ďťż
,
 PORTAL  >  PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH AKTUALNOŚCI  >  WRZESIEŃ 2006
Akademia utopiła pieniądze w rektoracie
Rok po odejściu starych władz Śląskiej Akademii Medycznej wychodzi na jaw kolejna afera. Budynek rektoratu, który akademia kupiła od Banku Śląskiego za 10 mln zł, wart jest tylko połowę tej kwoty - ocenił właśnie rzeczoznawca.
Ten stylowy budynek był marzeniem starych władz Śląskiej Akademii Medycznej. Zdaniem rzeczoznawcy przepłaciły 5 mln zł Historia transakcji z Bankiem Śląskim sięga 2000 roku. Władze ŚAM - rektor prof. Tadeusz Wilczok i dyrektor Adam Sałaniewski negocjują warunki kredytu na wznowienie budowy Akademickiego Centrum Medycznego w Zabrzu. W maju 2001 roku bank pożycza uczelni na rok 35 mln zł.
Równolegle prowadzono rozmowy na tematu zakupu przez uczelnię dawnej siedziby zarządu banku - stylowej willi przy ul. Warszawskiej 14 w Katowicach. Sałaniewski zachwalał, że to idealne miejsce na siedzibę rektora.
Akademia nie miała żadnej gwarancji, że za rok z budżetu państwa dostanie pieniądze na spłatę kredytu pod budowę centrum medycznego. W dodatku kończyła właśnie remont i rozbudowę dotychczasowego rektoratu przy ul. Poniatowskiego. Mimo to postanowiła nie oszczędzać. - To wyjątkowa okazja - przekonywał Sałaniewski senat uczelni.
Ten zgodził się na zakup, a Urząd Zamówień Publicznych pozwolił, by akademia kupiła budynek z wolnej ręki. Bank zażyczył sobie za willę 10 mln zł. Zgodził się rozłożyć spłatę na raty. Łącznie z odsetkami w ciągu 10 lat akademia miała zapłacić 14 mln zł.
Od roku ŚAM ma nowe władze, które próbują uporać się z kilkudziesięciomilionowym długiem pozostawionym przez poprzedników. By przyspieszyć jego spłatę, postanowiła sprzedać kilka nieruchomości, w tym budynek przy Warszawskiej. Rektorat wróciłby wtedy na Poniatowskiego. - Liczyliśmy, że to poprawi nasze finanse - mówi Bernadeta Kuraszewska, kanclerz ŚAM.
Akademia zamówiła więc u rzeczoznawcy wycenę budynków. I tu szok. Rzeczoznawca uznał, że kupiona okazyjnie willa przy Warszawskiej warta jest tylko niecałe 5 mln zł!
Zaskoczone władze uczelni poprosiły o potwierdzenie wyceny. Kolejna nie była wyższa. Wtedy zwróciły się do Banku Śląskiego, dziś ING. - Za budynek zapłaciliśmy już wraz z odsetkami ponad 7 mln zł. Chcieliśmy, by do czasu wyjaśnienia sprawy bank wstrzymał nam spłatę - tłumaczy Kuraszewska.
Prof. Ewa Małecka-Tendera, rektor ŚAM, wysłała już do banku cztery pisma. Na żadne nie otrzymała odpowiedzi.
- Relacje z naszymi klientami są objęte tajemnicą - ucina wszelkie pytania Piotr Utrata, rzecznik ING.
Tłumaczy, że sprzedając budynek uczelni, bank kierował się jego wartością księgową. Złożyła się na nią kwota, którą bank zapłacił za willę, nakłady na remont minus koszty amortyzacji.
Jak ustaliliśmy, bank kupił budynek za ok. 616 tys. zł od wojewody w 1997 roku. Był w bardzo złym stanie i choć wyceniano go wtedy na ponad milion jako zabytek, poszedł za pół ceny. Remont i modernizacja willi kosztowała - według Utraty - 12,4 mln zł a w momencie sprzedaży jej wartość księgowa wynosiła niespełna 10 mln zł.
Zatrudniony przez akademię rzeczoznawca chciał dociec, dlaczego jego wycena tak bardzo różni się od wartości podawanej przez bank. ING odmówił mu jednak udostępnienia dokumentacji.
Adam Sałaniewski nie potrafi dziś wytłumaczyć, dlaczego przed zakupem budynku nie poprosił o opinię rzeczoznawcy. - Nie znam dzisiejszej wyceny. Wtedy nie było takiej koncepcji, by ją robić. Oferta banku była korzystna - upiera się były dyrektor.
Obecne władze ŚAM są jednak innego zdania. O sprawie zawiadomiły prokuraturę. - Rozpoczęliśmy już śledztwo. Pierwsze przesłuchania poprowadzi wydział ds. przestępczości gospodarczej katowickiej policji - mówi Elżbieta Mizeracka, zastępczyni Prokuratora Rejonowego Centrum-Zachód w Katowicach. Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 2006.09.28
Do góry
Grundmanna odciąży centrum Katowic
Mimo kłopotów podczas budowy w terminie oddano w środęj kierowcom przedłużenie ul. Grundmanna do Sądowej. Dzięki tej drodze w centrum miasta ma być mniej samochodów i bliżej Katowicom do rynku z prawdziwego zdarzenia.
Budowa niecałego kilometra drogi trwała dwa lata. Prezydent Piotr Uszok bez pompy, ale z nieukrywaną radością przeciął wczoraj wstęgę wiszącą w poprzek ulicy. Grundmanna budowała bowiem firma PRiNŻ, która w trakcie inwestycji ogłosiła upadłość. - Syndyk obiecywał nam wtedy, że droga będzie gotowa na czas i słowa dotrzymał - mówi Uszok.
Prezydent przypomniał, że magistrat przygotowuje się już do przebudowy fragmentu miasta pomiędzy rynkiem a rondem. Za parę tygodni poznamy wyniki konkursu architektonicznego, który zdecyduje o przyszłości tego miejsca.
Jednak zmiany nie będą możliwe, jeżeli nadal al. Korfantego dziennie przejeżdżać będą tysiące samochodów. Dłuższa Grundmanna ma odciążyć aleję i przybliżyć Katowice do nowego rynku.
Teraz al. Korfantego przejeżdża co godzinę ok.1600 samochodów. Uszok twierdzi, że jak tylko kierowcy przyzwyczają się do nowego połączenia, wkrótce aut w centrum będzie o 40 proc. mniej.
Dzięki oddanej wczoraj drodze korki powinny zniknąć również z Sokolskiej oraz placu Wolności. Jadąc bowiem od strony Chorzowa Drogową Trasą Średnicową, najkrótszy dojazd do Mikołowskiej prowadzi właśnie Grundmanna.
Urzędnicy przyznają jednak, że nie poprawi to sytuacji na ul. Mikołowskiej. - W przyszłym roku będziemy ją jednak modernizować. W niektórych miejscach dwa pasy będą prowadziły także w kierunku Brynowa, a nie jak teraz tylko w stronę centrum - zapowiedział wczoraj Uszok.
Budowa kolejnego odcinka Grundmanna kosztowała 13,8 mln zł, 8,4 mln zł to pieniądze Unii Europejskiej. Gazeta Wyborcza, pj 2006.09.27
Do góry
Wyrok na nastoletnich zabójców bezdomnych
Nastolatki, które dwa lata temu zakatowałyi w Katowicach dwóch bezdomnych, zostały w środę skazane na 25 i 10 lat więzienia. - Wykazali się szczególnym zezwierzęceniem, demoralizacją i pogardą dla życia - tłumaczył Sąd Apelacyjny. W pierwszym procesie mordercom wymierzono kary 5 i 10 lat więzienia.
Zbrodnia, jaką popełnili 17-letni Rafał Langhamer i 15-letni Adrian Sójka (sąd zgodził się na publikację ich nazwisk), wstrząsnęła całym Śląskiem. 10 grudnia 2004 r. zaatakowali oni w Katowicach przy ul. Bocheńskiego dwóch bezdomnych, śpiących w kanałach ciepłowniczych. Najpierw bili ich pięściami, a potem kijami bejsbolowymi. Kiedy mężczyźni padli, kopali ich po głowach i skakali po całym ciele. Potem nieprzytomnych bezdomnych rozebrali do naga, próbowali ich podpalić, a na końcu Langhamer załatwił na nich swoje potrzeby fizjologiczne. Pozostawieni na mrozie, skatowani mężczyźni zmarli.
Zatrzymani przez policję chłopcy stwierdzili, że nienawidzili bezdomnych i bili ich przy każdej nadarzającej się okazji.
W kwietniu br. Sąd Okręgowy w Katowicach skazał zabójców na 5 (Sójkę) i 10 lat (Langhamera) więzienia. Zdaniem sędziów z racji wieku zasługiwali oni na nadzwyczajne złagodzenie kary. Obu mordercom zaliczono też dwuletni okres pobytu w areszcie i zakładzie poprawczym. Oznaczało to, że w przyszłym roku Sójka mógłby ubiegać się o warunkowe zwolnienie.
- To skandal - mówili wtedy policjanci. Nie mieli wątpliwości, że po wyjściu na wolność nastolatki znowu wkroczą na drogę przestępstwa. Zaskoczona orzeczeniem prokuratura złożyła apelację. Wczoraj sprawą zajął się Sąd Apelacyjny w Katowicach. Uznał, że wymierzone zabójcom kary były rażąco niskie.
- Wykazali się oni szczególnym zezwierzęceniem, demoralizacją i pogardą dla życia - mówił wczoraj sędzia Wojciech Kopczyński, przewodniczący składu orzekającego, skazując Langhamera na 25, a Sójkę na 10 lat więzienia. Sędziowie uwzględnili to, że młodszy sprawca ma dobrą opinią w poprawczaku i zdaniem psychologów rokuje nadzieje na resocjalizację.
Sąd podkreślił, że dla prawa nie ma znaczenia, czy nastolatki zabili osobę majętną czy też ubogą. - Każdego życie podlega ochronie. Nawet życie kloszardów - tłumaczył sędzia Kopczyński.
Prokurator Beata Woźniak-Tuszyńska, zastępca szefa Prokuratury Rejonowej w Katowicach, nie ukrywała wczoraj zadowolenia z wyroku sądu. - Sprawcy tej zbrodni zasługiwali na surowe kary, bo ich okrucieństwo nie pozostawiało żadnych wątpliwości - mówiła pani prokurator. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 2006.09.27
Do góry
Sośnierz chce być prezydentem Katowic
Unia Polityki Realnej ma kandydata na prezydenta Katowic. Jest nim Dobromir Sośnierz, syn Andrzeja Sośnierza, który niedawno został szefem Narodowego Funduszu Zdrowia.
Dobromir Sośnierz ma 30 lat, jest żonaty, ma dwójkę dzieci. Pracuje jako informatyk w jednej z firm archeologicznych. Studiuje teologię na Uniwersytecie Śląskim i właśnie pisze pracę magisterską pt. Wola Boża jako źródło moralności, czyli podstawowe argumenty pozytywizmu teonomicznego. - Moje nazwisko na pewno z początku mi pomoże, ale mam też program wyborczy. Będę walczył o obniżenie lokalnych podatków. Moim priorytetem będzie również infrastruktura i bezpieczeństwo - zapowiada Sośnierz junior. Gazeta Wyborcza, pj 2006.09.26
Do góry
Pochowano legendę sportów saneczkowych
Pochodzący z Szopienic Jan Steler był projektantem torów saneczkowych na Igrzyska Olimpijskie w Grenoble, Sapporo, Lake Placid, Albertville, Lillehammer i Salt Lake City.
Od dłuższego czasu cierpiał na chorobę serca. Zmarł 12 sierpnia we Francji. Na życzenie rodziny urnę z jego prochami sprowadzono do kraju i pochowano wczoraj na cmentarzu przy ul. Francuskiej w Katowicach.
