ďťż
,
 PORTAL  >  PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH AKTUALNOŚCI  >  SIERPIEŃ 2006
Przesiadka na katowickim Zawodziu
Centrum przesiadkowe chcą wybudować władze Katowic na Zawodziu. Autobusy będą tu kończyły swoje trasy. Pasażerowie do śródmieścia dojadą tramwajami. W dzielnicy powstaną też parkingi, na których kierowcy będą mogli zostawiać samochody.
Na razie przesiadki wymusza remont kanalizacji na ul. Warszawskiej. Po jego zakończeniu prowizorkę na Zawodziu zastąpi nowoczesność: zadaszone perony i punkty sprzedaży biletówProwizoryczne centrum przesiadkowe działa na Zawodziu od zeszłorocznej jesieni. Urzędnicy magistratu i szefowie KZK GOP postanowili, że pasażerom będzie łatwiej dojechać do śródmieścia Katowic tramwajami. Wszystko przez trwającą przebudowę kanalizacji na ul. Warszawskiej i 1 Maja, gdzie tworzyły się gigantyczne korki.
- Sytuacja zmusiła nas do stworzenia takiego miejsca - przyznaje Roman Urbańczyk, przewodniczący KZK GOP. Dzisiaj z Zawodzia kursuje siedem linii tramwajowych i 11 autobusowych. Dla pasażerów ustawiono jednak tylko jedną wiatę i ławkę. - Jak były upały, nie było się gdzie ukryć, podobnie jest jak pada deszcz. Miało być porządnie, a wyszła makabra - mówi Urszula Cypionka z Katowic Janowa.
Urzędnicy wiedzą, że teraz centrum przesiadkowe nie zachęca, by z niego korzystać. - To tymczasowe rozwiązanie - obiecuje Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu. Już w przyszłym roku rozpocznie się tu budowa centrum przesiadkowego z prawdziwego zdarzenia. Powstaną zadaszone perony i punkt sprzedaży biletów oraz prasy. Miasto już przejmuje na własność grunty w okolicy, by urządzić parking dla samochodów.
- Jeżeli chcemy mieć centrum Katowic przyjazne ludziom, to musimy zrobić wszystko, by jeździło tu mniej autobusów. Planujemy bowiem wyłączyć z ruchu ul. Mariacką i Dworcową - wyjaśnia rzecznik.
Józef Kocurek, wiceprezydent Katowic, zaręcza, że centrum przesiadkowe będzie nowoczesne, a w kierunku śródmieścia będzie jeździło znacznie więcej tramwajów. - Natychmiast po przejęciu przez gminy udziałów w spółce Tramwaje Śląskie zajmiemy się generalnym remontem torowiska - mówi. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 2006.08.29
Do góry
Remont uliczek wokół Wojewódzkiej
Drogowcy wzięli się za prace w centrum miasta. Wyremontują uliczki zgodnie z życzeniami mieszkańców.
O planach remontu dróg pomiędzy Wojewódzką a Jagiellońską pisaliśmy w zeszłym roku. Urzędnicy zapytali wtedy mieszkańców, jak mają wyglądać ich ulice: czy mają tu powstać deptaki, czy ma być więcej zieleni i jak powinny wyglądać uliczne lampy. Magistrat wysłał ponad 700 ankiet. Okazało się, że mieszkańcy śródmieścia nie chcą deptaków, wolą za to więcej miejsc parkingowych. Lokatorom zaniedbanych na razie ulic brakuje też zieleni i wielu z nich marzy o drzewach w okolicy.
Teraz ich prośby zaczęły się spełniać. - Był to co prawda nasz pomysł, żeby na ul. Podgórnej powstał deptak, ale mieszkańcy tego nie chcieli. Uszanujemy ich wolę - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik Urzędu Miasta.
Dlatego Podgórna nadal będzie jednokierunkową ulicą. Pojawi się tu jednak więcej zieleni i przybędzie miejsc parkingowych. Podobnie ma być również na Dąbrowskiego czy Powstańców. - Wszędzie będzie też nowe oświetlenie - dodaje Bojarun. Prace mają kosztować 5-6 mln zł i zakończą się jeszcze w tym roku. Gazeta Wyborcza, pj 2006.08.28
Do góry
Do Wrocławia przez centrum Katowic?
Czy miejscy urzędnicy nie chcą, by kierowcy jeździli autostradą A4 do Wrocławia? Na ulicy Kopernika stoi znak, który radzi, by do stolicy Dolnego Śląska jechać przez centrum Katowic.
Ulica Kopernika w centrum Katowic łączy się Mikołowską. Na skrzyżowaniu stoi znak, który sugeruje kierowcom jadącym do Wrocławia skręt w prawo.
- Oczywiście jest to kompletny absurd, gdyż kierowcy powinni być kierowani na Wrocław w lewo, na autostradę A4 - zwrócił uwagę nasz Czytelnik.
Nie sposób odmówić mu racji. Jadąc w prawo, znajdziemy się w centrum Katowic. Z Mikołowskiej natomiast w parę minut można wyjechać na gotową już od blisko roku autostradę. Wybierając tę trasę, omija się nie tylko centrum Katowic, ale również Gliwice.
Waldemar Bojarun, rzecznik Urzędu Miejskiego, zgadza się z takimi argumentami. - To słuszna uwaga. Należy jednak pamiętać o tym, że w ostatnim czasie zmienił się układ dróg w naszym mieście. Ten znak pojawił się na Kopernika, gdy istniała jeszcze ulica Kochłowicka, która często była zakorkowana. Dlatego łatwiej było dojechać do Wrocławia przez centrum - mówi. Dodaje, że teraz jest już inaczej i znak zostanie już niedługo zmieniony. Będzie wskazywał dojazd na autostradę. Gazeta Wyborcza, pj 2006.08.27
Do góry
Remont powstańczych skrzydeł
Dobiegający czterdziestki Pomnik Powstańców Śląskich doczekał się w końcu gruntownego remontu. Wczoraj na miejscu pojawili się pracownicy Gliwickich Zakładów Urządzeń Technicznych.
Mocno skorodowana konstrukcja wspierająca wszystkie trzy skrzydła zostanie naprawiona, a płaszcz pomnika - wyczyszczony i zakonserwowany - odzyska dawny blask.
Prace przy odnawianiu pomnika miały rozpocząć się przed rokiem. Okazało się jednak, że stalowa konstrukcja wewnątrz monumentu jest w fatalnym stanie - od czasu jego budowy nikt do środka skrzydeł nie zaglądał. Roboty przerwano, rozpoczęło się sporządzanie ekspertyz. Wreszcie rozstrzygnięto przetarg. Teraz GZUT musi zdążyć z renowacją nim nadejdą jesienne deszcze.
Nad całością prac czuwać będzie prof. Gustaw Zemła, autor dzieła-symbolu Katowic. Koszt remontu to ok. 400 tys. zł. Dziennik Zachodni, (bib) 25.08.2006
Do góry
Chcą wyburzyć ponad stuletnią hutę!
Huta Metali Nieżelaznych z Katowic Szopienic zwróciła się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o skreślenie z rejestru zabytków obiektów ponad stuletniej Huty Cynku Uthemann. Na odzyskanych terenach chcą rozpocząć działalność gospodarczą.
Do skreślenia z rejestru zabytków wytypowano kilka obiektów huty Uthemann, która na początku XX wieku była częścią prawie 200-hektarowego kompleksu hutniczego koncernu Giesche. Wszystkie stojące tu budynki zostały zaprojektowane przez braci Zillman, tych samych, którzy stworzyli na desce kreślarskiej Nikiszowiec i Giszowiec.
Wybrano: estakadę na betonowych słupach, którą dowożono rudę cynku i węgiel, budynek, w którym formowano ceramiczne piece z gliny (tzw. mufle), magazyn rudy oraz zawaloną kilkanaście miesięcy temu halę z piecami muflowymi. Była to ostatnia z trzech takich hal w hucie. Na jej widok znawcom techniki z całego świata zapierało dech w piersiach. Stalową konstrukcję hali podcięli kilkanaście miesięcy temu złomiarze. Roztrzaskane mufle zostały przysypane gruzami.
Zbigniew Przebindowski, prezes zarządu katowickiej spółki HMN, mówi, że to fatalny stan techniczny, zamkniętych 30 lat temu obiektów, zmusił hutę do starania o skreślenie budynków z listy zabytków. Twierdzi, że wtedy teren mógłby być przeznaczony pod działalność gospodarczą.
- Nie ma sensu podtrzymywać zabytkowej fikcji. Te budynki nie są żadnym rarytasem architektonicznym, nie można ciągle na nas zrzucać odpowiedzialności za stan obiektów - mówi Przebindowski.
Członkowie Stowarzyszenia na rzecz Powstania Muzeum Hutnictwa Cynku, które od lat próbuje ratować zabytki techniki, uważa, że to cios wymierzony w ich działalność. - Od wielu lat trąbimy, że należy ratować te obiekty. Pod gruzami zawalonej hali znajduje się półtora tysiąca mufli. Można jeszcze coś z tego uratować. Staramy się, by różne instytucje i urzędy pomogły nam zorganizować muzeum, w którym moglibyśmy pokazywać zabytki techniki. Na próżno. Nawet wojewoda śląski nie odpowiedział na naszą petycję wysłaną przed wakacjami - denerwuje się Stefan Kmiecik, członek stowarzyszenia w Szopienicach, który przed laty opracował projekt powstania tu skansenu przemysłowego.
