk obserwowali ich działania w napięciu. Nie współpracowali, boją się. Wielu z nich przyjęło jednak te działania z zadowoleniem.
- Wreszcie ktoś się zabrał za Arabów - dało się usłyszeć. - Wprowadzają trefny towar i zaniżają ceny. Trudno walczyć z taką konkurencją.
Za sprzedaż podróbek zatrzymanym grozi kara do dwóch lat więzienia, grzywna i przepadek mienia. O zarekwirowanych m.in. bluzach, butach, kurtkach i czapkach zadecydują właściciele sfałszowanych znaków towarowych. Najczęściej nakazują zniszczenie podróbek, jednak Izba Celna będzie wnioskować do Nike, Adidasa i Pumy o zgodę na ich przekazanie potrzebującym dzieciom z domów dziecka.
Wczoraj rewizja na Załężu została powtórzona. W jej wyniku zarekwirowano kolejne kilkaset sztuk odzieży oraz 200 butelek alkoholu ze sfałszowanym znakiem akcyzy. Dziennik Zachodni, Anna Góra 2006.12.04
Do góry
Ostatni świadek tragedii Wujka?
Strzelali na łeb i na komorę, używali takich myśliwskich określeń - mówił wczoraj przed sądem ostatni z taterników. 70-letni Janusz H. uczył wspinaczki niektórych członków plutonu specjalnego ZOMO, oskarżonych o strzelanie do górników kopalni Wujek w 1981 roku.
Pierwszy strzał miał oddać dowódca plutonu, zomowiec zwany Walerkiem. - Powiedział: Walimy! - kontynuował zeznania Janusz H., który teraz sam ma kłopoty z prawem. Na rozprawę w sprawie tragedii na Wujku został dowieziony w kajdankach z katowickiego aresztu w asyście policjanta. Jego zeznaniom przesłuchiwał się biegły psycholog.
O tak zwanych raportach taterników głośno jest od 1999 roku, kiedy to Jacek Jaworski, były milicjant w stopniu podporucznika, postanowił upublicznić informację, że trzech członków klubu wysokogórskiego (także on sam) szkoliło w stanie wojennym zomowców pacyfikujących kopalnię Wujek (zginęło wówczas dziewięciu górników). Jaworski twierdzi, że to szkolenie zorganizowali po to, by wyciągnąć od funkcjonariuszy wiedzę na temat użycia broni wobec strajkujących górników. Świadek Janusz H. nie potwierdził tak jednoznacznie, że było jakieś zadanie.
- Szkolenie, jak wiele innych, ale przysłuchiwałem się rozmowom tych funkcjonariuszy. Alkohol przynosiliśmy z Zakopanego, albo był mojej produkcji - mówił Janusz H., chemik z wykształcenia.
Z zomowcami z katowickiego plutonu specjalnego spotykał się i w Tatrach, i w jurajskich skałkach, latem i zimą, ale podczas wczorajszej rozprawy na ławie oskarżonych nie rozpoznał żadnego z nich. Zdumiewające, jak w ogóle mało taternicy pamiętają z tych wspólnych tygodni spędzonych na przełomie lutego i marca 1982 roku w Dolinie Pięciu Stawów. Janusz H. pamięta tylko, kto nie strzelał w Wujku (wymienia trzech funkcjonariuszy). Na pytanie o to, kto strzelał, odpowiada: - Nie kojarzę.
Do przesłuchania w trzecim procesie pozostał już tylko jeden świadek - były zomowiec, który domaga się statusu świadka anonimowego. Sąd prawdopodobnie przesłucha go w normalnym trybie, bo nie jest w stanie zweryfikować twierdzenia świadka, że ten obawia się o swoje życie. Nie wiadomo też, co sądzi o tym zomowcu biegły psycholog.
Jeżeli znów nie objawi się jakiś nowy świadek, mowy końcowe w tym procesie mogą rozpocząć się na przełomie roku. Dziennik Zachodni, Teresa Semik 2006.12.01
Do góry
Wybór cytatów © Portal.Katowice.pl

Wstecz - Start - Do góry

Redakcja - Regulamin - Współpraca - Reklama - Strony WWW              © Copyright by GST 05-12