Zaczynał jako ładowacz dołowy w kopalni Kleofas Katowice-Załęże, a potem był technikiem budowlanym w Państwowym Przedsiębiorstwie Budowlanym w Katowicach. Po maturze zdanej w 1948 r. rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, gdzie uzyskał dyplom architekta. Był współprojektantem słynnej warszawskiej dzielnicy MDM.
Od 1948 r. uprawiał bobsleje, saneczkarstwo i skeleton. Był założycielem sekcji bobslejowo-saneczkowej przy AZS-ie Katowice. Po przeprowadzce do Warszawy współorganizował sekcję saneczkową przy GKKF. W 1955 r. był kierownikiem ekipy saneczkarzy na pierwsze mistrzostwa świata w Oslo i tam został wybrany na Kongresie Międzynarodowej Federacji Saneczkowej (FIL) na przewodniczącego komisji technicznej. W 1959 r. nie wrócił z wyjazdu polskich saneczkarzy do Francji. Zamieszkał w Marsylii i - już jako obywatel francuski - pracował jako architekt. Projektował m.in. siedziby wielkich francuskich banków oraz konsulatu USA w Marsylii. Jako członek Międzynarodowego Zrzeszenia do Budowy Urządzeń Sportowych pracował przy tworzeniu torów saneczkowych. Tworzył trasy torów na IO w Grenoble, Sapporo, Lake Placid, Albertville, Lillehammer i Salt Lake City.
Kiedy dowiedział się, że Polska ubiega się o organizację IO w 2006 r., chciał bezpłatnie przekazać projekt sztucznie lodzonego toru w Mikuszowicach. Niestety, komitet organizacyjny IO uznał, że tor powstanie koło Zakopanego, a na dodatek ówczesne władze Bielska-Białej nie zainteresowały się gestem Stelera.
Od 1971 do 1994 r. był sekretarzem generalnym FIL. Potem - aż do śmierci - pracował jako wiceprezydent FIL ds. spraw międzynarodowych. Został odznaczony m.in. przez rządy: USA, Austrii, Francji, Łotwy, Korei Płd. W 1993 r. MKOl uhonorował go orderem olimpijskim. Od 1998 r. był honorowym prezesem Polskiego Związku Sportów Saneczkowych. - W Polsce nie był specjalnie znany. Wszystko pewnie za sprawą tej ucieczki z 1959 r. Dopiero w latach 90. zaczął regularnie odwiedzać nasz kraj - przede wszystkim rodzinę w Katowicach. Przypomniały sobie o nim także polskie władze i prezydent Aleksander Kwaśniewski nadał mu polskie obywatelstwo - mówi Bogusław Marszałkowski, sekretarz PZSSan i przyjaciel Stelera.
- Najbardziej efektownym pomnikiem pamięci Jana Stelera będzie budowa w Krynicy Zdroju toru wedle jego pomysłu. Jeśli projekt uda się zrealizować, to nasz tor będzie jednym z najpiękniejszych na świecie - mówił, żegnając Selera, Jan Błoński, prezes PZSSan. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyły też władze FIL z prezesem Josefem Fendtem na czele. Jan Steler miał 76 lat. Gazeta Wyborcza, Maciej Blaut 2006.09.25
Do góry
Kolejne luksusowe osiedle
Kilku przyjaciół marzyło o wybudowaniu w bliskim sąsiedztwie domów dla swoich rodzin. Po kilku latach postanowili założyć spółkę i wybudować całe osiedle, bo tak będzie taniej.
Metraże wahają się od 160 do 220 m kw. Cena za stan deweloperski wynosi od 2900 zł za m kw. Dotychczas strzeżone osiedla o najwyższym standardzie były lokowane w południowych dzielnicach Katowic. Jednak dojazd z centrum do Kostuchny czy Podlesia coraz bardziej się wydłuża.
Pierwszym osiedlem położonym w pobliżu śródmieścia będą Dębowe Tarasy przy Silesia City Center. Wczoraj Nestin Polska - kolejny deweloper - zaprezentował osiedle, które powstanie w odległości zaledwie 10 minut od centrum Katowic. Planty Śląskie powstaną w Chorzowie, tuż przy siemianowickim osiedlu Węzłowiec i niedaleko katowickiego Dębu. Atrakcją tej lokalizacji jest nie tylko świetne skomunikowanie z regionem, ale również walory przyrodnicze. Rozległa działka opada w kierunku zachodnim w stronę doliny pełnej pół i łąk. Jest stąd doskonały widok na panoramę Chorzowa Starego, który zajmuje przeciwny stok doliny. Na horyzoncie widać wieżę kościoła św. Marii Magdaleny, a na dalszym planie typowy industrialny pejzaż Śląska, na tyle jednak daleko, by móc o nim zapomnieć. Pas gęstej zieleni oddziela teren nowego osiedla od ul. Siemianowickiej, za którą rozciąga się już Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku.
- Nowe osiedle będzie czerpać z wielu tradycji. Z jednej strony z założeń miasta-ogrodu Ebenezera Howarda. W Katowicach mamy wyjątkowy przykład realizacji tej utopii w postaci Giszowca. Z drugiej strony nawiązujemy do osiedli willowych z okresu międzywojnia - mówi Tomasz Konior, projektant osiedla. W architekturze budynków odbija się nie tylko katowicka moderna. Deweloperowi zależało na swojskości domów, wiejskości, tak by były jeszcze bardziej związane z ziemią. Architekci dodali do kubicznych brył lekko nachylone dachy i silnie wysunięte okapy. Dzięki temu budynki przypominają domki preriowe Franka Lloyda Wrighta. - Nie zależało nam, by osiedle było modne czy awangardowe, ale by wpisywało się w kontekst miasta i czerpało z najlepszych tradycji. By w przyszłości dobrze się starzało wraz z mieszkańcami - mówi Konior.
Budynki mają być wykonane ze szlachetnych materiałów, ściany białe, otynkowane, fragmentami pokryte okładzinami z szarego kamienia, drewniana stolarka i dachówka ceramiczna w kolorze grafitowym. Osiedle będzie więc w stonowanej, monochromatycznej kolorystyce, bo - jak mówią autorzy koncepcji - barwy temu miejscu nada bogactwo zieleni. Architektura ma ją tylko dopełnić.
Na osiedle złoży się 14 domów wolno stojących i 32 w zabudowie szeregowej. Na samym jego początku powstaną dwa budynki wielorodzinne flankujące bramę wjazdową. Tuż przy nich powstanie przestrzeń publiczna, rodzaj placu wzbogaconego o baseny z wodą.
Drugi biegun zamykający osiedle od zachodu stanowią otwarte tereny rekreacyjne ze stawem, boiskami i placem zabaw, pełnym atrakcji i urządzeń dla najmłodszych.
Jeszcze w październiku ruszy budowa środkowej części osiedla, która potrwa rok. W kolejnych dwóch latach będą realizowane skrajne części. Jednak już dziś deweloperzy zapowiadają, że planują dalszą rozbudowę Plantów Śląskich - kupili już przylegające działki.
Od jutra rusza sprzedaż domów, ich metraże wahają się od 160 do 220 m kw. Cena za stan deweloperski wynosi od 2900 zł za m kw.
- To ma być miejsce, gdzie się będzie dobrze mieszkało. Zwłaszcza sąsiedztwo decyduje o jakości życia. Dlatego już na etapie budowy nabywców domów będziemy traktować jak mieszkańców. Zorganizujemy dla nich spotkania, by wytworzyła się wspólnota. To ona w przyszłości będzie decydować o kształcie osiedla, np. czy mają w nim powstać usługi i jakiego rodzaju - mówi Jarosław Kubica, prezes Nestin Polska, który razem z pozostałymi partnerami spółki i ich rodzinami planuje zamieszkać na osiedlu. Jak mówią deweloperzy Plantów Śląskich, osiedle ma być spełnieniem ich marzeń o domu i przyjaciołach mieszkających tuż obok. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.09.25
Do góry
Prawdziwe urodziny Mickiewicza
Katowickie Liceum im. Adama Mickiewicza po raz pierwszy zdecydowało się uczcić prawdziwą datę powstania. Położone w sercu Katowic LO im. Mickiewicza to jedna z najlepszych szkół w mieście. Powstało w 1871 r. jako niemieckie gimnazjum. Jego pierwszym dyrektorem był Ernst Mueller.
W PRL-u rodowód placówki nie podobał się władzom. Za datę powstania szkoły uznano moment, gdy stała się polska. Każde urodziny obchodzono we wrześniu. Teraz szkole zostanie przywrócona prawdziwa historia.
- Jej dzieje są takie jak dzieje miasta, w którym powstała - mówi Ewa Chorąży, dyrektorka liceum. - Szkoła była niemiecka aż do 1922 roku. W tym roku świętujemy jej 135-lecie.
Uczniowie nie czują się zdezorientowani z powodu zmiany daty powstania placówki. - Katowice były niemieckie, to jaka miała być szkoła? Tylko trochę śmiesznie brzmi, że Mickiewicza stworzyli Prusacy - śmieją się.
Dr Piotr Greiner, historyk, badacz Górnego Śląska: - Cieszę się, że wreszcie pokazujemy fakty. Trudno odcinać od siebie kawałki historii, które komuś się nie podobają. Oczywiście łatwo domyślać się, że w czasie kiedy szkoła była niemiecka, polscy uczniowie byli germanizowani. Z marnym jednak skutkiem, jeśli jej wychowankami byli np. Wojciech Korfanty czy Konstanty Wolny, późniejszy marszałek Sejmu Śląskiego. Dla mnie szkoła, mimo swojej prawdziwej genezy i tego, że stworzyli ją Niemcy, pozostanie jednym z symboli polskości.
135. urodziny Mickiewicz będzie obchodził 7 października, w sobotę. Uroczysta gala odbędzie się w Filharmonii Śląskiej. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2006.09.
Do góry
Studentka z Wiednia przebudowuje Dworzec
Studiująca w Wiedniu architekturę Julia Nuler od kilku lat zachwyca się dworcem kolejowym w Katowicach. Poświęciła mu swój najważniejszy projekt - pracę dyplomową. W piątek przedstawiła ją katowickim urzędnikom.
Kilka lat temu Julia Nuler odwiedzała kraj swojej matki i przypadkowo znalazła się w Katowicach. Wtedy zobaczyła dworzec. - Był brudny, budki tworzyły chaos, ale zobaczyłam przepiękną konstrukcję żelbetową. Myślałam, że budynki z surowego betonu są tylko w Indiach i Brazylii, kiedy powstawały tam nowe stolice, zgodnie z nową brutalistyczną estetyką. A tu takie zdziwienie, że podobne są w Polsce - opowiada Austriaczka.
Postanowiła przygotować projekt naprawy dworca. Poświęciła mu 1,5 roku pracy.
- Problemem nie jest sam budynek dworca. Ten trzeba tylko przywrócić do stanu pierwotnego, oczyścić, wyrzucić te wszystkie stragany. Gdy rozmawiałam ze starszymi mieszkańcami Katowic, słyszałam nawet opinie, że 30 lat temu umawiali się tam ludzie na spotkania - mówi Nuler.
Nuler uwielbia geometrię i konstrukcję, dlatego w projekcie wykorzystała obie swoje pasje. Przyjrzała się dokładnie żelbetowym grzybkom. - W swojej pracy postanowiłam wykorzystać ten najbardziej charakterystyczny element dworca. Zaczęłam jednak grzybki przekształcać - mówi projektantka. Wszystkie wywodzą się z pierwowzoru, jakim są dworcowe kielichy. I tak powstał wirtualnie grzybek, na którym może rosnąć drzewo, taki, w którego grubej nóżce mieści się klatka schodowa, grzybek dwupoziomowy, oraz o bardzo wysuniętym daszku, ten zrobiła z myślą o stacji benzynowej.