W biurze wojewódzkiego konserwatora zabytków tłumaczą, że trudno zliczyć pisma stowarzyszenia w sprawie zabytkowych budynków huty. - W tej sprawie muszą spotkać się przedstawiciele wojewody, urzędów miasta i marszałkowskiego. Osobiście podpisuję się obiema rękami pod pomysłem zbudowania muzeum, jednak trzeba realnie ocenić sytuację - mówi Adam Szewczyk z biura wojewódzkiego konserwatora zabytków. - W kontekście ochrony zabytków obiekty poprzemysłowe stanowią największą skalę trudności. Dawne tereny huty są w opłakanym stanie. Przyczynili się do tego złomiarze.
Łukasz Łata ze Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego zapewnia, że dojdzie do spotkania. - Petycję też dostaliśmy. Potrzebujemy tylko czasu na zbadanie sprawy - twierdzi.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie podjęło jeszcze decyzji o skreśleniu obiektów huty z rejestru zabytków. Na razie zwróciło się o opinię do Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków. Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 2006.08.23
Do góry
Spółdzielnia w katowickim sądzie?
Gliwicka prokuratura bada, czy znany adwokat kupował w sądzie korzystne dla swoich klientów orzeczenia. Przesłuchano w tej sprawie Józefa Jędrucha, szefa KFI Colloseum, który kilka lat temu wyszedł na wolność w dziwnych okolicznościach.
Sprawa dotyczy mecenasa Romana M., znanego katowickiego adwokata. W maju został zatrzymany przez służby specjalne pod zarzutem płatnej protekcji, oszustwa oraz nakłaniania świadka do składania fałszywych zeznań. Teraz w śledztwie przeciwko niemu pojawił się wątek dotyczący korupcji w śląskim wymiarze sprawiedliwości. Gliwiccy prokuratorzy sprawdzają, czy adwokat kupował w sądzie w Katowicach korzystne orzeczenia dla swoich klientów.
Według naszych informacji kilka dni temu przesłuchano w tej sprawie Józefa Jędrucha, szefa KFI Colloseum, podejrzanego o wyłudzenie ponad 400 mln zł. W 2001 r. wyszedł on na wolność w tajemniczych okolicznościach. Jego adwokatem był właśnie mecenas Roman M. - Został nim tuż przed posiedzeniem sądu w sprawie uchylenia aresztu i przestał nim być zaraz po wydaniu korzystnej decyzji - potwierdza prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy katowickiej prokuratury, która prowadziła śledztwo w sprawie Colloseum.
W 2001 r. Józef Jędruch i Mariusz Ł., prezes Colloseum, byli podejrzani o oszustwa na kwotę 7 mln zł, fałszowanie dokumentów oraz nielegalne posiadanie broni. Ich zatrzymanie wstrząsnęło środowiskami gospodarczymi w regionie. Sąd Rejonowy w Katowicach aresztował ich na trzy miesiące, obrona odwołała się jednak od tej decyzji. Po miesiącu Sąd Okręgowy w Katowicach kazał ich wypuścić na wolność. Biznesmeni mieli wyjść z aresztu po wpłaceniu 150 i 200 tys. zł kaucji. Posiedzenie w tej sprawie zakończyło się przed godz. 14. Współpracownicy szefów Colloseum natychmiast pojechali do banku i przelali na konto sądu 350 tys. zł. Po godz. 15 wrócili z potwierdzeniem wpłaty. Czekał już na nich jeden z sędziów. Mimo że osobiście nie zajmował się sprawą, podpisał nakaz zwolnienia obu biznesmenów. Do sąsiadującego z sądem aresztu w Katowicach, gdzie siedział Józef J., dokumenty dotarły prawie natychmiast. Do Mysłowic, gdzie przebywał Mariusz Ł., zawiozła je pracownica sekretariatu.
- Sąd zadziałał tak szybko, że nie dostarczono protokołu wpłacenia poręczenia majątkowego - mówi jeden z oficerów służby więziennej. Władze aresztu wahały się, czy w takiej sytuacji wypuścić Mariusza Ł. Telefonicznie skontaktowano się więc z sędzią, który polecił uwolnić biznesmena. Obiecał, że protokół zostanie dostarczony następnego dnia.
Według naszych informacji gliwiccy śledczy wypytali Jędrucha o kulisy tej sprawy. - Mogę tylko potwierdzić, że szef Colloseum został przez nas przesłuchany. Dla dobra postępowania nie mogę jednak ujawnić treści złożonych przez niego zeznań - potwierdził nam wczoraj prokurator Michał Szułczyński, rzecznik prasowy gliwickiej prokuratury.
Śledztwo w sprawie domniemanej korupcji jest jednak mocno zaawansowane. Kilka dni temu Gazeta ujawniła, że Ryszard Bogucki, płatny zabójca mafii pruszkowskiej, potwierdził śledczym, że zapłacił mecenasowi Romanowi M. za załatwienie korzystnego dla siebie wyroku. Śledczy sprawdzili: katowicki sąd faktycznie uniewinnił gangstera w procesie dotyczącym wyłudzenia kredytów.
Sędzia Teresa Truchlińska-Babiracka, rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Katowicach nie wierzy, że w nielegalną działalność adwokata mogli być zaangażowani katowiccy sędziowie. Jej zdaniem mechanizm działania mógł wyglądać tak: mecenas brał pieniądze od klientów i obiecywał im różne rzeczy. A jeżeli orzeczenie było korzystne, mógł im potem wmówić, że wszystko zostało ustawione. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 2006.08.21
Do góry
Katowicki odcinek DTŚ na ukończeniu
Drogowa Trasa Średnicowa w Katowicach będzie gotowa pod koniec października, ale tunelem pod rondem będzie można jeździć najwcześniej pod koniec roku.
Dobiega końca budowa katowickiego odcinka DTŚ. Bronisław Rduch, który kieruje budową w centrum Katowic, zapewnia, że trasa będzie gotowa w październiku. Mimo to kierowcy będą musieli jeszcze poczekać na wszystkie konieczne odbiory techniczne. Stanisław Marczyk, pełnomocnik prezydenta miasta ds. budowy DTŚ, obiecuje, że trasą będzie można jeździć na początku listopada.
Jednak kierowcy, którzy liczyli na to, że od razu przejadą przez miasto tunelem pod rondem, mogą czuć się nieco rozczarowani. W piątek prezydent Piotr Uszok podczas audycji w Telewizji Katowice dał do zrozumienia, że tunelem będzie można jeździć dopiero w styczniu.
- W pierwszej kolejności uruchomimy ulice na górze. Tunel zostanie oddany w drugiej kolejności - potwierdza Marczyk. Tłumaczy to koniecznością przetestowania wszystkich urządzeń, które odpowiadają za bezpieczeństwo kierowców.
Marczyk: - Nie minę się z prawdą, jeśli powiem, że tunelem pojedziemy jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Gazeta Wyborcza, pj 2006.08.21
Do góry
Architekci walczą o katowicki modernizm!
Wzywamy władze miasta, teraźniejsze i przyszłe, aby uratowanie unikatowej polskiej myśli architektonicznej stało się ich celem - artyści i architekci z całej Polski apelują o ochronę funkcjonalistycznej zabudowy Katowic.
- Katowice są miastem, gdzie turyści raczej rzadko zaglądają, a mamy się czym pochwalić. To architektura modernistyczna, która tu właśnie ma najbogatszą reprezentację ze wszystkich polskich miast - twierdzą sygnatariusze listu. - Wzywamy władze miasta, teraźniejsze i przyszłe, aby uratowanie unikatowej polskiej myśli architektonicznej stało się ich celem.
Akcję otoczenia opieką południowej części śródmieścia Katowic zainicjowały Stowarzyszenie Kościuszki i okolice oraz katowicki oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich. Wspólnie przyznają od roku nagrody gospodarzom, którzy dbają o funkcjonalistyczne budynki z lat 30. XX wieku. Wyróżnili już zmodernizowaną willę przy ulicy Bratków 4, zaprojektowaną przez jednego z najwybitniejszych architektów tamtych czasów Tadeusza Michejdę.
- Kamienice z tego czasu są zagrożone, wkraczają właśnie w 80. rok życia, trzeba o nie zadbać. Jesteśmy to winni przyszłym pokoleniom. Teraz nadszedł ostatni moment, by zająć się tym problemem - mówi jeden ze współinicjatorów listu, Jarosław Lewicki, prezes Stowarzyszenia Kościuszki i okolice.
Wiele budynków stanowi nawet zagrożenie dla życia. Właśnie rozebrano przeszklone balkony w kamienicy na rogu ulic PCK i Skłodowskiej-Curie. Stara konstrukcja była już przerdzewiała i w każdej chwili szkło mogło spaść na przechodniów. Nie wiadomo, czy ogrody zimowe powrócą do stanu pierwotnego, bo to olbrzymi koszt dla wspólnoty mieszkaniowej.
Dlatego w tym i innych przypadkach potrzebna jest pomoc miasta. Wpisanie budynków na listę zabytków mogłoby ułatwić finansowanie remontów, a także uchronić unikatowe budynki przed pseudomodernizacjami, co spotkało budynek na rogu św. Jana i Dworcowej.
List podpisali m.in.: Alina Janowska, aktorka, Kazimierz Kutz, senator RP, Stefan Kuryłowicz, profesor architekt, Romuald Loegler, architekt, członek Saksońskiej Akademii Sztuki, Gustaw Zemła, rzeźbiarz, autor pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach, Wojciech Zabłocki, profesor architekt, oraz historyk sztuki Anda Rottenberg, przewodnicząca rady programowej przyszłego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.
Inicjatywę poparł również mieszkający w Katowicach Mirosław Neinert, aktor i współtwórca teatru Korez. - Katowice są miastem młodym i nie mamy tylu zabytków co Kraków. Jednak szczęśliwym zrządzeniem losu jest tu dużo modernistycznej architektury. Piękna, funkcjonalna, nowoczesna nowoczesnością, która nie przemija. Zanim będziemy budować nowe rzeczy, należy zadbać o te stare, najcenniejsze. Zresztą zabudowa południowych Katowic swoim uporządkowaniem i prostotą wpisuje się wspaniale w śląski charakter - mówi Neinert.