Gdyby jej pomysł zrealizowano przed dworcem, nie byłoby już szkaradnej autobusowej zajezdni, tylko plac z prawdziwego zdarzenia. Piesi w końcu mogliby dostać się do dworca i na drugą stronę miasta, nie zauważając, że pod nimi wre ruch samochodowy. Zamiast wąskiej estakady i ciemnych przejść podziemnych można by iść w dowolnym kierunku po wybrzuszonym placu. Pod nim nie byłoby ciemno, powierzchnia placu miałaby pęknięcia doświetlające dworzec autobusowy. Projektantka chce też powrócić do idei budowy hotelu, taka funkcja w tym miejscu jest niezaprzeczalnie potrzebna.
Projekt Austriaczki pokazuje, że z budynku dworca można jeszcze wiele wykrzesać. Inspiruje on nawet do nowatorskich pomysłów. - Rozwiązując problem otoczenia dworca, można rozwiązać dwie bolączki Katowic równocześnie, także tą związaną z odczuwalnym brakiem rynku. Uważam, że tam gdzie był pierwotnie, nie ma już dla niego miejsca. To dobry punkt przesiadkowy i węzeł tramwajowy. I niech tak zostanie - mówi Nuler.
Jej projekt zakłada domknięcie kwartałów zabudowy, które dzisiaj straszą otwartymi podwórkami w samym centrum miasta. Dolną kondygnację hali dworcowej, w większości pustą, młoda projektantka przeznaczyła na parking samochodowy i postój taksówek.
Projektantka z Austrii mówi wyraźnie, że zamiast burzyć dworzec, należy go wyłącznie oczyścić i lepiej skomponować z otoczeniem. Jej projekt wchodzi w dialog z istniejącym budynkiem. Gdyby tę śmiałą wizję zrealizowano, Katowice - obok Spodka, skrzydeł pomnika Powstańców Śląskich - otrzymałyby kolejny symbol - żelbetowy las kielichów.
W piątek swój projekt zostawiła katowickim urzędnikom, którzy obiecali się z nim zapoznać. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.09.22
Do góry
Szpital oblężony przez dziki
- Zwierzęta są coraz bardziej zuchwałe. Kiedyś mogą kogoś zaatakować - obawiają się pracownicy Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki. Chcą, żeby miasto pomogło im odgrodzić się od lasu.
Wokół szpitala dziecięcego w katowickiej Ligocie zryte trawniki przypominają świeżo zaorane pole tuż przed zasiewem. Ostatniej nocy zwierzęta wdarły się także na teren ogrodzonego placu zabaw. Pomiędzy huśtawkami i zjeżdżalniami wykopały głębokie doły. Na furtce zawisła kłódka. - Dziś nici z zabawy - nie ukrywała zawodu Joanna Siuda, mama dwuipółrocznego Dominika. - Zawsze tu przychodzimy przed zabiegiem. Teraz zostało nam jeszcze półtorej godziny i będziemy chyba musieli spacerować między samochodami - dodaje.
Dziki przychodzą z lasu, który znajduje się kilkadziesiąt metrów od szpitala. Żerują zwykle wieczorem i w nocy. - W tym roku jest ich szczególnie dużo i w ogóle się nie przejmują ludźmi. To są całe stada, nawet po 20 zwierząt - opowiadają pracownicy firmy ochroniarskiej, którzy patrolują teren centrum.
Co robią strażnicy, kiedy spotkają stado dzików? - Próbujemy tupnąć, jakoś je przepłoszyć. Najgorzej, jak jest locha z małymi. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje. Czasem to my musimy brać nogi za pas - przyznają.
Władze GCZDiM od dłuższego czasu zastanawiają się, jak rozwiązać problem dzików. - Tu już nie chodzi o zniszczone trawniki. Dzikie świnie po prostu terroryzują personel i pacjentów. Do nas przychodzą matki z małymi dziećmi, zdarza się, że nie mogą przejechać albo boją się wyjść z samochodu - mówi Anna Kidawa, rzeczniczka GCZDiM.
Według zarządców szpitala problem rozwiązałby płot, który odgrodziłby centrum od lasu. Ogrodzenie musiałoby mieć blisko kilometr długości. Z prośbą o wybudowanie płotu medycy zwrócili się do katowickiego Urzędu Miejskiego. Urzędnicy przekazali sprawę Nadleśnictwu Katowice, które jest właścicielem i administratorem lasu.
Jak przyznaje Henryk Bartocha z nadleśnictwa, populacja dzików na tych terenach w ciągu ostatnich kilku lat wzrosła o prawie 40 proc. - Zauważyliśmy nietypowe zjawisko. Lochy mają dwa mioty w ciągu roku. Dotąd był tylko jeden, wiosenny - mówi Bartocha. Według myśliwych winni są temu ludzie. - Wyrzucane odpadki to łakomy kąsek dla zwierząt. Zwierzęta coraz chętniej opuszczają las i wychodzą na żer do osiedli ludzkich. Jednak grodzenie lasu na pewno nie wchodzi w grę. Przez cały czas jedno z kół łowieckich prowadzi odstrzał dzików na tym terenie - dodaje Bartocha.
Rewir wokół ligockiego szpitala należy do koła łowieckiego Cietrzew z Rudy Śląskiej. Myśliwi zaczęli odstrzał loch w połowie sierpnia. - Ludzie muszą pamiętać, że to nie las przyszedł do szpitala, tylko odwrotnie. Poza tym takiej sytuacji są według nas winni pacjenci, którzy z okien rzucają dzikom pożywienie. Zwierzęta się przyzwyczaiły i teraz trudno je stamtąd wygonić - tłumaczy Jan Dewar, prezes koła. Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.09.21
Do góry
Zginął górnik w kopalni Wujek
48-letni górnik zginął wczoraj w katowickiej kopalni Wujek. Do wypadku doszło 613 metrów pod ziemią po godz. 10. Podczas manewrów kombajnem zerwały się szyny, na których podwieszony był podajnik taśmowy, odprowadzający urobek. Podajnik przygniótł mężczyznę.
Okoliczności wypadku bada Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach. Gazeta Wyborcza, aim, pap 2006.09.21
Do góry
Restauracja Green Way w Katowicach
Katowice, ul. Warszawska 23 (róg ze Starowiejską), od pon. do pt. w godz. 11-20, w weekendy w godz. 11-18.
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że ludziom, którzy nie jedzą mięsa, lżej jest na ciele, duszy i umyśle. Nie tylko dla nich powstał w tym tygodniu w Katowicach nowy bar wegetariański znanej sieci Green Way. Pierwszy w stolicy Śląska, trzeci w naszym regionie (działają już w Bielsku-Białej i Sosnowcu).
Ciepłe kolory zachęcają do wejścia, orientalna muzyka łagodnie sączy się z głośników. W środku kilkanaście stolików, na ścianach proste, naturalne dekoracje: wielkie dynie i słoje wypełnione owocami i fasolą.
Byłem na otwarciu katowickiego Green Way i pozwoliłem sobie spróbować wszystkiego. Mogę więc z czystym sumieniem (i już pustym brzuchem, bo jedzenie jest lekkostrawne) napisać: wszystko jest tu wyśmienite. Zarówno słodkości (naleśnik z owocami i bitą śmietaną czy ciasta), jak zupy (bardzo pożywna z soczewicy), pierogi indyjskie, kotlety sojowe czy torty warzywne oraz jogurty i soki naturalne.
Miejsce powstało w dwa i pół miesiąca, wcześniej była tu pizzeria. Właścicielem jest SC Vegetariana, ale za wszystko odpowiada tu Joanna Kądziołka. Prowadzenie takiego lokalu było jej marzeniem od dawna.
- Jestem wegetarianką od 12 lat. Z Green Way zetknęłam się dawno temu w Sopocie. Już wtedy pomyślałam, że gdyby taki bar był na Śląsku, to mogłabym się w nim stołować. Ostatnio lokali Green Way zaczęło pojawiać się coraz więcej, a ja zaczęłam myśleć już nie tylko o tym, żeby w jednym z nich jeść - opowiada Kądziołka. Green Way to sprawdzona marka. Firma ma już 35 lokali w całym kraju, rozszerza swoje wpływy także na zagranicę (ostatnio Norwegia).
W Katowicach diabetycy dowiedzą się, jakie potrawy są dla nich bezpieczne. Weganie mają spis potraw bez nabiału, jajek i sera. Już wkrótce pojawią się tu produkty Fair Trade. Kądziołka z dumą mówi, że będzie to pierwszy śląski lokal uczestniczący w międzynarodowym ruchu alternatywnego handlu, opartego na zasadach etycznych. Celem Sprawiedliwego Handlu jest pomoc w rozwoju najuboższym producentom z Trzeciego Świata. W ruch zaangażowały się wielkie gwiazdy pop, m.in. liderzy grup Coldplay i R.E.M. W Polsce produktów z oznaczeniem Fair Trade wciąż szukać trzeba ze świecą. Dobrze, że będzie można je kupić w katowickim Green Way. Gazeta Wyborcza, Marcin Babko 2006.09.20
Do góry
Karabin w mercedesie
W czasie kontroli mercedesa klasy S śląscy policjanci znaleźli karabin z tłumikiem, pistolet, amunicję i kamizelkę kuloodporną. 24-letni właściciel wozu został aresztowany.
Luksusowego mercedesa klasy S zatrzymali w Rudzie Śląskiej funkcjonariusze policji autostradowej. Limuzyna pędziła 180 kilometrów na godzinę. W trakcie kontroli wozu policjanci znaleźli karabin Mauser z celownikiem optycznym i tłumikiem, pistolet oraz amunicję.
- W bagażniku odkryli także kamizelkę kuloodporną - powiedział wczoraj Adam Jachimczak z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach.
24-letni kierowca mercedesa nie miał pozwolenia na broń. Karabin i pistolet, które przewoził, zostały jakiś czas temu skradzione z jednego z mieszkań w Małopolsce. Zatrzymany mężczyzna odmówił jednak odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. Został wczoraj aresztowany na trzy miesiące. - Podczas przesłuchania cały czas wpatrywał się w ścianę - mówi jeden z oficerów.
Znaleziona broń trafiła do laboratorium kryminalistycznego KWP. Technicy sprawdzą, czy przy jej użyciu nie popełniono jakiegoś przestępstwa. Zatrzymanym mężczyzną zainteresowało się już Centralne Biuro Śledcze, które bada jego powiązania z mafią. Mercedes trafił na policyjny parking, bo prawdopodobnie ma przebite numery silnika. Gazeta Wyborcza, piet 2006.09.19
Do góry
Magistrat toczy wojnę o Młyńską
Urząd Miejski chce kupić pusty plac w centrum Katowic od firmy, która miała tu budować biurowiec. Choć ma prawo pierwokupu, sprawa może rozstrzygnąć się w sądzie. Zostanie powiadomiony o niej również minister sprawiedliwości.
Chodzi o wyjątkowo atrakcyjną działkę w samym środku miasta - na ul. Młyńskiej, tuż przy Urzędzie Miejskim. Już dziesięć lat temu miał tu powstać biurowiec, ale inwestor zbankrutował. Od syndyka ziemię, na której do dziś działa obskurny parking, kupiła firma W.Beutin Polska. Chce postawić tu biurowiec z parkingami, sklepami i restauracją. - Okazuje się jednak, że nie mamy szczęścia do tej ziemi - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu.
W.Beutin Polska postanowił sprzedać ją za milion dolarów spółce Silesia SPV, która miałaby się zająć budową. Z naszych informacji wynika, że Silesia SPV należy w większości do spółki Radvania Consultants Limited. Zarejestrowana jest ona w stolicy Cypru Nikozji. Kontroluje ją z kolei W.Beutin.
Przedstawiciele firm zjawili się 14 sierpnia w kancelarii notarialnej Mireli Radwan w Pszczynie i spisali stosowną umowę.