Waldemara Bojaruna, rzecznika katowickiego magistratu, nie zaskoczyła inicjatywa architektów, bo, jak mówi, urzędnicy myślą o tym samym. - Wiemy, że ta dzielnica to szczególne miejsce, warte pokazania turystom. Zajmiemy się tą okolicą, ale najpierw musimy skończyć przebudowę śródmieścia. W tej chwili to jest dla nas priorytetem - mówi.
List ma formułę otwartą, każdy może się pod nim podpisać, już wkrótce będzie dostępny w internecie pod adresem www.gazetta.org. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 2006.08.20
Do góry
Twórcze wakacje z tańcem i teatrem
Jak tańczyć hip-hop i zrobić zabawkę z włóczki można się nauczyć na zajęciach w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach.
Dzieci z całego regionu mogą za darmo nauczyć się tańca współczesnego, hip-hopu, a nawet stania na rękach. - Zależy nam głównie na tym, żeby zorganizować dzieciom wolny, jeszcze wakacyjny czas. Niech nie nudzą się w mieście - mówi Grażyn Słaboń, współorganizatorka projektu, absolwentka AWF-u oraz Londyńskiej Szkoły Tańca Współczesnego.
Na zajęcia, które potrwają do 15 września, może przyjść każdy. - Czekamy także na starsze osoby, które nie ruszają się wcale albo bardzo mało. Na Zachodzie seniorzy uczą się tańca towarzyskiego, biegają, pływają, aktywnie spędzają wolny czas. U nas ciągle dominuje model kapci i telewizora - mówi Anna Sochacka, tancerka z Uniwersytetu Artystycznego w Linz w Austrii.
Dla seniorów przygotowano zajęcia psychoruchowe, m.in. metodą Pilatesa, które też poprawiają kondycję.
Obok nauki tańca organizowane są także zajęcia plastyczne. Najmłodsi uczą się, jak zrobić zabawkę z włóczki, biżuterię albo samemu zaprojektować pocztówkę. - W dobie komputerów i elektroniki dzieci nie wiedzą, co to igła, nożyczki, włóczka, nić. Chcemy pokazać maluchom, że są zdolne, kreatywne i same potrafią tworzyć - mówi Julia Krzyśków, absolwentka pedagogiki i początkująca projektantka mody.
Projekt Twórcze Wakacje powstał dzięki dofinansowaniu z Ministerstwa Polityki Społecznej, przy współpracy z Funduszem Inicjatyw Obywatelskich oraz Górnośląskim Centrum Kultury. Zajęcia odbywają się codziennie od godz. 11 do 14 dla dzieci oraz od 12.30 do 14.00 i od 15 do 17 dla seniorów. Więcej informacji pod nr. tel. 698 400 736. Gazeta Wyborcza, Dorota Brauntsch 2006.08.18
Do góry
Ciało bez głowy i ręki
Okaleczone zwłoki nieznanego mężczyzny znaleziono w piątek jednym z mieszkań przy ul. Ligonia w Katowicach. Policja wszczęła śledztwo w tej sprawie.
Policję zaalarmował administrator kamienicy. Mieszkający w niej lokatorzy skarżyli się na fetor dobiegający z jednego z mieszkań, przeszkadzał im także ujadający od kilku dni pies. Policjanci zdecydowali się na komisyjne wejście do lokalu. - W przedpokoju leżało pozbawione głowy oraz lewej ręki rozkładające się ciało niezidentyfikowanego na razie mężczyzny. Głowę i rękę znaleziono później w kuchni - mówi nadkomisarz Magdalena Szymańska-Mizera, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Katowicach. Śledczy przypuszczają jednak, że jest to właściciel mieszkania, znany w okolicy pijak.
Nieoficjalnie wiadomo, że śledczy przyjęli kilka wersji wydarzeń, dwie z nich traktują jako najbardziej prawdopodobne. Pierwsza zakłada, że mężczyzna był przez kogoś torturowany, a potem brutalnie zamordowany. Druga mówi o tym, że zmarł z przyczyn naturalnych, a wygłodniały pies odgryzł mu głowę i rękę.
- Ciało leżało w mieszkaniu co najmniej dziesięć dni, więc bez wyników sekcji zwłok trudno nam kategorycznie wypowiedzieć na temat przyczyn śmierci - dodaje nadkom. Szymańska-Mizera. Gazeta Wyborcza, piet 2006.08.18
Do góry
Nagi instynkt dla małolata?
Może się zdarzyć, że ten sam film w bielskim kinie dozwolony jest od lat 15, a w Katowicach mogą go obejrzeć już 12-latki. - Mamy problem z filmami dozwolonymi od określonego wieku - przyznają prowadzący kina.
Film Szybcy i wściekli 3. Tokio drift o nielegalnych wyścigach samochodowych w kinach dozwolony jest od lat 15. Jednak na widowni można spotkać dzieci młodsze nawet o kilka lat. - Nawet się na nim nie całowali - wychodzą rozczarowane z kina.
- U nas w ogóle cała sytuacja związana z ograniczeniami wiekowymi jest postawiona na głowie - uważa Józef Grabowski, kierownik kina Świt w Czechowicach-Dziedzicach. W Stanach Zjednoczonych granicę wieku, od jakiego można obejrzeć dany film, ustala specjalna komisja. W Polsce natomiast ten obowiązek spadł na prowadzących kina.
Jak to wygląda w praktyce? - O ile nie jest to premiera, to po prostu otwieram gazetę i sprawdzam, jaką kategorię ma ten film w innych kinach - przyznaje Grabowski.
- Często kategorię wiekową sugeruje dystrybutor. Bywa jednak i tak, że według dystrybutora film będący przerażającym horrorem dozwolony jest bez ograniczeń. Musimy to sami weryfikować, co nie jest proste. Szukamy wtedy wszelkich informacji na temat treści filmu i decydujemy - dodaje Marlena Fizek z wiślańskiego kina Marzenie.
Określenie wieku, od jakiego dozwolony jest film, to nie koniec problemów. Potem jeszcze trzeba jakoś zweryfikować wiek osoby wchodzącej do kina. Sprawa jest stosunkowo prosta w przypadku nielicznych filmów dozwolonych od lat 18. Przychodzą na nie zwykle młodzi ludzie, którzy niedawno dostali do ręki dowód osobisty. Chętnie chwalą się dorosłością - niepytani, sami pokazują dowód osobisty przy wejściu.
- Gorzej w przypadku filmów dla młodszych kategorii wiekowych, dozwolonych od 12 czy 15 lat. Czy my w ogóle mamy prawo kogokolwiek legitymować? W zasadzie przecież takie uprawnienia mają jedynie policja i inne służby mundurowe - mówi Mariusz Zgolak z bielskiego Kinopleksu.
Dlatego najczęściej w kinach sprzedają bilety na oko. Nikt nie sprzeda biletu na film dozwolony od 15 lat małemu i chudemu ośmio-, dziewięciolatkowi. Jednak w przypadku starszych dzieci bywa już różnie. - Chociaż wolimy być czasem trochę nadgorliwi, niż narazić się na opinię tych, którzy wpuszczają do kina wszystkich jak leci - tłumaczy Zgolak.
Grabowski dodaje, że często po wielokrotnym wyświetleniu filmu okazuje się, że próg wiekowy postawiony został zbyt wysoko - film opatrzony jest etykietą dozwolony od lat 15, tymczasem nic groźnego w nim nie ma. Czasem jednak bywa odwrotnie. Kiedyś w Świcie wyświetlana była bajka dla małych dzieci, do której dystrybutor dołączył zajawki Harry\\\'ego Pottera. - To mimo wszystko bardzo mroczny film i dzieci się bały. Przyszedł nawet rodzic z pretensjami. Przyznałem mu rację - opowiada Grabowski.
W kinach w województwie śląskim różnie traktuje się też przypadek, gdy na film dozwolony np. od 15 lat przychodzi dziesięciolatek, ale z rodzicami. W katowickim kinie Światowid tłumaczą, że takie dziecko może wejść na seans - odpowiedzialność za to biorą rodzice. Podobnie jest w czechowickim Świcie. Jednak w Wiśle, gdy na film dozwolony od lat 16 próbował wejść pan z wyglądającym na 11-12 lat dzieckiem, usłyszał, że film może obejrzeć, ale bez pociechy. Kto w tym całym zamieszaniu powinien przede wszystkim zadbać o to, by dzieci nie oglądały filmów nieprzeznaczonych dla ich oczu? Psychologowie i pedagodzy nie mają wątpliwości: rodzice. - Nie każdy film dla dorosłych jest groźny. Jednak dzieci nie powinny oglądać na przykład tych ze scenami realistycznie pokazanej, brutalnej przemocy - tłumaczy psycholog Katarzyna Patykiewicz. - Dopóki nie doczekamy się jakiegoś jednolitego systemu oceniania filmów, najrozsądniej byłoby po prostu obejrzeć go, zanim pozwolimy dziecku pójść do kina, albo posłuchać recenzji innych rodziców - radzi. Gazeta Wyborcza, Ewa Furtak 2006.08.17
Do góry
W Katowicach giną historyczne elementy dróg
Na śląskich drogach trwa istne remontowe szaleństwo. Roboty utrudniają nam życie, choć trudności znosimy dzielnie w nadziei, że będzie się lepiej jeździło i chodziło. Ale nie tylko prace inwestorskie interesują obserwatorów. Mieszkańcy bardzo wnikliwie przyglądają się ekipom prowadzącym remonty i modernizacje jezdni i chodników. Ludzie widzą, gdzie przerwy są zbyt długie, a gdzie niszczy się coś, co należałoby chronić.
Betonowe łaty
- Przy alei Wojciecha Korfantego, głównie w okolicach katowickiego Ronda oraz na odcinkach dróg, gdzie powstaje teraz Drogowa Trasa Średnicowa, położone były piękne, granitowe krawężniki. Robotnicy je wyrwali i zastąpili betonem - ubolewa katowiczanin Tadeusz Stana.
Arkadiusz Taleński z Bytomia też od lat obserwuje, jak z jego miasta bezpowrotnie giną granitowe elementy nawierzchni dróg. - Dużo jeżdżę po świecie. Na zachodzie Europy nie byłoby do pomyślenia, aby podczas remontu ulic niszczyć coś, co ma historyczną wartość - mówi pan Arkadiusz. - Dziś na naszych oczach dewastowane są śląskie miasta.
Tadeusz Stana, mieszkaniec Katowic Bogucic, przypomina sobie sytuację z końca lat 90. ubiegłego wieku, gdy po protestach mieszkańców jego dzielnicy na ulicę Markiefki powróciły granitowe krawężniki. Teraz naszemu Czytelnikowi serce się kroi, gdy widzi, jak w czasie remontu ulicy Warszawskiej niszczone są stare granity. - Koparka dźwiga półtorametrowy krawężnik, zrzuca go na ziemię, a robotnicy rozbijają go młotkami - opowiada pan Tadeusz. - Granit się marnuje, a brakujące fragmenty krawężnika ekipa wypełnia betonem.
Materiał z odzysku
Henryk Bula, zastępca dyrektora Miejskiego Zarządu Ulic i Mostów w Katowicach, odpiera argumenty naszych rozmówców. - Granitowe krawężniki, które nie są zniszczone, zawsze staramy się ponownie wykorzystać. Takie - pochodzące z odzysku krawężniki - zostały spożytkowane na przykład wzdłuż niezabudowanej części ulicy Szarych Szeregów. Obecnie kładziemy granitowe krawężniki wzdłuż ulicy Józefy Kantorówny w Szopienicach - wyjaśnia Henryk Bula.
Ulicę Warszawską Miejski Zarząd Ulic i Mostów przekazał inwestorowi. - Wszyscy wykonawcy mają jednak obowiązek wykorzystać stare granity, a niezużyte kamienie przewieźć do naszej bazy składowej, która mieści się przy ulicy Milowickiej w Dąbrówce Małej. Granit wykorzystujemy ponownie, nie jest on natomiast na pewno przedmiotem żadnego handlu - zaznacza Bula.
Trwały, lecz drogi
Niestety, nie zawsze wystarcza cennych kamieni, którymi już były okładane chodniki, na wykonanie całego krawężnika wzdłuż drogi. - Wtedy musimy też wykorzystać krawężniki betonowe, choć szlachetne kamienie trwałością przewyższają wielokrotnie tradycyjne materiały, na przykład modne ostatnio kostki brukowe. Granit jest jednak zbyt drogi, aby używać go powszechnie - przyznaje Henryk Bula.
Dodaje też, że często na skutek decyzji konserwatora zabytków, MZUiM zobowiązany jest zachować starą nawierzchnię drogi, uzupełnić nie tylko granitowe krawężniki, ale i granitowe kostki. Przywołuje w tym miejscu ulice Jordana i PCK w centrum Katowic oraz wiele ulic w Nikiszowcu i Giszowcu. Dziennik Zachodni, Katarzyna Wolnik 18.08.2006
Do góry
Chcieli się bawić
Dwaj 17-latkowie zatruli się nielegalnym alkoholem. Jeden z nich trafił w ciężkim stanie do szpitala.
Trzej koledzy z Katowic wybrali się do dyskoteki. Żeby lepiej się bawić, w melinie przy ulicy Rysia kupili pół litra alkoholu. Dwaj z nich wypili całą butelkę. Nazajutrz rano, matka jednego z chłopców wezwała karetkę pogotowia, bo 17-latek nie dawał znaków życia. Jak się okazało, jego stan był ciężki po silnym zatruciu toksynami. Został przewieziony do szpitala, gdzie podjęto natychmiastową akcję odtruwania organizmu. Katowiccy policjanci ustalili, że drugi z chłopców miał więcej szczęścia - po powrocie do domu źle się czuł i zwymiotował. To być może uratowało mu życie. Miejsce, w którym zakupiono nielegalny alkohol, zostało zabezpieczone. Mężczyzna, który zajmował się handlem, podczas przesłuchania twierdził, że na pobliskim targu kupił dwa litry spirytusu, który rozrobił i sprzedał, bo potrzebował pieniędzy. Dziennik Zachodni, (ej) 16.08.2006
Do góry
Pościg jak z filmu
W centrum Katowic rozegrała się scena rodem z filmu akcji. Dwaj młodzi mężczyźni uciekali przed policjantami, bo nie mieli przy sobie dokumentów.
Około godziny 1.30 w nocy policjanci z I Komisariatu Policji w Katowicach podczas patrolu zauważyli dwóch podejrzanie zachowujących się mężczyzn. Kiedy tylko radiowóz się do nich zbliżył, mężczyźni wsiedli do czerwonej toyoty corolli i zaczęli uciekać. Do pościgu włączyli się funkcjonariusze z innych komisariatów. Podejrzani pędząc ulicami Paderewskiego i Francuską, nie zwracali uwagi na sygnalizację świetlną czy znaki drogowe. Gdy policja zablokowała im drogę, mężczyźni nie zatrzymali się, a nawet próbowali staranować radiowóz. Po pewnym czasie kierowca i pasażer porzucili samochód i zaczęli uciekać na piechotę.
Zostali zatrzymani, choć policjanci musieli wobec nich użyć siły i chwytów obezwładniających. Jak ustalono, obaj mężczyźni byli trzeźwi, a uciekali, bo kierowca nie miał przy sobie prawa jazdy, obowiązkowego ubezpieczenia OC, a dowód rejestracyjny stracił ważność. 20-letni Rafał B., kierowca toyoty, odpowie za złamanie wielu przepisów ruchu drogowego i czynną napaść na policjantów. Dziennik Zachodni, (ej) 16.08.2006
Do góry
Katowice nie chcą parku wodnego
W stolicy Górnego Śląska za trzy lata ma powstać nowoczesny kompleks basenów. Jest tylko jeden warunek: musi znaleźć się chętny, który wyłoży pieniądze na jego budowę. Urząd Miasta już rozpoczął poszukiwania.
Katowice nie mają dziś basenu z prawdziwego zdarzenia. Owszem, można popływać pod dachem w niektórych szkołach czy nawet w Pałacu Młodzieży, ale stan basenów nie jest najlepszy. Brakuje również miejsca, gdzie można by się wybrać z całą rodziną, tak by skorzystać również z siłowni, sauny i zjeżdżalni. Gdy w maju tego roku Gazeta zapytała mieszkańców regionu, jakie inwestycje uważają za najważniejsze, to na drugim miejscu, tuż za miejscami rekreacji na świeżym powietrzu, były aquaparki. Pomysł urzędników może więc ich trochę rozczarować.
- Nie chcemy budować parku wodnego, który jest bardzo drogi, więc i bilety nie są tanie. Myślimy jednak o nowoczesnym basenie - precyzuje Waldemar Bojarun, rzecznik Urzędu Miasta.
Urzędnicy chcą, by basen stanął w centrum miasta, przy ul. Kościuszki. Straszy tu zdewastowany stadion Gwardii. Miasto jest właścicielem tych terenów i od dawna szukało pomysłu na jego zagospodarowanie. Miał tu powstać m.in. stadion miejski, ale urzędnicy uznali, że mogłoby się to nie spodobać mieszkańcom pobliskiego osiedla. Dlatego zdecydowano się na basen.
Przy Kościuszki miałby powstać kryty basen o długości 25 m, mniejszy basen ze zjeżdżalniami, brodzik dla dzieci. Podobnie ma być pod chmurką. Całość uzupełnią wanny z hydromasażem, sauny, gabinety odnowy biologicznej, solaria, studia fitness, siłownie oraz restauracje. Nie zabraknie boiska sportowego i kortów tenisowych.
- Całość ma kosztować 30-50 mln zł - mówi Bojarun.
Miasto już rozpoczęło poszukiwania inwestora, który zbuduje kompleks. W zamian przez np. 30 lat inwestor będzie mógł na nim zarabiać, a po tym czasie baseny staną się własnością gminy.
- Baseny powinny być gotowe w 2009 roku. Chętni na pewno się znajdą. Już mamy pierwsze sygnały od zainteresowanych firm - dodaje rzecznik.
Komentuje Aleksandra Klich:
Powściągliwość katowickich urzędników i ich dbałość o portfele mieszkańców miasta jest zaiste imponująca. Oni już wiedzą, że park wodny jest za drogi na kieszenie Ślązaków! Skoro tak, to może najlepiej wręczyć każdemu dziecku szlojder i kazać strzelać do ptaków? Taka zabawa wyjdzie najtaniej. To oczywiście byłaby wyłącznie niczym nieuzasadniona złośliwość, gdyby nie fakt, że katowiczanie co weekend jadą do czeskiej Ostrawy. Tam, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od rodzinnego miasta, mają superkąpielisko, fantastyczne zoo i znakomitą zabawę w knajpach na Stadolni. A swoją drogą, czy bilet do parku wodnego na pewno byłby droższy od karnetu do wesołego miasteczka? Za możliwość skorzystania z kilku mało atrakcyjnych (delikatnie rzecz ujmując) karuzel trzeba zapłacić 35 zł. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 11.08.2006
Do góry
Plaga kradzieży włazów ze studzienek
Każdego dnia znikają z ulic żeliwne pokrywy ze studzienek kanalizacyjnych i spustów deszczowych. W Katowicach złomiarze codziennie kradną nawet 20!