Sprzedaż ziemi firmie, której jest się właścicielem, zaniepokoiła miejskich urzędników. Zaczęli wątpić, czy na Młyńskiej naprawdę powstanie wreszcie biurowiec. W tej sytuacji miasto postanowiło skorzystać z prawa pierwokupu wieczystego użytkowania działki. Prezydent wydał w tej sprawie zarządzenie. - 11 września została poinformowana o tym kancelaria notarialna, w której obie firmy zawarły tzw. warunkową umowę sprzedaży. Było w niej wyraźnie zapisane, że miasto ma prawo pierwokupu - mówi Bojarun.
Miasto zapłaciłoby firmie W.Beutin za ziemię również milion dolarów. Kancelaria odmówiła jednak sporządzenia kolejnego aktu notarialnego. - Złożymy zażalenie do Sądu Okręgowego na postępowanie notariusz - zapowiadają urzędnicy.
Mirela Radwan nie chciała z nami rozmawiać. Dowiedzieliśmy się jedynie, że odmówiła magistratowi, bo dowiedziała się o rozwiązaniu umowy z 14 sierpnia. Z naszych informacji wynika, że spółki rozwiązały tę umowę w innej kancelarii, ale dopiero 12 września. - Uważamy, że to nie miało już żadnego znaczenia. Postanowiliśmy kupić tę ziemię, notariusz z Pszczyny wiedziała o tym i powinna podpisać z nami umowę. Stanowiska nie zmienimy - mówi Bojarun.
Bartosz Sadowski, prokurent W.Beutin Polska, wydał w tej sprawie oświadczenie: Jedyne, co możemy przekazać przed spotkaniem z Prezydentem, to nasze zdumienie ostatnimi decyzjami katowickiego magistratu. W trakcie naszego ostatniego spotkania informowaliśmy Prezydenta Uszoka o planach powołania spółki specjalnego przeznaczenia oraz o mechanizmie finansowania tej inwestycji. Prezydent zapewnił nas wówczas, iż miastu zależy na szybkiej jej realizacji, oraz iż nie skorzysta z prawa pierwokupu. Rozwiązanie umowy między W.Beutin Polska i Silesia SPV nastąpiło w wyniku wątpliwości natury prawnej. Decyzja o tym zapadła na Zgromadzeniu Wspólników W.Beutin Polska 8 września. Oczekujemy na spotkanie z Prezydentem, które wyznaczone zostało na 22 września.
Urzędnicy kwitują je krótko. - Nie mamy zamiaru komentować tego typu oświadczeń.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że o szczegółach sprawy prezydent Katowic zamierza powiadomić Zbigniewa Ziobro, ministra sprawiedliwości. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.09.19
Do góry
Pożegnanie Tiele-Wincklerów w Urzędzie Miasta
Przed powrotem do Niemiec Tiele-Wincklerowie ujawnili, że obawiali się wizyty na Śląsku. - Wrócimy tu znowu, żeby pokazać wszystko dzieciom i wnukom - mówiła ze łzami w oczach Fryderyka, małżonka barona Clausa-Petera von Tiele-Wincklera.
Rodzina Tiele-Wincklerów, potomków Franza Wincklera, jednego z założycieli Katowic, przebywała na Śląsku od piątku. Uczestniczyła w 150. rocznicy położenia kamienia węgielnego pod budowę ewangelickiej katedry w Katowicach, zwiedziła dawne dobra rodowe w Mosznej i Miechowicach, wczoraj obejrzała zbiory Muzeum Historii Katowic i spotkała się w Urzędzie Miasta z prezydentem Piotrem Uszokiem. - Nie można budować przyszłości bez przeszłości - mówił Uszok.
Tiele-Wincklerowie z wizyty byli zadowoleni, chociaż przyznali, że obawiali się, jak zostaną przyjęci. - Mieliśmy bardzo mało wyobrażeń o tym, jak wygląda Górny Śląsk. To był też strach przed tym, co może nas spotkać w Katowicach. Ale cieszymy się, że przyjechaliśmy, już teraz jesteśmy spokojni. Wrócimy tutaj - mówiła baronowa Fryderyka na pożegnalnym spotkaniu. Gazeta Wyborcza, kapi 2006.09.19
Do góry
Kto będzie prezydentem w Katowicach?
Piotr Uszok cztery lata temu wygrał wybory prezydenckie już w pierwszej turze i z sondażu dla Gazety wynika, że ta sztuka może mu się udać ponownie 12 listopada. Chce głosować na niego aż 56 proc. mieszkańców.
Na drugą turę liczy co prawda Tomasz Szpyrka (PO), ale póki co popiera go jedynie 16 proc. respondentów. Może się więc okazać, że rację mieli ci działacze PO, którzy woleli, by ich partia poparła Uszoka.
Tuż za Szpyrką jest cieszący się zaledwie 10-proc. poparciem Michał Luty z PiS-u oraz Michał Urban z SLD (9 proc.). Swojego faworyta nie ma jeszcze 9 proc. wyborców. W Katowicach udział w wyborach deklaruje 59 proc. mieszkańców. - Do wyborów jeszcze dwa miesiące i do wyników sondażu należy podejść z pokorą. Nadal trzeba się przygotowywać do wyborów - mówi Uszok.
Ze swoich notowań zadowolony jest Szpyrka. - Kampania się jeszcze nie rozpoczęła, a przewaga obecnego prezydenta nie jest aż tak duża. Jest na razie bardziej rozpoznawalny, ale wierzę, że przekonam mieszkańców do siebie. Tym bardziej że jestem kandydatem PO, która cieszy się największym poparciem w Katowicach - mówi Szpyrka.
Nasz sondaż komentuje również Piotr Pietrasz, rzecznik śląskich struktur PiS-u: - Widać z niego, że wszędzie duże poparcie mają urzędujący prezydenci. Ludzie przed samą kampanią wyborczą często popierają aktualną władzę - ocenia. Wierzy jednak, że Luty dostanie się do drugiej tury wyborów prezydenckich.
Nawet jeśli Uszok wygra wybory prezydenckie w Katowicach, to nie będzie już miał tak komfortowej sytuacji jak w tej kadencji, gdy nie musiał zawierać sojuszu z żadną z partii. Większość w obecnej radzie miasta ma bowiem wspierające go ugrupowanie Forum Samorządowe i Piotr Uszok. Jednak z naszego pierwszego przedwyborczego sondażu wynika, że Forum może utracić większość w radzie na rzecz Platformy Obywatelskiej. Na miejsca w katowickiej radzie może liczyć również PiS i SLD-SdPl. Dla Uszoka taki rozkład sił będzie oznaczał najpewniej konieczność porozumienia się z PO bądź z PiS-em, a być może nawet z obydwoma ugrupowaniami. Ceną dla partii za koalicję powyborczą mogą być stanowiska wiceprezydentów. - Tak się z reguły dzieje. Rozmowy z partiami nastąpią jednak dopiero po wyborach, gdy poznamy ich ostateczne wyniki - zastrzega Uszok.
Badanie zrealizowała PBS DGA przy współpracy z Call Center Poland i TP Internet na 400-osobowej, losowej próbie mieszkańców miasta zdecydowanie deklarujących udział w wyborach samorządowych (struktura demograficzna reprezentatywna dla badanej populacji). Gazeta Wyborcza, pj 2006.09.18
Do góry
Symulacja zablokowała centrum Katowic
Policyjna symulacja napadu na bank zakorkowała Katowice. Na dwie godziny zamknięto bowiem kilka ulic w centrum miasta. Otwarto je dopiero po zatrzymaniu terrorystów.
Zaczęło się kilka minut po godz. 13, kiedy do nowej siedziby NBP przy ul. Bankowej wtargnęło czterech zamaskowanych bandytów. Uzbrojeni mężczyźni wzięli zakładników. Na nogi postawiono całą katowicką policję, strażaków, energetyków i służby medyczne. W szpitalach rezerwowano miejsca na przyjęcie pacjentów z ranami postrzałowymi.
Dopiero po kilkunastu minutach okazało się, że to tylko symulacja. Mimo to policja zablokowała wszystkie drogi dojazdowe do Bankowej. Wstrzymywano też ruch tramwajów, które co kilka minut przejeżdżały wahadłowo w kolumnach. Ich pasażerowie byli przekonani, że są świadkami pierwszego w Polsce ataku terrorystów.
Kiedy do akcji wkroczyli policyjni negocjatorzy, miasto już stało. Gigantyczne korki tworzyły się na wszystkich trasach dojazdowych do centrum Katowic. Kierowcy klęli na czym świat stoi. Nie wiedzieli, co się dzieje.
W końcu kilka minut po godz. 15 bandyci opuścili budynek NBP, wsiedli do samochodu i odjechali. Chwilę później ich wóz został zaatakowany przez komandosów. Padło kilka serii z broni maszynowej, wybuchły granaty. - Koniec akcji - oznajmił dowódca i kazał otworzyć drogi. Korki zniknęły dopiero po trzech godzinach.
- Taka akcja była potrzebna, bo nikt nam nie zagwarantuje, że bandyci będą napadali na banki wyłącznie nocą. Jednak wszystkich tych, którym utrudniliśmy życie, bardzo przepraszamy - mówił podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy śląskiej policji. W trakcie akcji policja nakręciła film, który zostanie poddany analizie. Gazeta Wyborcza, piet 2006.09.18
Do góry
Urząd Miasta chce przejąć działkę
Katowicki magistrat chce kupić parking na ulicy Młyńskiej, tuż obok Urzędu Miejskiego. Pomysł urzędników może pokrzyżować plany budowy w tym miejscu biurowca.
Kłopoty z ciągle pustą działką ciągną się już od dziesięciu lat. Kupiła ją wtedy prywatna firma z Gdańska, która planowała postawić tu biurowiec. Spółka jednak zbankrutowała i na placu do dziś działa strzeżony parking.
Syndyk gdańskiej spółki sprzedał plac niemieckiej firmie W.Beutin Polska. Spółka zamierza postawić tu budynek z kilkupoziomowym garażem. Znajdzie się też miejsce dla sklepów i biur. Na ostatnim piętrze ma działać restauracja. Plany kolejnego inwestora mogą jednak również lec w gruzach. Dowiedzieliśmy się bowiem, że apetyt na działkę ma... Urząd Miasta.
Prezydent Piotr Uszok już podpisał zarządzenie, zgodnie z którym magistrat postanowił skorzystać z prawa pierwokupu atrakcyjnej działki. Jest to możliwe, bo do urzędu trafiło pismo W.Beutin Polska, w którym firma zawiadamia, że zamierza sprzedać za ok. 3 mln zł plac spółce Silesia SPV z Katowic.
Zaniepokoiło to miejskich urzędników. - Nie mielibyśmy gwarancji, że szybko coś powstanie w tym miejscu. Dlatego miasto chce skorzystać ze swojego prawa - twierdzi Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że urzędnicy kupienie placu uważają za dobry interes i sami chcieliby go potem odsprzedać z zyskiem.
Tymczasem Dariusz Wala z firmy Imago Public Relations, która reprezentuje w kontaktach z mediami W.Beutin Polska, mówi, że jego klient jest zaskoczony działaniami urzędników. - Chcemy rozmawiać o tym z prezydentem. Oczekujemy wyjaśnień. W.Beutin zamierza tu budować - mówi Wala.
W dodatku firma, która miała kupić plac, należy do W.Beutin Polska i to ona faktycznie ma się zająć budową biurowca. - Zmiana właściciela ma to jedynie ułatwić - dodaje Wala.
Jeżeli jednak miasto przejmie działkę, plany inwestora nie dojdą do skutku. Ostateczne decyzje w tej sprawie mają zapaść na początku tygodnia. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.09.17
Do góry
Katowickie śródmieście potrzebuje szczotki
Brud, sadza, wszechobecne reklamy zaburzają odbiór często wartościowych budynków. Traktujemy je jak niechciane dziedzictwo, które trzeba wyburzyć. Jednak czasami wystarczy wymienić szkło na nowe, pomalować i oczyścić elewacje, by nagle odkryć nowoczesność budynków z lat 60. i 70.