Łupem złodziei padają nawet betonowe płyty, którymi osłaniane są już pozbawione pokryw otwory. - Złomiarze najczęściej pod osłoną nocy, uzbrojeni w ciężki młot rozwalają beton, żeby dostać się do szczątkowych żeliwnych stelaży, na których trzyma się cała konstrukcja włazu - opowiada Robert Fodhalicz, strażnik miejski.
Najgorzej jest w dzielnicy Dąb. - Złomiarze oszczędzają śródmieście, bo tam łatwo wpaść w nasze ręce - mówi Fodhalicz.
Straż miejska kontroluje złomowiska, ale rzadko udaje się złapać złodzieja. - Złomiarze rozbijają płyty na kawałki, czasami znajdujemy coś, co mogło być włazem. Kradzieży jest jednak dużo, dlatego przypuszczamy, że wywożą łup poza miasto - dodaje Fodhalicz.
Otwarta studzienka jest zagrożeniem dla ludzi, zwierząt, niszczy zawieszenia samochodów. - Od ponad trzech tygodni, jadąc do pracy autobusem, patrzę przez okno, czy ktoś wreszcie zabezpieczył odsłoniętą studzienkę przy ulicy Strzelniczej - mówi Anna Wójtowicz, gliwiczanka. Nie ma ani zastępczej pokrywy, ani taśm zabezpieczających. - Strach pomyśleć, jak może się skończyć zabawa dzieci w chowanego lub spacer - mówi Wójtowicz.
Studnia ma kilka metrów głębokości. - Podczas spaceru trzeba wytężać wzrok, żeby nie wpaść w dziurę - mówi mieszkaniec osiedla Obrońców Pokoju.
Urzędy miejskie i wodociągi mają obowiązek uzupełniać brakujące otwory. W Gliwicach nie wyjaśniają jednak, dlaczego studzienka nie została zabezpieczona. - Proszę połączyć się z rzecznikiem prasowym, on udziela informacji w tej sprawie - mówi Jan Armański, kierownik działu techniki w wodociągach. Rzecznik prasowy był jednak niedostępny.
W Katowicach codziennie składają zamówienia na nowe włazy. Koszt - od 120 do 280 zł. - Sporo nas to kosztuje. W ostatnich tygodniach kradzieże nasiliły się. Każdego dnia znika 20-25 włazów. Skala problemu jest tak duża, że z ledwością nadążamy - mówi Jolanta Cebo z wydziału gospodarki komunalnej Urzędu Miasta w Katowicach.
Giną dzieci
- W marcu 2004 r. czteroletnia dziewczynka wpadła do odsłoniętej studzienki kanalizacyjnej w Rybniku Chwałęcicach. Dziecko zmarło.
- W maju 2005 roku czteroletni chłopczyk wpadł do studzienki w bielskiej Wapienicy. Porwał go rwący nurt ścieków. Chłopca wydobyto trzy kilometry dalej, w oczyszczalni ścieków przy ul. Wypoczynkowej. Nie udało się go uratować.
- W listopadzie 2004 r. niewidoma studentka wpadła do głębokiej na dwa metry dziury na podwórku przy ul. Wyczółkowskiego w Bytomiu. Kilka godzin wcześniej złomiarze ukradli kratę zabezpieczającą to miejsce. Dziewczyna zawdzięcza życie otwartemu parasolowi, który zamortyzował upadek. Gazeta Wyborcza, K. Piotrowiak, A. Ujma 11.08.2006
Do góry
Robotnicy zamkną wiadukt na Sokolskiej
Do poniedziałku zamknięty będzie wiadukt nad ulicą Chorzowską (przy centrali ING Banku Śląskiego) w Katowicach. Robotnicy zrobią tzw. dylatacje, czyli elastyczne połączenie ulicy z wiaduktem. Jest to konieczne, by uniknąć zniszczenia nawierzchni. Objazdy wytyczono ulicą Chorzowską, Stęślickiego, Gliwicką, a także przez rondo.
Z powodu zamknięcia wiaduktu inaczej kursują autobusy. Linie 0, 30, 50, 296 i 930 jadące w kierunku centrum Katowic nie będą zatrzymywać się na przystanku Koszutka kino Kosmos, a na przystanku Katowice Chorzowska autobusy zatrzymują się na stanowisku przy Banku Śląskim. Linie 6, 7, 23, 110, 662, 673 i 674 w kierunku Chorzowa nie zatrzymują się na ul. Sokolskiej, a linia 110 ma tymczasowy przystanek na Dworcu PKP (stanowisko nr 5). Szczegółowych informacji udzielają pracownicy KZK GOP pod nr. tel. 0800 163 030. Gazeta Wyborcza, pj 10.08.2006
Do góry
Superjednostka zbliża się do czterdziestki
Jest takie miejsce w Katowicach, gdzie na zakupy wyskakuje się nawet w szlafroku i kapciach. Miejsce, skąd rozciąga się zapierający dech w piersiach widok. Superjednostka. Jednych zachwyca, innych przeraża. Wszystkich fascynuje.
Na parterze działa blokowy sklepik. A że w bloku mieszka ponad grubo tysiąc osób, tyle co na niejednym osiedlu, śmiało można nazwać go osiedlowym. - W zasadzie tu można chyba wszystkie sprawy załatwić nie wychodząc z Superjednostki - zachwala Grażyna Kurowska, dziennikarka (przed prawie 40. laty jednymi z pierwszych lokatorów bloku byli właśnie dziennikarze) i mieszkanka Superjednostki od ponad 20 lat.
Faktycznie. W budynku jest nie tylko administracja, ale i gabinety lekarskie. Można ozdobić sobie paznokcie, kupić ubrania...
Czesława Sobczyk prowadzi sklepik od sześciu lat. Na półce wiele kaw rozpuszczalnych, kilka sypanych. - Ale bardzo dobrze schodzą zbożowe. Bo tu coraz więcej starszych osób mieszka - mówi pani Czesława.
Chleby i jajka na śniadanie można kupić od dziewiątej do dwunastej. Potem trzygodzinna przerwa i sklepik znów jest czynny, tym razem do dziewiętnastej, a nawet dwudziestej. Na półkach niewiele produktów ustawionych w równych rządkach.
- Mam tu tylko takie podstawowe rzeczy. Po większe zakupy i tak wszyscy jeżdżą do tych oszołomów - refleksyjnie uśmiecha się pani Czesława.
Ale jeśli komuś nie chce się jeździć po strusie jaja do hipermarketu, to sprowadzi. Kiedyś obchodziła się z takim olbrzymem jak z jajkiem i zdziwieniem zareagowała na słowa klienta, że tego jajka rozbić się nie da, tylko trzeba je przewiercić wiertarką. A gdy starszym paniom nie chce się wychodzić przed świętami po żywe ryby na miasto, to sprowadza karpie do siebie.
Dawniej w prawie każdym mieszkaniu lokatorzy zamartwiali się, jak z ciasnej, nieustawnej przestrzeni wygospodarować kilka metrów kwadratowych dla dzieci. Zazwyczaj przerabiali garderoby, wybijali w nich okna i wstawiali tam młodzieżowe biurka. Teraz królują tu emeryci. To właśnie oni lubią zbożowe kawy.
Ale na nieustawne mieszkania wszyscy nadal narzekają.
- Mieszkanie jest beznadziejne! Ślepa kuchnia! - wzdycha pani Elżbieta. Mieszka na 11 piętrze już jakieś 27 lat. Od dwunastu pracuje w kiosku przy bloku (pierwsze rzucają się w oczy stojące na półce tuż za panią Elżbietą męskie wody Brutal, ale mieszkańcy chętnie też kupują codzienne gazety i tygodniki).
- Teraz już się uspokoiło. Mam sąsiadów na stałe, wcześniej się często zmieniali - mówi kobieta.
Stali sąsiedzi to skarb. Ale coraz więcej ludzi wynajmuje swoje mieszkania. Zajmują je cudzoziemcy o różnych kolorach skóry, przede wszystkim specjaliści sprowadzani przez śląskie firmy.
Cenią widać to samo co przyciągnęło tu i pierwszych lokatorów.
- To samo centrum miasta. Komunikacyjne możliwości, kulturalne... No i balkon, wąski, ale długi. Dla mnie to bardzo dobre miejsce i nigdy bym nie zamieniła mieszkania - mówi z zachwytem nad Superjednostką Ewa Brablec-Twardowska.
Dokucza jej wiatr panoszący się pod słupami podtrzymującymi blok. Czasem jest tak silny, że aż trudno się oddycha. Zachwycają ją widoki z okna. Na prawie całe Katowice.
Największa
Superjednostka w 1970 roku, w momencie oddania do użytku, była największym budynkiem mieszkalnym w Polsce. Długa jest na 187,5 metra, a mieszkań jest tu 712. Nowatorski budynek wsparty na palach zaprojektował Mieczysław Król. Prześwit pod nimi i hulające w nim wiatry miały ułatwić przewietrzanie miasta.
Warto pamiętać, że blok stanął w pobliżu nieistniejącej już huty cynku Marta. Dziennik Zachodni, Monika Pacukiewicz 11.08.2006
Do góry
Deptak na Dworcowej wciąż tylko na papierze
Odwleka się przebudowa ulicy Dworcowej i okolic. Prace zaczną się najwcześniej jesienią i to tylko na niewielkim fragmencie ulicy Mariackiej.
Na obrazkach wszystko wyglądało pięknie. Ulica Dworcowa miała zamienić się w deptak, a w podziemiach oprócz parkingów miał być też pasaż handlowy. Z ulic w okolicy zniknęłyby samochody. Przybyłoby ławek i latarni.
Niedługo minie dokładnie rok, jak podczas 140. urodzin Katowic zaprezentowano projekt przebudowy tego miejsca. Do tej pory nic się tu jednak nie wydarzyło. Większość kamienic nadal straszy odrapanymi elewacjami, ulice są zniszczone, a chodniki też nie wyglądają najlepiej. O spacerze po Dworcowej i Mariackiej nie ma co marzyć. Nie zachęca do tego ani ruch samochodowy, ani towarzystwo pań, które reprezentują najstarszy zawód świata. O przebudowie Dworcowej miejscy urzędnicy nawet nie chcą dziś rozmawiać. Już od dawna wiadomo, że jeszcze długo się tu nic zmieni, bo miasto czeka, aż ktoś kupi stary dworzec.
Można zatem zająć się okolicznymi uliczkami, ale i na to przyjdzie nam jeszcze poczekać. Adam Kochański, naczelnik wydziału inwestycji w Urzędzie Miasta, mówi, że dopiero ok. 15 sierpnia będzie gotowy projekt wykonawczy zmian w tej okolicy. Wszystko tak długo trwa, bo urzędnicy czekali na zgodę prezesa Urzędu Zamówień Publicznych, który musiał się zgodzić, by zlecić projekt tej samej firmie, która wygrała konkurs na projekt przebudowy tej części miasta. - Potem sprawdzimy dokumentację i ogłosimy przetarg. Jest szansa, że coś do końca roku zacznie tu się dziać - mówi Kochański.
Pociesza, że nawet jeśli będzie zimno, to prac nie trzeba będzie przerywać. - Nie będzie tu asfaltu na ulicach, tylko granitowe kostki i takie same płyty na chodnikach - tłumaczy.
Nie ma co jednak liczyć na to, że od razu zacznie się zmieniać wygląd całej Mariackiej. Najpierw zostanie wyremontowany niewielki fragment ulicy między kościołem Mariackim a skrzyżowaniem z ulicą Francuską. Dopiero później robotnicy zajmą się resztą. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 09.08.2006
Do góry
Pisarze, aktorzy i architekci do samorządu
Jarosław Lewicki, katowicki pisarz, chce zmienić miasto. W wyborach samorządowych zamierza wystawić listę, na której zamiast polityków znajdą się artyści i architekci.
Lewicki, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i prezes Stowarzyszenia Kościuszki i okolice z Katowic, już zdecydował, że wystartuje w tegorocznych wyborach samorządowych. Chce, żeby na firmowanej przez niego liście wyborczej do katowickiej rady miejskiej znaleźli się także architekci. Do startu w wyborach do sejmiku chce namówić m.in. Ryszarda Jurkowskiego, prezesa Stowarzyszenia Architektów Polskich, oraz Bogumiłę Murzyńską, aktorkę Teatru Śląskiego. Nie wiadomo, czy mu się uda, ale jest przekonany, że jeśli tylko jedna osoba ze środowiska artystów dostanie się do katowickiego samorządu, będzie można mówić o sukcesie.
- Trzeba zacząć głośno mówić o ważnych dla Katowic sprawach. Chcę zabiegać m.in. o rewitalizację kwartału modernistycznych kamienic pomiędzy ul. Kościuszki a Mikołowską i o remont sali teatralnej w Pałacu Młodzieży. Myślę również o organizowaniu targów staroci na placu Miarki - mówi.
Z listy Lewickiego mieliby też startować znani katowiccy architekci: Wojciecha Małecki i Tomasz Studniarek. - Mieszkam w Katowicach i wszystko, co dotyczy miasta, jest mi bliskie. W radzie są potrzebne osoby, które nie patrzą na miasto tylko przez pryzmat partyjnych układów i polityki - mówi Małecki. Jeśli zostałby radnym, chciałby się zająć urbanistyką Katowic. - Mamy ogromny potencjał. W centrum są wciąż niewykorzystane tereny - mówi.
Z kolei Tomasz Studniarek zapewnia, że do rady się nie wybiera. - Stowarzyszenie Architektów Polskich może działać w mieście skutecznie, bez swojego przedstawiciela w radzie. Z drugiej strony pomysł udziału architektów w rządzeniu nie jest zły. Dobrze, że Lewicki ma takie plany - mówi Studniarek.
Pomysł namawiania do startu w wyborach osób, które do tej pory nie zajmowały się polityką, nie jest nowy. Niedawno okazało się, że o mandaty radnych zamierza walczyć dziewięciu działaczy GKS-u. Ich nazwiska mają się jednak pojawić na listach ugrupowania Forum Samorządowe i Piotr Uszok, które obecnie rządzi Katowicami. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 08.08.2006
Do góry
Dziki przyszły nocą
Locha, odyniec i dziesięć małych warchlaczków, czyli cała rodzina dzików - taki niecodzienny widok zaskoczył ubiegłej nocy pracowników ochraniających budynek jednej z firm przy ulicy Zbożowej w Katowicach.
Rodzina około czwartej nad ranem przypuściła atak na siedzibę firmy ochroniarskiej oraz pobliski hotel.
- Próbowaliśmy odgonić stado - mówi Krzysztof Czernik, pracownik ochrony. - Nie pomagały ani krzyki, ani walenie w ogrodzenie.
Razem z kolegą przez kilkadziesiąt minut bezskutecznie próbowali wystraszyć watahę.
W poszukiwaniu pożywienia dziki zryły centymetr po centymetrze cały trawnik przed siedzibą firmy.
Nikt nie potrafi dociec skąd w samym sercu osiedla mieszkaniowego wzięły się dziki.
- Mogły przyjść z Zadola albo z lasów za szpitalem w Ochoju - podejrzewa Celina Toman, właścicielka firmy, którą nawiedziła wataha. - To i tak niedorzeczne, bo przecież musiałyby przejść z jednej strony ulicę Kościuszki, a z drugiej Jankego. Dziennik Zachodni, (mawa) 09.08.2006
Do góry
Minister Transportu, skreśla Dworzec?
Kolej zapowiada, że wyburzy katowicki dworzec i postawi w jego miejscu nowy obiekt. O jego kształcie zdecyduje nowy inwestor, który powinien być wybrany w przyszłym roku. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planami, to za cztery lata stanie tu nowy gmach. Starego, ponadtrzydziestoletniego dworca bronią jednak śląscy architekci i mieszkańcy. Twierdzą, że nie można niszczyć czegoś, co świadczy o historii miasta, a sam budynek, choć zaniedbany, to dobra architektura.
Przemysław Jedlecki: Jaka przyszłość czeka katowicki dworzec kolejowy?
Jerzy Polaczek, minister transportu: W tej sprawie należy dzwonić do PKP. Tam podejmuje się decyzje, ale nie mam wątpliwości, że ten dworzec musi się zmienić. To kluczowe dla rozwoju Katowic i całej aglomeracji. Trzeba z dworca zrobić nową wizytówkę regionu.
Panu podoba się obecny gmach?
- Teraz jest to wizytówka ponadtrzydziestoletnia i każdy widzi, jak wygląda.
Co Pan sądzi o opiniach architektów, którzy chcą ocalić budynek?
- To dość oryginalne opinie. Przyjmuję do wiadomości, że budowla zawsze jest pewną wartością, ale gdyby zapytać o zdanie mieszkańców Śląska, czy na tym dworcu ma być zachowany obecny stan przez najbliższych 50 lat, to na pewno opinie byłyby inne.
Niektórzy twierdzą jednak, że wystarczą szczotka, mydło oraz remont, by gmach wyglądał porządnie.
- Szczotka i mydło to zadanie oddziału PKP SA Dworce Kolejowe. Moim zdaniem z tego obiektu nie da się jednak już wykrzesać nic, co spowoduje, że będzie oceniany genialnie. Odrestaurowanie dworca nie przywróci mu blasku. Gazeta Wyborcza, Rozmawiał Przemysław Jedlecki 07.08.2006
Do góry
Dla terenów wzdłuż torów w Katowicach
Miasta to nie tylko domy i ulic, ale ludzie i ich nadzieje - tę myślą św. Augustyna kierowała się dwójka młodych architektów. Wpadli na pomysł, co zrobić ze zdegradowanymi terenami wzdłuż torów.
Gdyby nie kolej, Katowice nie osiągnęłyby swojej centralnej pozycji w regionie. Jednak dziś wydaje się, że raczej szkodzi ona wizerunku miastu - przykładem jest odrapany dworzec PKP. - Jednak my wierzymy, że może być inaczej. Katowice to miasto, które potrzebuje dynamiki, by się rozwijać - mówią Liliana Krzycka i Rafał Pieszko. W swojej pracy dyplomowej, którą obronili w zeszłym roku na Wydziale Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach, zwracają uwagę na potrzeby mieszkańców. Korzystali z ankiet i badań opinii społecznej. Wybrali dwa szczególne miejsca przy torach kolejowych: zaniedbane targowisko miejskie i mało reprezentacyjny Międzynarodowy Dworzec Autobusowy przy ul. Sądowej oraz teren po byłych zakładach mięsnych przy ul. Kozielskiej.
Ich projekt porządkuje istniejącą w przyzwyczajeniach mieszkańców funkcję dworca autobusowego. Proponują jednak nowe parkingi, których brak jest dziś mocno odczuwalny. Aby zlikwidować barierę pomiędzy rozdzielonymi torami terenami, zakładają utworzenie przejść podziemnych.