Już wkrótce poznamy wyniki konkursu na przebudowę śródmieścia Katowic. Jednak zapominamy, że nie ulegnie ono rewolucyjnej zmianie. Wielkie budynki późnomodernistyczne, jak Zenit czy Separator, które mają ogromny wpływ na postrzeganie centrum miasta, należą do prywatnych właścicieli. Nowa koncepcja centrum nie odmieni tych budynków. Jednak ich rewitalizacja jest niezbędna, by móc naprawdę zmienić wizerunek Katowic.
- Na pewno nie należy ich burzyć - mówi Irma Kozina, historyk sztuki z UŚ. - Największym błędem jest skazywanie tych budynków na unicestwienie, bo to architektura socjalistyczna. To błędne myślenie. Po wojnie na całym świecie odbudowywano miasta w nowej modernistycznej architekturze. Była funkcjonalna i tania, to się wtedy liczyło - wyjaśnia historyk.
Dziś jednak na budynkach odbijają się słabe wykonawstwo i złej jakości materiały budowlane. Władza często w trakcie realizacji projektów obcinała fundusze, tak było np. z Superjednostką. Zamiast polskiej odpowiedzi na Jednostkę Marsylską Le Corbusiera, ówczesny wzór dla bloków mieszkalnych, powstała gigantyczna sypialnia. Pozostała dalekim echem światowych trendów, ale jednak na tyle czytelnym, by docenić ten mrówkowiec.
- Zenit, Separator, Ślizgowiec, Skarbek to naprawdę bardzo dobre budynki. Architekci zastosowali w nich wiele nowatorskich pomysłów. Kwaśniewicz użył jako pierwszy w kraju ściany kurtynowej [całkowicie szklanej - przyp. red.] w Domu Prasy, to był czas wielkich eksperymentów technicznych. W każdym mieście działały państwowe biura Miastoprojekt, tylko w Katowicach miały one w nazwie nazwiska architektów. To odbiło się na jakości, architekci czuli się odpowiedzialni za to, co robią. Miasto tworzyli: Aleksander Franta, Henryk Buszko, Jurand Jarecki, Maciej Gintowt czy Mieczysław Król - dodaje Kozina.
W Katowicach, mieście wojewódzkim, nie ma dziś nikogo, kto odpowiadałby za architekturę. Mocno odczuwalny jest brak architekta miejskiego. Taka sytuacja rodzi dziwne pomysły, jak na przykład wyburzenie dworca. - Co powstanie w jego miejscu? Obecny dworzec jest wybitny, wpisuje się w nurt architektury brutalistycznej, która stosowała powszechnie surowy beton. Dworzec można porównać do budowli w Brasili czy Chandigarze. Jest funkcjonalny, nie ma tylko dobrze zaprojektowanego otoczenia - mówi Kozina.
Dzisiejszym mankamentem budynków śródmieścia jest ich fatalne zaniedbanie. Potrzebują remontu, całościowej renowacji. Śródmieście wciąż czeka na wielkie sprzątanie.
- Żeby docenić katowickie budowle z lat 60. i 70., trzeba wpierw oczyścić ich elewacje, wymienić zużyte, złej jakości materiały. Jako historyk sztuki mówię: zanim coś wyburzysz, zastanów się, szanuj dziedzictwo. Nie róbmy tego samego błędu co pokolenie przed nami, które wyburzyło rynek czy willę Grundmanna - tłumaczy Kozina. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.09.15
Do góry
Bez baronów nie byłoby Katowic
Po raz pierwszy, po 61 latach, na Śląsk przyjeżdżają potomkowie Franza Wincklera, założyciela rodu Tiele-Winckler. W niedzielę przybędzie pan na Katowicach, Miechowicach i Mosznej.
Baron Claus-Peter von Tiele-Winckler wraz z żoną przybył wczoraj do Katowic popołudniowym ekspresem z Berlina. - To moja pierwsza wizyta nie tylko w Katowicach, ale i w Polsce - nie ukrywał wzruszenia, wysiadając z pociągu. - Najbardziej cieszę się, że wreszcie po latach będę mógł zobaczyć pałac w Mosznej, gdzie jako dziecko mieszkałem do piątego roku życia.
W 1945 r. rodzina Tiele-Winckler musiała uciekać do Niemiec. Po wojnie baron był menedżerem w firmie armatorskiej, która zajmowała się ruchem statków przez Kanał Kiloński. - Część z nich to polskie statki i to chyba jedyny kontakt z waszym krajem - żartuje Claus-Peter von Tiele-Winckler, dziś już stateczny emeryt.
Baron jest w czwartej linii bezpośrednim potomkiem Franza Wincklera, jednego z założycieli Katowic. - Winckler był typowym ucieleśnieniem amerykańskiego snu - od pucybuta do milionera, choć w realiach śląskich raczej od górnika do magnata przemysłowego - opisuje jego karierę dr Arkadiusz Kuzio-Podrucki, historyk, biograf rodu Tiele-Winckler.
Syn ubogiego niemieckiego chłopa na Górny Śląsk przywędrował za chlebem. Tutaj rozpoczął pracę jako sztychmistrz w kopalni Ferdynand. Równocześnie uczył się na sztygara w elitarnej szkole górniczej w Tarnowskich Górach. Winckler szybko dorobił się niemałej fortuny nie tylko dzięki własnej przedsiębiorczości, ale także przez korzystne małżeństwo z bogatą wdową. W ciągu kilku następnych lat był już właścicielem dóbr rycerskich Miechowice, miasta Mysłowice, 13 kopalń węgla (w następnych 49 był udziałowcem), 15 kopalń galmanu, 7 hut żelaza i 6 cynku. W 1839 r. za sumę 84 tys. talarów kupił wieś Katowice, gdzie przeniósł zarząd swoich dóbr.
Na jego czele postawił przyjaciela ze szkolnej ławy Friedricha Wilhelma Grundmanna. Ten razem ze swoim zięciem Richardem Holtze skutecznie zabiegał o nadanie miastu praw miejskich i budowę linii kolejowej. - Katowice powstały dzięki wizji i współpracy całej trójki. Gdyby nie oni, być może stolica regionu dziś byłaby w Bytomiu, Mysłowicach czy Rudzie Śląskiej, a Katowice byłby tylko dzielnicą innego miasta - mówi dr Piotr Greiner z Uniwersytetu Śląskiego.
Kolejni przedstawiciele rodu (po małżeństwie córki Wincklera z porucznikiem Hubertem von Tiele) Tiele-Wincklerów aż do 1945 r. byli związani z Górnym Śląskiem. Ufundowali katedrę ewangelicką (najstarszą murowaną świątynię w mieście, nazywaną tak przez wiernych, ponieważ administruje nią biskup) i katolicki kościół Mariacki. Przekazali także ziemię pod budowę katowickiej katedry Chrystusa Króla. Pod koniec XIX w. swoje rodzinne gniazdo z zamku w Miechowicach przenieśli do pałacu w Mosznej, który przebudowali w imponującą rezydencję o 365 pokojach i 99 wieżach.
Przedstawiciele jednego z najznamienitszych katowickich rodów przyjechali na zaproszenie biskupa diecezji katowickiej Kościoła ewangelicko-augsburskiego ks. Tadeusza Szurmana. Jutro wezmą udział w uroczystościach związanych ze 150. rocznicą położenia kamienia węgielnego pod budowę ewangelickiej katedry w Katowicach. - To jeden z najznamienitszych rodów w mieście. Szkoda, że jedynymi pamiątkami po nich są herby na witrażach w naszej katedrze - mówi bp Szurman.
W niedzielę wieczorem do Pyrzowic przyleci senior rodu hrabia Hubert von Tiele-Winckler, brat Clausa-Petera. To właśnie on odziedziczył oficjalny tytuł pan na Katowicach, Miechowicach i Mosznej.
W czasie pobytu arystokraci spotkają się z prezydentem Katowic. Wezmą także udział w promocji książki dr. Kuzio-Podruckiego Tiele-Wincklerowie, magnaci węgla i stali. Wizyta potrwa do wtorku. Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.09.15
Do góry
GKS Katowice będzie przyjazny dzieciom
Od sobotniego meczu GKS-u Katowice z GKP Gorzów (początek o godz. 17) sektor 2 trybuny głównej stadionu przy ul. Bukowej będzie funkcjonował jako sektor przyjazny dzieciom. O ich bezpieczeństwo i komfort zadbają wolontariusze i stewardzi. Dla najmłodszych przygotowano również niespodzianki i poczęstunek. Cena biletu dla dzieci i młodzieży do lat 16 wynosi 1 zł.
W przerwie meczu fanom Gieksy zostanie oficjalnie zaprezentowana I-ligowa drużyna hokejowa HC GKS Katowice. Gazeta Wyborcza, mab 2006.09.15
Do góry
Katowicki dworzec najpiękniejszy na świecie?
PKP Przewozy Regionalne, oficjalny przewoźnik Miss World, informuje, że najpiękniejszy pociąg na świecie z tegorocznymi finalistkami konkursu wjedzie na tor przy peronie czwartym o godz. 18.26 - taki komunikat zelektryzował wczoraj pasażerów na katowickim dworcu.
- Podróż minęła bardzo miło, Polska jest bardzo ładna i bardzo mi się tu podoba - mówiła dziennikarzom na peronie ciemnoskóra miss Jamajki, Sara Lawrence. Podobnego zdania była miss Mauritiusa, Vanesha Seetohul.
Wśród gapiów, którzy zebrali się aby zobaczyć - jak mówiono - misski, najwięcej emocji przed ich przyjazdem wywoływało nie tyle piękno finalistek konkursu, co jego zderzenie z brzydotą i zaniedbaniem katowickiego dworca. Jego zły stan techniczny, niedomycie i przykre zapachy od lat są stałym tematem komentarzy mieszkańców miasta i publikacji prasowych.
Kolejarze zrobili dużo, aby finalistkami Miss World widok katowickiego dworca nie wstrząsnął. Schody prowadzące z peronu do przejścia podziemnego umyto, a barierkę pomalowano. Niektóre ławki przykryto zielonym suknem. Na sąsiednim torze ustawiono pusty nowoczesny pociąg osobowy - jeden z pierwszych zmodernizowanych niedawno dzięki unijnym funduszom. Dzięki niemu dziewczyny nie widziały innych peronów.
Finalistki konkursu i kilkudziesięcioosobowa ekipa spędzą trzy najbliższe noce w katowickim Hotelu Monopol. Nieoficjalnie przedstawiciele katowickiego samorządu przyznają, że Katowice prawdopodobnie dlatego znalazły się w programie kandydatek, że nie udało się na czas zarezerwować odpowiedniego hotelu w Krakowie.
Kandydatki na miss zwiedzają całą Polskę. Na Śląsk przybyły z Giżycka. Z dworca pojechały do hotelu Monopol, gdzie spędzą kilka nocy. W ciągu najbliższych dni zwiedzą Wieliczkę, Kraków i Zakopane. Katowice będą dla nich jedynie bazą wypadową, program nie przewiduje zwiedzania stolicy Górnego Śląska. - Chociaż nasze miasto nie zostało ujęte w programie wizyty to jednak cieszymy się, że jeden z katowickich hoteli uznano za najlepszy w południowej Polsce i to w nim zakwaterowano finalistki - skomentował rzecznik Urzędu Miasta w Katowicach Waldemar Bojarun. Gazeta Wyborcza, tm, pap 2006.09.13
Do góry
Miał problem ze sterowaniem
Pilot szybowca, który rozbił się w niedzielę w lesie w pobliżu lotniska w Katowicach Muchowcu, miał podczas startu problemy ze sterem wysokości i sam zdecydował o odczepieniu się od holującego go samolotu. Chwilę potem runął na drzewa. To pierwsze wnioski z wczorajszego przesłuchania mężczyzny przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych. 59-letni pilot szybowca nie odniósł w wypadku żadnych obrażeń. Zakleszczył się jednak w kabinie i musiał czekać na pomoc ratowników ze straży pożarnej. Przyczyny wypadku bada również prokuratura. Gazeta Wyborcza, pap, pj 2006.09.12
Do góry
Śląska Sieć Aniołów Biznesu
W Katowicach powstała Śląska Sieć Aniołów Biznesu. Konsorcjum chce szukać ciekawych pomysłów na biznes oraz osób lub firm, które sfinansują takie przedsięwzięcie. Projekt wspiera Unia Europejska.