Teren przy ul. Kozielskiej ma duży potencjał. Tutaj mogłaby powstać cała dzielnica mieszkaniowa wraz z usługami. Od strony torów powstałby ogromny budynek, z jednej strony chroniłby przed hałasem mieszkańców, z drugiej byłby nową wizytówką miasta. - Podróżując pociągiem, widzielibyśmy długą, świetlistą elewację, którą niczym ekran rozświetlałyby piksele. Medialna ściana pełniłaby rolę przekaźnika informacji, pojawiałyby się na niej sekwencje obrazów, reklam, informacji i strumieni tekstów. W nocy byłaby to świetlista brama do miasta - mówi Pieszko. Od strony kwartału falista struktura mieściłaby centrum sportu, informacji o regionie oraz biura. - Liczymy, że taki zespół byłby atrakcyjny dla użytkowników w różnych przedziałach wiekowych, mógłby przyciągnąć ludzi z miasta, jak i spoza niego. Być może dzięki niemu sąsiadka zamiast oglądać brazylijską telenowelę, postanowi obejrzeć wystawę grafik swojego wnuka. Może starszy, samotny pan, który codziennie zasiada na ławeczce przed obdrapanym blokiem, przyjdzie tutaj i pozna ludzi w swoim wieku, z którymi będzie mógł spędzać czas. A wokół niego zasiądzie gromadka dzieci, które dzisiaj bawią się na brudnej ulicy - opowiadają Krzycka i Pieszko.
Obecnie przebywają w Irlandii, gdzie mają praktyki architektoniczne. - Tutaj nawet niewielkie miasto potrafi, wykorzystując fundusze unijne, zrewitalizować problemowe dzielnice. Wiadomo, że tego typu działania przebiegają długoterminowo. Wierzymy jednak, że wkrótce również Katowice przejdą do konkretnych działań - mówi Krzycka.
Ich projekt docenili niedawno profesjonaliści, otrzymali wyróżnienie w Konkursie im. Małgorzaty Baczko i Piotra Zakrzewskiego, który nagradza koncepcje architektoniczne zharmonizowane z potrzebami człowieka i poszanowaniem środowiska naturalnego. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 06.08.2006
Do góry
Maszyny to też cenne zabytki!
Niemiecki inwestor zapowiadał, że zadba o zabytkową maszynę. Ciągle podtrzymuje, że stworzy coś na kształt skansenu. Jednak już teraz wiemy, że główny jego eksponat został mocno zubożony. Na Śląsku nie chroni się należycie dziedzictwa upadających zakładów przemysłowych. Znikają unikatowe na skalę europejską maszyny i budynki. Podobna sytuacja była z salą sportową Huty Baildon. Została wyburzona w ciągu trzech dni. Wprawdzie nie miała wartości historycznej, jednak Katowice straciły wtedy przyzwoity obiekt w centrum miasta, który dodatkowo miał unikatową konstrukcję dachu podwieszonego na cięgnach. Raz po raz pojawiają się głośne przykłady dewastacji zabytków. Plagą są złomiarze. Kradną dla chleba. Jednak przeraża niski brak świadomości mieszkańców o wartości kulturowej zabytków techniki. Obrazy, starodruki, antyczne meble bez trudu traktujemy jako cenne zabytki, z urządzeniami technicznymi mamy już problem. Gazeta Wyborcza, Dorota Brauntsch 04.08.2006
Do góry
W Katowicach obcokrajowiec nie zginie
Na kilka godzin zamieniam się w turystkę z Wielkiej Brytanii. Nie mówię ani słowa po polsku. Chcę zwiedzić Katowice, znaleźć tani nocleg, a potem dojechać do Krakowa.
Godzina 8. Właśnie wylądował samolot z Londynu. Wtapiam się w grupę Anglików, którzy przylecieli do Katowic. Próbuję poczuć się jak jedna z nich: w obcym kraju, pierwszy raz w Polsce, mówię tylko po angielsku. Rozglądam się dokoła. Najpierw muszę się dostać co centrum Katowic.
- Czy mówi pani po angielsku? - pytam w informacji. - Oczywiście - odpowiada dziewczyna z uśmiechem i informuje o godzinach odjazdu autobusów i cenach biletów. Poleca mi również kilka hoteli w mieście. Nie stać mnie na Qubus, ale informację o tanich pokojach łatwo znaleźć na banerze przy wyjściu z lotniska.
A gdyby rozbolał mnie brzuch? - pomyślałam, przechodząc obok lotniskowej apteki. Farmaceutce angielski jest zupełnie obcy. Porozumiewamy się na migi. Wprawdzie chciałam coś na niestrawność, ale pani magister przekonała mnie, że mam bóle menstruacyjne. Odchodzę z paracetamolem.
Zgłodniałam. W lotniskowym barze kanapek bez liku, a każda opisana po angielsku. Nie mam więc problemów z wyborem, gorzej z zapłatą. Nie zdążyłam jeszcze wymienić pieniędzy, a tu ceny tylko w złotówkach. W euro płacić nie ma szans. Ekspedientka grzecznie, i po angielsku, odsyła mnie do kantoru lub bankomatu.
Na stoisku z pamiątkami też bez problemu. Dowiedziałam się co nieco o bursztynach, kryształach i Papieżu. - A żubrówka to najlepsza z sokiem jabłkowym - informuje sprzedawczyni. - I ma w środku kwiatek! - zachwala. Zachęcona i już bez obaw, że zginę w obcym mieście, ruszam do Katowic.
Na Stawowej pytam przechodniów o Centrum Informacji Turystycznej. Po kilkunastu próbach dowiaduję się od młodych chłopaków, że informację znajdę na PKP stejszyn. Udaję, że nie wiem co to PKP, ale chłopcy cierpliwie tłumaczą, że to stejszyn łit trejns (stacja z pociągami).
Katowicki dworzec kolejowy to językowa biała plama. Nikt tu nie mówi po angielsku! Pani z informacji pokazuje palcem kasy. Każe mi się odwrócić, demonstrując tę czynność na obrotowym krześle. Na szczęście przy kasie w tłumaczeniu pomaga mi młoda kobieta z kolejki. Dzięki niej dowiaduję się o godzinach odjazdów pociągów do Krakowa i przysługującej mi zniżce studenckiej na bilet.
Informacji Turystycznej nie znalazłam na dworcu. Nikt nie wiedział, gdzie taka jest. Wcześniej sprawdziłam w internecie, że powinna być na ul. 3 Maja. Pytam o drogę młodą dziewczynę, która prowadzi mnie na... ul. Młyńską. Nieufnie podążam w wyznaczonym przez nią kierunku. Jest!!! Zaskoczona wchodzę do środka.
W Centrum Informacji Turystycznej - pełen profesjonalizm. Dostaję listę hoteli i tańszych pokoi gościnnych, wykaz cen, telefony, przewodniki i foldery po angielsku. Pytam o dojazd do Krakowa i Warszawy. - No tak, na dworcu PKP nikt się z panią nie dogada - wzdycha obsługująca mnie dziewczyna. Dzwoni więc na PKP i informację turystyczną Orbisu, by popytać o ceny. Proponuje tańszy dojazd do Krakowa prywatnym busem, tylko za 12 złotych. Pokazuje na mapie hotele, restauracje, kluby i park w Giszowcu. - Tylko niech tam pani nie chodzi nocą! - doradza.
Na Stawowej spotykam kilku studentów z Dortmundu. W Katowicach są już drugi raz. - Lubimy Polskę. Wprawdzie często trzeba używać języka rąk, ale ludzie są zawsze mili i służą pomocą - mówi Michael Kloskowski.
To prawda. Mnie też nie dali zginąć. Gazeta Wyborcza, Dorota Brauntsch 04.08.2006
Do góry
Rośnie kładka nad Roździeńskiego
Łuk kładki dla pieszych montowali w czwartek robotnicy, pracujący na budowie Drogowej Trasy Średnicowej w Katowicach. Przerzucona nad aleją Roździeńskiego kładka połączy teren Uniwersytetu Śląskiego z miejscem, gdzie staną nowy gmach Muzeum Śląskiego oraz Międzynarodowe Centrum Kongresowe. Kładka będzie pomalowana na kolory żółty i niebieski. To barwy Katowic. Gazeta Wyborcza, pj 03.08.2006
Do góry
Mistrzostw Europy siatkarek w Katowicach?
W Spodku podczas meczów z Amerykanami wszystko ma być zapięte na ostatni guzik. Katowicka impreza ma przekonać kierownictwo Europejskiej Federacji Siatkówki do przyznania Polsce organizacji mistrzostw kontynentu za trzy lata! Podczas meczów Ligi Światowej w Katowicach pojawić się ma wiceprezydent Europejskiej Federacji Siatkówki Jan Hronek. Czech ma wizytować obiekty, które zostały zgłoszone przy polskiej kandydaturze organizacji mistrzostw Europy kobiet w 2009 roku. Polska zadeklarowała, że jest bardzo zainteresowana organizacją tej prestiżowej imprezy, a reprezentować nasz kraj mają dwa miasta - Katowice i Łódź. Rywalizujemy z Włochami, które też starają się o te zawody. W tej sytuacji wizyta wiceprezydenta CEV ma one znaczenie.
- Wiceprezydent Hronek będzie wizytował obiekty, zapozna się z miastem i bazą hotelową Katowic - mówi Waldemar Wspaniały, wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej.
Pomoc zadeklarowało miasto. - Chcemy być gospodarzem tej bardzo ważnej imprezy. Jesteśmy przygotowani na to wyzwanie. Panu prezydentowi przedstawimy miasto, region, możliwości Katowic - deklaruje Grażyna Szołtysik, wiceprezydent Katowic. Gazeta Wyborcza, pp 02.08.2006
Do góry
Odrestaurowana kamienica już do remontu
Budynek przy ul. Warszawskiej 25 jeszcze kilka lat temu zachwycał przechodniów pięknie odrestaurowaną elewacją. Jednak szybko zaczął się starzeć. Pojawiły się zacieki, odpadały elementy ozdobne. Mieszkańcy się skarżyli: to prawdziwy bubel.