W 1996 roku Jeff Bezos wpadł na pomysł, by sprzedawać w internecie książki i płyty. Nie miał jednak pieniędzy na założenie firmy. Do czasu aż pojawił się Thomas Alberg, który wyłożył potrzebną gotówkę. Tak powstał Amazon.com, najsłynniejszy dziś sklep internetowy, przynoszący miliony dolarów zysków.
Takich biznesmenów jak Alberg zaczęto nazywać aniołami biznesu. Już niedługo pojawią się oni także na Śląsku. Projekt, który nazwano Silban (Śląska Sieć Aniołów Biznesu), finansuje Unia Europejska, a zaangażowali się w niego Fundusz Górnośląski, Górnośląskie Towarzystwo Gospodarcze i Górnośląska Agencja Przekształceń Przedsiębiorstw SA. Silban dostał już 500 tys. zł unijnej dotacji.
Konsorcjum chce szukać ciekawych pomysłów na biznes oraz osób lub firm, które sfinansują takie przedsięwzięcie. Aniołem biznesu może być każdy, kto ma minimum 50 tys. zł. Najlepiej jednak, gdyby był gotowy wyłożyć na początek 200 lub 300 tys. zł. - Szukamy nie tylko firm, ale i zamożnych ludzi, którzy już odnieśli sukces i teraz chcą pomóc innym. Mogą to być lekarze, bankowcy, menedżerowie - mówi Aleksander Zarzycki, wiceprezes GAPP-u. - Pierwsi chętni już się zgłosili, tworzymy teraz bazę danych - dodaje.
Silban ma promować przede wszystkim nowe technologie, ale przyszłym biznesmenom nie stawia żadnych ograniczeń. Aniołowie biznesu mogą pomagać zarówno twórcy nowej przeglądarki internetowej, wynalazcy superszybkiego procesora czy komuś, kto wymyślił sieć sklepów ze zdrową żywnością. - Będziemy działać trochę jak biuro matrymonialne, a więc kojarzyć pomysłodawcę z inwestorem. Potem już od nich będzie zależało, czy się dogadają i cały pomysł zostanie zrealizowany - mówi Joanna Schmid, wiceprezes Funduszu Górnośląskiego.
Dla twórców Śląskiej Sieci Aniołów Biznesu jednym z najważniejszych słów jest chemia, a więc ulotna nić porozumienia. - Między pomysłodawcą a aniołem musi zadziałać chemia. Muszą się dobrze dogadywać, wzajemnie fascynować - twierdzi Wojciech Grzyb, menedżer projektu.
W bazie danych Silbanu jest już kilka nietypowych pomysłów biznesowych. Od prostych, związanych z handlem i usługami, do tych związanych z bio- i nanotechnologią. Wszystkie objęte są jednak ścisłą tajemnicą, bo właśnie dyskrecja to fundamentalna zasada współpracy z aniołami biznesu. - Tutaj najważniejszy jest pomysł, więc na pierwszym spotkaniu pomysłodawca nie zdradza aniołowi biznesu wszystkich szczegółów przedsięwzięcia - dodaje Grzyb.
Silban jest pierwszą regionalną siecią aniołów biznesu.
Szczegółowe informacje na temat Śląskiej Sieci Aniołów Biznesu można znaleźć na stronie www.silban.pl Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2006.09.12
Do góry
Jak Katowice zostały Stalinogrodem
50 lat temu katowiczanie zdecydowali, że nie chcą już mieszkać w Stalinogrodzie i uchwalili powrót do historycznej nazwy swojego miasta. Wystawę przypominającą wydarzenia z tamtego czasu otwarto w poniedziałek w Muzeum Historii Katowic.
Pierwsza zmiana nazwy - z Katowic na Stalinogród - nastąpiła 7 marca 1953 roku dla uczczenia pamięci zmarłego dwa dni wcześniej sowieckiego dyktatora. Do złożenia wniosku w tej sprawie zmuszono pisarza Gustawa Morcinka. Rada Państwa wydała stosowny dekret, a już w niedzielę 8 marca z megafonów na katowickiej stacji kolejowej płynęła zapowiedź: Tu stacja Stalinogród. Niektórzy pasażerowie byli zdezorientowani, ale - inaczej, niż gościom wystawy - mało komu było do śmiechu. Podobno konduktor w jakimś tramwaju wyrzucił kobietę, która poprosiła o bilet do Katowic, bo władza bacznie pilnowała, żeby nigdzie nie używano starej nazwy miasta. Stalinogród pojawił się na emaliowanych tabliczkach urzędów i różnych instytucji (kilka ocalało i trafiło na ekspozycję), a nawet do świadectw z nauki religii, psałterzy i modlitewników. Los sprawił, że katowicka katedra, której budowę rozpoczęto jeszcze przed II wojną światową, została konsekrowana jako katedra w Stalinogrodzie. Zdarzały się też sytuacje groteskowe, gdy do dokumentów osób urodzonych na długo przed 1953 rokiem urzędnicy wpisywali: Stalinogród.
Niewiele osób zdecydowało się głośno zaprotestować przeciwko Stalinogrodowi. Zrobiły to trzy nastolatki z Chorzowa: Natalia Piekarska, Zofia Klimonda i Barbara Galas, które własnoręcznie wykonały i rozrzuciły na ulicach ulotki Precz ze Stalinogrodem oraz Komuna to zaraza. Służba Bezpieczeństwa szybko wpadła na ich trop, a sąd najstarszą skazał na karę więzienia, a dwie młodsze wysłał do poprawczaka. W 2004 roku otrzymały tytuły Honorowego Obywatela Miasta Katowic. Wczoraj na otwarcie wystawy przyjechała pierwsza z nich. - Byłyśmy bardzo zbuntowane, cieszyła nas śmierć Stalina. Z początku nie bałyśmy się, bo nie do końca zdawałyśmy sobie sprawę z konsekwencji. Strach pojawił się potem, kiedy już stukali w nocy do drzwi, żeby mnie zatrzymać - wspominała Natalia Piekarska-Poneta.
Wystawa w Muzeum Historii Katowic opowiada nie tylko o krótkim epizodzie ze Stalinogrodem, ale także o kilku wcześniejszych latach. Komunistyczna władza z jednej strony chętnie pokazywała się wtedy na kościelnych uroczystościach (na wystawie jest np. zdjęcie Bolesława Bieruta wychodzącego z kościoła Świętych Piotra i Pawła w Katowicach), ale z drugiej - coraz mocniej przykręcała śrubę społeczeństwu, a opozycję przedstawiała jako amerykańskich lokajów.
W Muzeum Historii Katowic pokazano m.in. fotografie z pierwszomajowych pochodów, fotokopie wydawanych w latach 50. gazet, plakaty, ulotki, pocztówki i dokumenty. Wśród tych ostatnich jest legitymacja partyjna Edwarda Gierka i list Wincentego Pstrowskiego, górnika - przodownika pracy, wzywający do współzawodnictwa.
Katowice wróciły do swojej historycznej nazwy dzięki potępieniu kultu Stalina w Związku Radzieckim i objęciu władzy w Polsce przez Władysława Gomułkę. W politycznym zamieszaniu, do jakiego doszło, mało kto zawracał sobie głowę w Warszawie tym, że Miejska Rada Narodowa w Stalinogrodzie 21 października 1956 roku przyjęła uchwałę o przywróceniu nazwy Katowice. Sejm zatwierdził tę decyzję dopiero pięć miesięcy później.
- Na szczęście, i to również starałam się pokazać na wystawie, życie zwykłych ludzi, czy w Katowicach, czy w Stalinogrodzie, wyglądało podobnie. Po prostu trzeba było żyć dalej - mówiła wczoraj Justyna Pawlas, komisarz wystawy.
Od Katowic do Stalinogrodu. Wystawę w Muzeum Historii Katowic można zwiedzać do 5 listopada 2006. Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 2006.09.11
Do góry
Strefa ekonomiczna wchodzi do Katowic
Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, wbrew swojej nazwie, nie miała do tej pory żadnych terenów inwestycyjnych w samych Katowicach. - Teraz to się zmieni - zapowiedziały w poniedziałek władze strefy.
Piotr Wojaczek, szef KSSE, przyznał, że przedstawiciele strefy szukają atrakcyjnych biur w Katowicach, by wynajmować je inwestorom. Zgłosiły się już Polskie Koleje Państwowe, które chcą udostępnić swój biurowiec przy rondzie, w ciągu półtora roku PKP zamierza też wybudować pod wynajem jeszcze jeden biurowiec.
Do strefy udało się już włączyć Altusa i Chorzowską 50, dwa najbardziej reprezentacyjne budynki w Katowicach. - Lada dzień w Altusie zajętych zostanie 7 tys. m kw. biur. Ulokuje się tam duża firma - stwierdził Wojaczek.
W biurowcach objętych strefą swoje centra obliczeniowe i badawczo-rozwojowe chcą lokować duże koncerny. To szansa na pracę dla osób dobrze wykształconych, znających języki obce. Centra zatrudniają głównie księgowych, analityków biznesowych, finansistów.
Do tej pory inwestorzy nie byli zainteresowani Śląskiem, popularnością cieszyły się za to Kraków i Wrocław. Tam jednak miejsca pod wynajem szybko się wyczerpały. Wojaczek szacuje, że w najbliższych latach w tego typu centrach powstanie w Polsce 70 tys. miejsc pracy, z czego ok. 3 tys. mogłoby przypaść Katowicom.
Na razie pierwszą inwestycją w stolicy województwa będzie centrum logistyczne w rejonie al. Roździeńskiego, gdzie w przyszłym roku pracę znajdzie ok. 600 osób. Inwestorzy są też zainteresowani działką, znajdującą się niedaleko lotniska na Muchowcu, oraz terenem przy Drogowej Trasie Średnicowej na granicy z Chorzowem. - Nie chcemy, aby automatycznie ceny działek w tych miejscach poszybowały w górę - stwierdził z uśmiechem Wojaczek, odmawiając podania szczegółów. Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 2006.09.11
Do góry
Tylko dla mocnych w gębie
W październiku podczas słynnego dyktanda w katowickim Spodku odbędzie się także konkurs na Mówcę Znakomitego. Może w nim wystartować każdy, kto skończył 18 lat i czuje, że ma talent krasomówczy. Do wygrania 10 tys. zł. Do udziału w konkursie zachęcamy wszystkich: studentów, bankowców, biznesmenów, rolników i bezrobotnych, mieszkańców miast i wsi, mężczyzn i kobiety, zwolenników PiS, Platformy, SLD i wielbicieli kota Garfielda. Warunek jest jeden - trzeba czuć w sobie moc słowa.
Do 20 września czekamy na Państwa zgłoszenia. Wystarczy wypełnić zamieszczony obok kupon i wysłać na podane w nim adresy.
6 października w szacownych murach Uniwersytetu Opolskiego rozegrany zostanie regionalny konkurs na Opolskiego Mówcę Znakomitego. Jego zwycięzca pojedzie na krajowy finał 14 października do Katowic.
Gazeta Wyborcza jest współorganizatorem Mówcy Znakomitego i patronuje tegorocznemu Dyktandu. Obydwie imprezy organizowane są w ramach Festiwalu Języka Polskiego. Naszym partnerem jest Urząd Marszałkowski.
Wszystko o konkursie w internecie na: www.gazeta.pl/dyktando. Gazeta Wyborcza, mk 2006.09.10
Do góry
Szybowiec runął na drzewa w Katowicach
Tuż po starcie szybowiec odczepił się z liny holowniczej i rozbił w lesie w pobliżu lotniska sportowego w Katowicach Muchowcu. Pilot nie odniósł poważniejszych obrażeń.
Jak mówią świadkowie, którzy widzieli startujący wczoraj koło południa szybowiec, nagle lina łącząca go z samolotem holującym zerwała się. - Wyglądało, jakby jeszcze próbował poderwać się w górę, ale był zbyt nisko i wylądował w drzewach - relacjonuje Kazimierz Słomiany, który w tym czasie opalał się na łące tuż obok lotniska.
Strażacy otrzymali zgłoszenie o wypadku o godz. 12.04. Na miejsce po kilku minutach przyjechały trzy zastępy straży pożarnej. - To gęsty i rozległy kompleks leśny, dlatego trochę czasu straciliśmy na dokładne zlokalizowanie szybowca - mówi Krzysztof Grzesiczak ze straży pożarnej w Katowicach.
Wrak szybowca zawisł dziobem w dół pięć metrów nad ziemią. Po jego odnalezieniu strażacy nawiązali kontakt z 50-letnim pilotem, który przez cały czas był przytomny. Żeby go ściągnąć na dół, musieli najpierw zabezpieczyć maszynę, która w każdej chwili mogła runąć w dół. Dopiero po godzinnej akcji pechowy pilot został na linach opuszczony na ziemię.
Lekarz pogotowia ratunkowego po wstępnych oględzinach nie stwierdził poważniejszych obrażeń. Pilot był jedynie poważnie potłuczony, ale potrafił poruszać się o własnych siłach. Został przewieziony na obserwację do szpitala.
Pilot jednoosobowego szkolno-treningowego szybowca Pirat latał dopiero od roku. - Prawdopodobnie popełnił błąd i zbyt wcześnie zdecydował się odczepić linę holującą - mówi Zbigniew Kędzior, pilot-instruktor z Aeroklubu Śląskiego w Katowicach, który jest właścicielem maszyny.
Nie można jednak jeszcze jednoznacznie stwierdzić, czy rzeczywiście maszyna została przedwcześnie odczepiona przez pilota, czy też zawinił mechanizm zwalniający. Na miejsce przyjechała specjalna komisja, składająca się ze specjalistów zajmujących się wypadkami lotniczymi, przedstawicieli policji i prokuratury, która zajmie się wyjaśnieniem przyczyny katastrofy. Aby ułatwić jej pracę, strażacy będą się starali ściągnąć wrak szybowca na ziemię tak, żeby go dodatkowo nie uszkodzić. Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 2006.09.10
Do góry
Z ulicy i placu na cokoły
Szewczyk znał Stellera i Stryję, a Ligoń przyjmował go do radia. Ich popiersia stoją obok siebie na placu Grunwaldzkim w Katowicach.
Dyrygent Karol Stryja i grafik Paweł Steller oraz aktor Zbyszek Cybulski już od dawna mają honor gościć w Galerii Artystycznej. Wilhelm Szewczyk i Stanisław Ligoń dołączyli do nich wczoraj. Pierwszy pochodzi z Czuchowa, dzisiejszej dzielnicy Czerwionki-Leszczyn, drugi z Królewskiej Huty, czyli z Chorzowa. Tworzyli jednak w Katowicach. Tutaj też są ich groby.
Ludzie pióra, działacze kulturalni i narodowi. Artyści. Szewczyk był poetą, Ligoń - plastykiem, reżyserem, aktorem. Urodzili się w różnych wiekach, ale zdążyli się spotkać. Plastyk miał 60 lat, gdy przyjmował do pracy w katowickiej rozgłośni Polskiego Radia młodszego o 37 lat poetę. Pół roku później wybuchła II wojna światowa.
Szewczyk nie zapomniał o starszym koledze po jego śmierci. Poświęcił mu jedną z gawęd w swoim telewizyjnym programie Z dymkiem cygara.
Są miejsca w Katowicach, które upamiętniają ich nazwiska. Ligonia - ulica, przy której mieści się siedziba Radia Katowice, Szewczyka - plac przed dworcem kolejowym, który poeta przemierzał codziennie w drodze do redakcji dwutygodnika Poglądy. Są potomkowie. Na wczorajszej uroczystości odsłonięcia popiersi byli wnukowie Ligonia i córka Szewczyka.
Grażyna Szewczyk kontynuuje dzieło ojca. Profesor filologii germańskiej porządkuje i publikuje dzieła Wilhelma Szewczyka. - Mam w jego twórczości udział, w książkach o Norwegii i Finlandii. To ja go zaraziłam miłością do krajów skandynawskich - opowiada córka.
Dba o bibliotekę ojca, największą z prywatnych w Katowicach - 35 tys. woluminów. Szewczykowie musieli przeprowadzić się z kamienicy do domu, bo od ciężaru książek nad sąsiadami uginał się sufit. Nową bibliotekę urządzili w piwnicach. Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 2006.09.08
Do góry
Słynni interniści spotkali się w Katowicach
Lekarze z ponad 40 krajów zebrali się wczoraj w Katowicach na gali z okazji setnej rocznicy powstania Polskiego Towarzystwa Internistów. Takiego spotkania nie było jeszcze nie tylko w Polsce, ale całej Europie Środkowej. Do Katowic zjechali szefowie wszystkich krajowych towarzystw medycyny wewnętrznej z Europy, a także z takich krajów, jak Stany Zjednoczone czy Japonia. Wśród zaproszonych znalazło się wielu zasłużonych uczonych, jak prof. Walter Siegenthaler ze Szwajcarii, autor podręcznika interny, z którego uczyły się na Zachodzie całe pokolenia lekarzy.
W południe spotkali się na walnym zgromadzeniu Europejskiej Federacji Medycyny Wewnętrznej, a wieczorem na uroczystej gali. W hotelu Monopol powitał wszystkich prof. Eugeniusz Kucharz, w tej kadencji szef Polskiego Towarzystwa Internistów, a na co dzień kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i reumatologii Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. - To dla nas wielki honor, że przyjęliście nasze zaproszenie - zapewniał ponad 130 gości zebranych w sali bankietowej. Powitanie zakończył toastem na cześć interny. - Niech żyje medycyna wewnętrzna! - wtórowali mu zabrani.
Gala miała prawdziwie ekumeniczną oprawę. Po odczytaniu papieskiego błogosławieństwa za lekarzy modlili się kapłani trzech wyznań. - Daj łaskę dla tych, którzy ruszają z pomocą cierpiącym - prosił między innymi bp Tadeusz Szurman z Kościoła luterańskiego, a prof. Kucharz przepraszał za rabina, który - choć zaproszony - nie mógł pojawić się na uroczystości.
Potem 74 uczonym wręczono pamiątkowe Medale Stulecia. Dziś uczeni lekarze przeniosą się do Krakowa na II Europejski Dzień Medycyny Wewnętrznej poświęcony najnowszym osiągnięciom w dziedzinie interny. Gazeta Wyborcza, Judy 2006.09.08
Do góry
W Katowicach urodziły się trojaczki
Jeśli można powiedzieć, że dla rodziców narodziny dziecka to ogromna porcja radości, to Aneta i Zbigniew Kaleta otrzymali jej potrójną dawkę. Mieszkańcom katowickiego osiedla im. Paderewskiego we wtorek rano w Szpitalu im. Stanisława Leszczyńskiego w Katowicach urodziły się bowiem trojaczki.
Takie porody to niezwykle rzadkie zjawisko. Dla pani Anety i Zbigniewa stanowiło spore zaskoczenie. - Mamy już dwójkę chłopców. Teraz chcieliśmy mieć dziewczynkę. Kiedy dowiedzieliśmy, że będziemy mieli, aż trzy, oniemieliśmy - wspomina pani Aneta. Nim doszło do porodu, Kaletowie musieli podjąć kilka ważnych decyzji. Pierwszą była zamiana mieszkania z na dwukrotnie większe. Kolejny wiązał się z wyborem placówki medycznej, gdzie odbyć miał się poród. - Myśleliśmy o szpitalu w Ligocie, ale w końcu wybraliśmy placówkę imienia Leszczyńskiego - stwierdza Zbigniew Kaleta.
Dla jego personelu było to spore wyzwanie. - W mojej dwudziestoletniej praktyce w tym szpitalu nie pamiętam jeszcze takiego przypadku - mówi doktor Barbara Sido-Bergler, lekarka opiekująca się trojaczkami. - Cieszę się, że wszystko przebiegło bez komplikacji.
Lena, Nina i Sonia Kaleta urodziły się w minutowych odstępach. Ważyły odpowiednio 2300 g, 2200 g i 1400 g. Najstarsze dziewczynki opuszczą szpital za kilka dni. Najmłodsza zostanie w nim dłużej do czasu, kiedy przybierze na wadze. Dziennik Zachodni, (wo) 07.09.2006
Do góry
Kończy się budowa ul. Grundmanna
Kończy się budowa przedłużenia ul. Grundmanna do ul. Sądowej w Katowicach. Jedna z najważniejszych dróg w centrum miasta będzie gotowa już na przełomie września i października.
Ul. Grundmanna, która do tej pory łączyła Drogową Trasę Średnicową z ulicą Gliwicką, zostanie przedłużona do ulicy Sądowej w pobliżu skrzyżowania z ul. Mikołowską. Piotr Uszok, prezydent Katowic, zapowiada, że dzięki temu zmniejszy się ruch samochodów na alei Korfantego oraz ul. Mickiewicza i Sokolskiej. Przedłużenie ma kosztować ok. 13 mln zł. Gazeta Wyborcza, pj 2006.09.05
Do góry
Wciąż nie wiadomo co z centrum Katowic
Pod koniec września katowiczanie mieli się dowiedzieć, jak w przyszłości będzie wyglądało centrum miasta. Data została przesunięta i wyniki konkursu na przebudowę śródmieścia poznamy dopiero w połowie października.
Ogłoszony w maju konkurs na przebudowę centrum Katowic to jedno z najważniejszych wydarzeń w mieście. Katowiczanie od lat czekają na porządny rynek, odnowienie budynków w centrum i parkingi. Wyniki konkursu mogą zdecydować o obliczu miasta na najbliższe kilkadziesiąt lat. Przebudowa będzie kosztowała setki milionów złotych. Piotr Uszok, prezydent Katowic, już dawno powiedział, że gminę stać na taki wydatek. Prace na rynku i w okolicach rozpoczną się najwcześniej w przyszłym roku.
Pod koniec września mieliśmy poznać wyniki konkursu i zobaczyć, jak będzie wyglądało w przyszłości centrum Katowic. Okazuje się, że ta data jest już nieaktualna. Prezydent miasta postanowił przesunąć ją na 16 października.
- To suwerenna decyzja Urzędu Miasta. Nie przedstawiono nam żadnego uzasadnienia. Nie mamy powodu, by się temu sprzeciwiać - mówi Oskar Gąbczewski, sekretarz konkursu.
Ryszard Jurkowski, prezes Stowarzyszenia Architektów Polskich i przewodniczący komisji konkursowej, tłumaczy jednak, że chodzi wyłącznie o obecność jurorów. - We wrześniu muszę być w paru miejscach za granicą - mówi.
- Muszę poczekać na wyniki pracy architektów - mówi prezydent Uszok. Pomysły na zmianę śródmieścia będzie już akceptował prezydent, którego w listopadzie wybiorą mieszkańcy miasta. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.09.04
Do góry
Trwają budowy sądu i sali koncertowej
Przy ulicy Damrota wyrastają najbardziej spektakularne budynki Katowic ostatnich lat. Mowa o sali koncertowej Akademii Muzycznej i nowej siedzibie Sądu Okręgowego. Oba budynki zapowiadają się na dobrą architekturę.