Bogata neorenesansowa kamienica poddana została gruntownemu remontowi w latach 2001-2003. Na prawie dwa lata wykwaterowano wszystkich mieszkańców, gdyż zakres prac dotyczył m.in. wymiany stropów. Odnowiono z dużym pietyzmem elewację frontową, tylną docieplono. Największe wrażenie na odwiedzających ul. Warszawską 25 robi hol wejściowy, pojawiły się tu nawet złote sztukaterie wykonane przez plastyków. Budynek został doceniony przez fachowców, otrzymał nagrodę w ogólnopolskim konkursie Modernizacja roku 2003 w kategorii obiekty mieszkalne, a także nagrodę Polskiej Izby Przemysłowo-Handlowej Budownictwa.
Jednak zaraz po zasiedleniu budynku mieszkańcy odkrywali coraz to nowe niedoróbki. - Miałam drewniane podłogi, zerwali mi, a teraz mam linoleum na gołym betonie. To strop nad nieogrzewaną piwnicą, więc jest strasznie zimno. Jeszcze do tego popękane drzwi. Przed remontem były w dobrym stanie - mówi Anna Siwczyńska. Istotnie, w całym mieszkaniu wysokie, dwuskrzydłowe drzwi są popękane. W czasie wędrówki po mieszkaniach przy ul. Warszawskiej 25 odkrywam, że wszędzie jest podobnie. Przed remontem nie było pęknięć. Problemu nie widzi zarządzający budynkiem Komunalny Zakład Gospodarki Mieszkaniowej w Katowicach.
- To normalne, że stuletnie drzwi pękają. Chcieliśmy nawet je wymienić, ale nie pozwoliła nam na to pani konserwator - mówi Józef Biskup, inspektor techniczny z KZGM-u. Jednak częściowo zmodernizowano drzwi, w drewnianych skrzydłach pojawiły się... plastikowe klamki.
Jednak drzwi to nie najpoważniejsze usterki. Mieszkańcy skarżą się na pleśń. Pojawiła się w mieszkaniach na parterze, tych, które są najzimniejsze. - Już pół roku po oddaniu miałam pleśń. Mała plama rozrosła się do połowy ściany. Administracja mówi, że to wina nieprzewietrzania albo niedogrzania. Ale ja nie oszczędzam na ogrzewaniu i wietrzę, no chyba że jest mróz - mówi zdenerwowana Siwczyńska. Swoją teorię ma na to Biskup. - W tym budynku jest indywidualne ogrzewanie gazowe. Zawsze staramy się robić inaczej, żeby cały budynek miał wspólne ogrzewanie. Jednak mieszkańcy się uparli. Stąd brak ogrzewania na klatce. Efektem może być pleśń - ucina Biskup.
W budynku pojawiają się też zacieki. - Miało być pięknie, a nie mogę spać w sypialni, bo cała ściana jest mokra i zagrzybiona. Mieszkam tu od wojny i nie pamiętam takich sytuacji - skarży się Paulina Garyga.
KZGM postara się usunąć zaciek. - Odkryliśmy nawet jego przyczynę. To pęknięta zaczopowana rynna sąsiedniej kamienicy powoduje, że woda leje się między budynki, zalewając ściany - mówi Biskup.
Zacieki są też w innych mieszkaniach. - U mnie nad oknami balkonowymi pojawiły się plamy, odchodzi tynk. Myślę, że to od balkonu powyżej, pewnie źle zaizolowali. Najgorsze, że ozdobne elementy odpadają, ostatnio na balkon spadła duża gipsowa bryła, aż strach wyjść - skarży się Róża Pietrzyk, mieszkająca tutaj od 40 lat. Rzeczywiście, balkon wygląda, jakby nie widział remontu od kilkunastu lat, a przecież jeszcze trzy lata temu był jak nowy. Konsolety, ozdobne podpory podtrzymujące balkon wyglądają, jakby miały zaraz spaść. - W trakcie remontu skuli stare elementy i zrobili nowe. Jednak coś spartaczyli, bo się kruszą. Nie wiem, na co poszły te 2 mln zł wydane na remont i za co ten budynek dostał te wszystkie nagrody - skarży się Pietrzyk.
Przy balkonach pojawiły się ostatnio rusztowania. Robotnicy odnawiają je na nowo. - Odnawiamy balkony, znaleźliśmy już przyczynę zacieków. Firma wykonująca remont źle wykonała obróbki blacharskie, stąd woda lejąca się do mieszkań i stąd naruszenie ozdobnych elementów gipsowych. W ciągu kilku następnych dni wszystkie balkony będą odnowione. KZGM nie wyda na to ani złotówki. Wykonawca musi wszystko naprawić w ramach gwarancji - dodaje Biskup. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 02.08.2006
Do góry
Katowice nie chcą zapłacić poecie
Michał Zabłocki, krakowski poeta, nie dostanie od katowickiego magistratu pieniędzy za namalowanie na chodnikach wierszy. Urzędnicy twierdzą, że było ich za mało i w dodatku były nieczytelne.
Zabłocki od kilku lat stara się popularyzować poezję. Pisał wiersze razem z internautami jednego z portali, innym znanym jego projektem jest akcja Wiersze chodnikowe, która polega na umieszczaniu fragmentów poezji na miejskich chodnikach.
Wiersze są krótkie i proste. Chodzi o to, by łatwiej dotrzeć do ludzi. W tym roku na chodnikach pojawił się więc napis Powiedział kiedyś Ojciec Święty/Że tutaj rodzą się diamenty.
Do akcji włączyło się kilka śląskich miast. W czerwcu wiersze pojawiły się na ulicach Zabrza, Bytomia, Jastrzębia Zdroju oraz Katowic. Urzędnicy katowickiego magistratu zażyczyli sobie, by wiersz pojawił się na alejce w Dolinie Trzech Stawów. Potem zgodnie z umową Zabłocki poprosił miasto o wypłacenie obiecanej mu dotacji w wysokości 500 zł.
- Wysłałem im fakturę za farby i szablony. Odesłano mi ją z powrotem. Urzędnicy zarzucili mi, że wiersze są nieczytelne i że jest ich tylko dziesięć, więc trudno mówić o popularyzacji poezji - mówi zaskoczony Zabłocki. Zapewnia, że nikt wcześniej nie żądał od niego deklaracji, ile będzie napisów. Dodaje, że jeśli nie dostanie pieniędzy, to w Katowicach akcji już nie powtórzy.
Waldemar Bojarun, rzecznik magistratu, broni decyzji Urzędu Miasta. - Pojawiło się dosłownie kilka wierszy i część ich fragmentów jest nieczytelna. Poeta nie wywiązał się dobrze ze swojej części umowy. Nie dostanie pieniędzy, chyba że poprawi napisy. Na razie efekt akcji jest po prostu mizerny - mówi rzecznik.
Innego zdania są jednak mieszkańcy. Halina Matysek, która często spaceruje po Dolinie Trzech Stawów, zna już krótki wiersz Zabłockiego. - Bez problemu można go odczytać - mówi. Gazeta Wyborcza, A. Jarosz, P. Jedlecki 01.08.2006
Do góry
Społecznictwo a chuligaństwo
Mieszkańcy katowickiego osiedla Tysiąclecia niedługo cieszyli się nowymi ławkami postawionymi w alei Krzywoustego. W ciągu tygodnia spośród dwudziestu pięciu sztuk zdewastowano osiem. Mówią z oburzeniem: - To złodziejstwo! Ktoś pod osłoną nocy systematycznie wykręcał śruby i kradł elementy. To ławki postawione z inicjatywy ludzi. Sprawę zgłosili policji i straży miejskiej, a lokatorzy z pobliskich bloków zamierzają pilnować okolicy.
Pomysł pana Tomka
Pomysł postawienia bardzo potrzebnych ławek na Dolnym Tysiącleciu poddał Tomasz Bobiński, jeden z mieszkańców. - Aleja Krzywoustego to najdłuższy deptak w tym rejonie. Ludzie chętnie tu spacerują, bo jest zacieniona pięknymi, wysokimi drzewami. Lecz nie było tu w ogóle miejsca, by choć chwilę odpocząć. Postanowiłem to zmienić - tłumaczy pan Tomek.
Zachęcił innych mieszkańców osiedla do realizacji tego pomysłu. W 2005 roku zwrócili się do Urzędu Miasta o przekazanie funduszy na kupno ławek. - Chcieliśmy, żeby były solidne, z oparciem, aby osoby starsze, których tu mieszka dużo, matki z małymi dziećmi i niepełnosprawni mogli wygodnie posiedzieć - dodaje pomysłodawca. Społeczna akcja zakończyła się sukcesem. W czerwcu 2006 r. Zakład Zieleni Miejskiej w Katowicach postawił wzdłuż alei Krzywoustego 25 ławek. Mieszkańcy bardzo się ucieszyli.
Ładna alejka stała się miejscem letniego odpoczynku, lecz radość mieszkańców była krótka. W ciągu kilku nocy złodzieje ukradli elementy ławek. - Nie wiem, komu one przeszkadzały - mówi Mieczysław Poniewski. - Może ktoś potrzebował desek, albo irytowało go to, że ludzie mogli tu posiedzieć. Wygląda to na celowe działanie. Na ośmiu ławkach zniknęły miejsca do siedzenia. Oparcia zostały.
Deski na wynos?
O kradzieży katowiczanie poinformowali m.in. policję i straż miejską. - Nie puścimy tego płazem - zapowiadają. - Będziemy teraz baczniej przyglądać się okolicy i w razie jakiegokolwiek podejrzenia powiadomimy policję. - Chciałbym też zwrócić się do innych mieszkańców o pomoc. Wielu wyprowadza psy, inni wyglądają przez okna. Jeśli ktoś zauważy kradzież lub dewastację, niech zadzwoni na policję - apeluje Tomasz Bobiński. Dziennik Zachodni, Agnieszka Nowak, ziela 01.08.2006
Do góry
Wybór cytatów © Portal.Katowice.pl

Wstecz - Start - Do góry

Redakcja - Regulamin - Współpraca - Reklama - Strony WWW              © Copyright by GST 05-12