Budynek sądu ma sprawiać wrażenie monolitu, jakby był wykonany z jednego kawałkaSala koncertowa będzie mieściła się w Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej Symfonia (znajdą się tu również m.in. biblioteka muzyczna, pomieszczenia dla chórzystów). Centrum przylega do zabytkowego, neogotyckiego budynku głównego, pochodzącego z 1898 roku.
Pudło w pudle
Nowa bryła wykonana w konstrukcji żelbetowej jest już gotowa. Teraz robotnicy układają cegłę klinkierową, będzie ona licować ściany od strony zewnętrznej.
- Cegła nawiązuje do starego budynku fakturą i kolorem. Budynek jest też dopasowany wielkością, kubaturą do istniejącego - mówi Tomasz Konior, architekt, autor projektu rozbudowy.
Pomiędzy nowym a starym budynkiem na razie jest przerwa. Jeszcze w tym roku zostanie ona całkowicie oszklona, tak powstanie atrium, łączące dwa budynki, pochodzące z różnych okresów. Prace na zewnątrz są już bardzo zaawansowane, jednak to, co najciekawsze, znajdziemy w środku, gdzie rodzi się sala koncertowa. Będzie ona drewnianym pudłem umieszczonym w żelbetowej obudowie niczym szkatułka w szkatułce. To pierwsza tego typu sala w Polsce. Jej akustyka będzie miała najwyższe parametry. Ściany wykonane z drewna klejonego wyposażono w olbrzymie wrota sterowane elektronicznie. Regulacja otwarć będzie powodować zmianę kubatury sali koncertowej, dając różne poziomy pogłosu. W rezultacie uzyska się wyjątkowe warunki akustyczne, sala będzie dostosowana zarówno do koncertów solowych, jak i olbrzymiej orkiestry symfonicznej.
Otwarcie budynku planowane jest na początek przyszłego roku akademickiego.
Monolit z ogrodem
Budowa sądu, rozciągnięta pomiędzy ul. Francuską i Damrota, jest na etapie wylewania żelbetowych ścian. Już teraz widać ogrom budowli. W środkowej części robotnicy stawiają właśnie szalunki pod najwyższą, piątą kondygnację. W sumie budynek będzie mieć ich sześć, jedną częściowo w ziemi. Na budowie dzięki zaawansowanym technologiom nie ma niepotrzebnych rusztowań. Każde piętro wyrasta szybko z form szalunków, które ustawiane są na już gotowych ścianach.
- Cały budynek ma sprawiać wrażenie monolitu, jakby był wykonany z jednego kawałka. Szarość betonu i cegły będzie złamana ciepłem drewna stolarki okiennej - mówi architekt Tomasz Studniarek, który tworzył projekt razem z Małgorzatą Pilinkiewicz.
Budynek jest rozcięty na pół, pomiędzy dwoma wejściami biegnie jakby wewnętrzna ulica. Wkrótce ma zostać przykryta dachem w konstrukcji drewna klejonego. Na poziomie parteru będzie więc długi hol, który umożliwi przejście z Damrota na Francuską. Na jego dachu powstanie zielony ogród widoczny z wyższych kondygnacji. Z holu trzy klatki schodowe poprowadzą interesantów po piętrach i do 54 sal rozpraw. Przeszklone klatki staną w środku atrium, dwie skrajne odetną wewnętrzny dziedziniec budynku od zgiełku ulicy. Budynek ma być oddany do użytku w 2008 roku. Zamyka południową część śródmieścia i będzie chyba ostatnim obiektem użyteczności publicznej, który tutaj powstanie. Dalej jest już autostrada A4. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.09.04
Do góry
Feralne skrzyżowanie w Katowicach
Skrzyżowanie ulic Hallera i Strzelców Bytomskich to czarny punkt Katowic. Nie ma dnia bez stłuczki w tym miejscu.
Feralne skrzyżowanie znajduje się na granicy dwóch dzielnic: Szopienic i Dąbrówki Małej, tuż pod wiaduktem dwupasmówki Katowice - Warszawa. Spotykają się tu drogi zjazdowe z obu kierunków tej trasy. Pod wiaduktem się krzyżują. Dodatkowo przecina je droga z Szopienic do Dąbrówki.
Kierowcy mają problem z ustąpieniem przejazdu. Na skrzyżowaniu są bowiem niefortunnie ustawione znaki stopu. Pierwszy, kiedy się na nie wjeżdża, drugi na jego środku. Samochody stoją obok siebie i zasłaniają widok kierowcom. Przeszkadzają też krzaki. - Jak stoi tir, nie ma mowy, żeby zobaczyć, czy coś jedzie z drugiej strony. To skrzyżowanie jest po prostu fatalnie rozwiązane. Codziennie są jakieś stłuczki. Kierowca, wjeżdżając tutaj, po prostu może zwariować. A ruch jest naprawdę olbrzymi - opowiada Grzegorz Hronowski, właściciel warsztatu samochodowego.
Policjanci wiele razy w tygodniu interweniują na feralnym skrzyżowaniu. Magdalena Szymańska-Mizera, rzeczniczka katowickiej policji, twierdzi, że kierowcy po prostu nie przestrzegają znaków STOP. - Podobnie sytuacja wygląda w innym miejscu Katowic, przy ulicach Stęślickiego, Grundmanna i Chorzowskiej, gdzie są podwójne światła. Jak kierowcy jadą, to widzą tylko jeden, najbliższy znak przy drodze. Rzeczywiście, w tych dwóch miejscach dochodzi do największej liczby stłuczek i wypadków.
Podobnie sądzi Grzegorz Błaszczyk, naczelnik wydziału dróg w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. - No cóż, kierowcy nie zwracają uwagi na znaki - kwituje. Przyznaje jednak, że może się zdarzyć, iż kierowca nie zobaczy znaku. - Skrzyżowanie wybudowano lata temu, kiedy nie było takiej liczby samochodów. W planie na następny rok mamy budowę świateł w tym miejscu - mówi Błaszczyk.
Mieszkańcy Szopienic są jednak innego zdania: - Taka sygnalizacja spowoduje potężne korki na autostradzie. Żeby było bezkolizyjnie, trzeba wybudować zjazdy w innych miejscach.
- Jeśli światła się nie sprawdzą, będziemy musieli zmienić geometrię tego skrzyżowania - zapewnia Błaszczyk.
Światła będą kosztować ok. 600 tys. zł. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 2006.09.03
Do góry
Kopuła czy bunkier sztuki
Budowla na katowickim rondzie coraz bliższa ukończenia. Mimo że prace przebiegają zgodnie z harmonogramem, pierwotny termin oddania do użytku - 30 września - ulegnie znacznemu przesunięciu. Budowlańcy mówią, że to z powodu dostosowania obiektu do nowych funkcji wystawienniczych.
W kopule nad rondem powstanie galeria artystyczna zarządzana przez katowicką Akademię Sztuk PięknychKopuła na rondzie, zwana też półkopułą czy spodeczkiem, przechodziła burzliwe zmiany funkcji. W końcu postanowiono, że powstanie tu miejska galeria sztuki, którą zarządzać będzie katowicka ASP.
Obiekt jest już w stanie surowym zamkniętym. Teraz robotnicy zajmują się wykańczaniem środka. Zewnętrzne ściany żelbetowe, z poziomu ulicy niewidoczne, są ocieplane wełną mineralną. Następnie pokryje je blacha aluminiowa. Chyba największą atrakcją dla odwiedzających kopułę będą tarasy widokowe. Obiegają one na różnych poziomach po obwodzie całą budowlę. Z jednej strony są na zewnątrz, ale przykrywa je szklana powłoka kopuły. W deszczowe dni będzie to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można przyjść i wypić kawę na powietrzu. Autorzy projektu dodają, że miejsce jest też chronione przed wiatrem. Tarasy będą wyłożone egzotycznym ciemnym drewnem merbau.
W środku mnóstwo atrakcji: na parterze galeria, która będzie prezentować sztukę uznanych śląskich twórców. Górny poziom to już przestrzeń dla młodszej generacji twórców. Tutaj sztuka będzie przeplatać się z muzyką i konsumpcją. Kawiarnia rozlokuje się na dwóch poziomach. Nad barkiem i kuchnią powstanie antresola, ze stolikami kawiarnianymi. To najwyższy punkt budowli, pod samym czubkiem kopuły.
W samym centrum piętra dla młodych stanie drewniany podest sceny, obok szklanej ściany oddzielającej galerię od torów tramwajowych. W czarnym fortepianie będą odbijać się chmury.
Na tej kondygnacji w ostatniej chwili projektanci dodali jeszcze jedną antresolę, specjalnie na życzenie nowego gospodarza. Pod nią powstanie wyizolowane pomieszczenie. To w nim będą prezentowane multimedia czy projekcje etiud studenckich. Pozostała część górnego poziomu może być aranżowana zależnie od potrzeb - na wystawy, koncerty czy inne imprezy artystyczne. Za barem powstaną wydzielona szkłem pracownia komputerowa i kafejka internetowa, gdzie oprócz surfowania po sieci będzie można popróbować swoich sił w animacji i grafice komputerowej.
- We wnętrzu kopuły będą dominować materiały w stanie pierwotnym. Posadzki to oszlifowany i zaimpregnowany beton. Oprócz tego jeszcze elementy ze szkła, aluminium i drewna merbau. Konstrukcja kopuły będzie od spodu widoczna. Pod sufitami pobiegną instalacje, m.in. rozprowadzenie wentylacji, klimatyzacji oraz ogrzewania - mówi architekt Tadeusz Czerwiński, autor projektu kopuły.
Jednak budowla, która tak niespodziewanie przypadła ASP we władanie, nie jest łatwa w zagospodarowaniu. Dolna kondygnacja jest całkowicie szklana - takie było założenie autora, że przez transparentne ściany ludzie czekający na przystanku mogą otrzeć się o sztukę wysoką. Jednak według rektora Mariana Oslislo sztuka nie potrzebuje aż takiej ilości światła. Artyści woleliby zamknięte, pełne ściany. Nad projektem aranżacji parteru pracuje architekt Arkadiusz Płomecki.
Przed kopułą, pod drugiej stronie torów tramwajowych, wykonywana jest właśnie fontanna. Z wielu dyszy ma wystrzeliwać woda na wysokość 8 metrów.
Wkrótce u podnóża kopuły pojawią się wielkie, nieociosane głazy. Przyjadą specjalnie ze strzegomskich kamieniołomów.
Komentarz:
Gdy pojawią się głazy, w końcu będzie czytelna idea projektu. Budowla po prostu przebiła się przez powierzchnię ziemi. Skąd się wzięła? Z głęboko zakorzenionych kompleksów włodarzy miasta, którzy wpierw stawiają monumentalne gmachy, a później myślą, jaką funkcję do nich wtłoczyć. Galeria to świetna idea, ale szkoda, że przy projekcie nie myślano od początku o artystach. Chcą obudować dolny poziom, bo szklane ściany i ruch samochodów nie ułatwią kontemplacji dzieł sztuki. I nie można mieć do artystów pretensji, że zamiast eterycznej, szkatułkowej kopuły szykuje nam się bunkier sztuki. Zresztą to chyba będzie pierwszy przypadek na świecie stworzenia galerii w miejscu przecięcia ruchliwych arterii. Jak tu znaleźć chwilę skupienia na kontemplację sztuki, tego nikt jeszcze pewnie nie wie.
Fontanna też jest potrzebna. Już wkrótce wędrujący po licznych schodach, pochylniach i długich przejściach będą mogli wypocząć od trudu przedzierania się przez rondo. Największej atrakcji Katowic, labiryntu jak z rycin Piranesiego. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.09.01
Do góry
Wybór cytatów © Portal.Katowice.pl

Wstecz - Start - Do góry

Redakcja - Regulamin - Współpraca - Reklama - Strony WWW              © Copyright by GST 05-12