ďťż
,
 PORTAL  >  PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH AKTUALNOŚCI  >  CZERWIEC 2006
Projektanci kamienicy oskarżeni
Już podczas rozbiórki kamienicy, w miejscu której miała powstać nowa, pękały ściany w sąsiednich budynkach.
W środę krakowska prokuratura, do śledztwa prowadzonego w sprawie nadbudowy kamienicy przy ul. Szerokiej w Krakowie, dołączyła także materiały dotyczące budowy kamienicy przy ul. Stawowej w Katowicach. W obu sprawach podejrzanymi są m.in. trzej projektanci.
Krakowskie śledztwo dotyczy nielegalnej nadbudowy trzech nowych pięter na dwupiętrowej XV-wiecznej kamienicy. Doprowadziło to do zniszczenia zabytku. W sprawie podejrzany jest również wojewódzki konserwator zabytków, któremu zarzuca się niedopełnienie obowiązków i przekroczenie kompetencji.
Spowodowanie katastrofy budowlanej prokuratura zarzuca także projektantom nadbudowy kamienicy przy ul. Stawowej 9 w Katowicach. Dwie dolne kondygnacje mieszczą duży sklep odzieżowy, górne przeznaczono na pomieszczenia biurowe. Już w trakcie rozbiórki starego budynku wykryto uszkodzenia w sąsiadującej kamienicy przy 3 Maja 17. Popękały w niej ściany nośne, zawalił się strop, pokrzywiły sufity. Jednak budowę nowego obiektu kontynuowano. Budynek przy Stawowej nie był zabytkiem, dlatego mógł być rozebrany. Gazeta Wyborcza, tm, pap 28.06.2006
Do góry
Koniec targowiska na Stawowej
Strażnicy miejscy i policja nareszcie przegonili nielegalnych handlarzy z centrum Katowic. Mandaty były nieskuteczne, ale wszystko się zmieniło, gdy kupcom zaczęto rekwirować towar.
Najwięcej handlarzy stało ze swoimi kramikami na ul. Stawowej. Pasaż łączy dworzec PKP z ul. Mickiewicza i pobliskimi przystankami autobusowymi, więc każdego dnia przechodzi tędy tysiące osób. Trudno wymarzyć sobie lepsze miejsce na handel. Na ulicy można więc było kupić warzywa, bieliznę, biżuterię, kwiaty i drobny sprzęt agd z pilotami do telewizorów włącznie.
Przechodnie i klienci restauracji narzekali, że jest za głośno i nie można spokojnie przejść ulicą. Strażnicy co prawda wystawiali osobom, które nie miały pozwoleń na handel, mandaty, ale niewiele to dawało. Ukarani często ich nie płacili, a zaraz po wizycie strażników wracali na miejsce.
Dlatego pod koniec maja straż miejska razem z policją postanowiły zastosować nową taktykę - zaczęto rekwirować towar handlarzom. - To nie jest jednorazowa akcja. Będziemy tak robić zawsze. Mamy sporo miejsca w magazynie - mówi Piotr Piętak, zastępca komendanta straży. Dodaje, że handlarze utrudniali też pracę firmowych sklepów w Katowicach, bo sprzedawali podróbki.
Do depozytu trafił już towar od kilkunastu osób. - Od rekordzisty, który wynajmuje ludzi do handlu, w ciągu tygodnia przejęliśmy tonę towaru - mówi Piętak. W magazynach leżą m.in.: latarki, lampki choinkowe, znicze, termosy i zapalniczki. Warzywa, które nie nadają się już do jedzenia, są niszczone, a pozostałe są sprzedawane, ale pieniądze nie trafiają do właścicieli towaru. - Są zabezpieczane na poczet przyszłych grzywien. Sięgają one nawet 4 tys. zł - twierdzi Piętak.
Handlarze mają szansę na odzyskanie swoich rzeczy dopiero, gdy sąd rozpatrzy wnioski o ich ukaranie. Trwa to jednak nawet pół roku. Akcja okazała się skuteczna - wczoraj w południe na Stawowej nie było ani jednego handlarza. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 29.06.2006
Do góry
Mieszkańcy boją się zalewu samochodów
Przy nowych budynkach Akademii Ekonomicznej w Katowicach przewidziano tylko kilkanaście miejsc parkingowych. Mieszkańcy okolicznych domów protestują. Grozi im inwazja samochodów.
Przy ul. Adamskiego i Koszarowej w Katowicach trwa remont budynków, które kiedyś należały do NBP, a zostały przekazane Akademii Ekonomicznej. Jeszcze nie wiadomo, które wydziały zostaną tu przeniesione. Mieszkańcy okolicznych domów powinni się cieszyć, że będą sąsiadować z renomowaną uczelnią. Nie cieszą się. Remont wywołał protest.
W planach przebudowy przewidziano tylko kilkanaście miejsc parkingowych. Mają się nimi podzielić wykładowcy i studenci. Ludzie obawiają się, że w czasie zajęć na uczelni samochody zakorkują okolicę. - Nie po to płacimy czynsz, żeby mieć jeszcze problem z inwazją samochodów. Jeśli Akademię stać na rozbudowę, powinna też pomyśleć o parkingu, który zaspokoi ich potrzeby - mówią.
Lokatorzy okolicznych kamienic nie chcą powtórki horroru z os. Gwiazdy. W każdą sobotę i niedzielę, kiedy zajęcia mieli studenci zaoczni, osiedle zmieniało się w potężny parking. Studenci parkowali wszędzie: na zieleńcach, chodnikach, ścieżkach. - Dla mieszkańców osiedla była to prawdziwa udręka. Skarżyli się przez kilka lat - mówi Witold Braun, kierownik administracji Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej, do której należy część osiedla.
W rozwiązaniu problemu pomogło miasto. Nowe miejsca parkingowe powstały przy okazji budowy Drogowej Trasy Średnicowej. Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego magistratu, przypomina, że nikt nie może jednak zmusić uczelni do takiej inwestycji. Wszystko zależy od jej dobrej woli.
Prof. Jerzy Gołuchowski, prorektor AE do spraw organizacyjnych, o problemie z parkowaniem mówi niechętnie. - W sprawie przyszłych miejsc do parkowania w okolicach naszych nowych budynków prowadzone są rozmowy - ucina. Nie chciał powiedzieć, gdzie miałyby powstać nowe miejsca postojowe i ile zmieści się na nich samochodów.
Mieszkańcy ul. Adamskiego i Koszarowej nie mogą liczyć na pomoc Komunalnego Zakładu Gospodarki Mieszkaniowej. - Nie wiem też, gdzie studenci mieliby parkować. To ścisła zabudowa, nie ma miejsca. Nie możemy być stroną w tej sprawie. Jesteśmy tylko administratorem - mówi Stanisław Borówka, prezes KZGM-u.
Dlatego lokatorzy kamienic ostrzegają: - Jeśli ktoś zajmie nasze miejsca albo utrudni nam poruszanie się, będziemy wzywać policję i straż miejską.
Michał Gałęziowski, komendant katowickiej straży miejskiej, podkreśla, że problem z parkowaniem dotyczy nie tylko Akademii Ekonomicznej. - Strażnicy regularnie interweniują przy uczelniach prywatnych, np. na ul. Poznańskiej i Gallusa. Nie lepiej jest także w okolicy Uniwersytetu Śląskiego. W tym roku odholowaliśmy stamtąd około 200 wozów - mówi. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 27.06.2006
Do góry
Projektanci hali nie przyznają się
Katowicka prokuratura złożyła wniosek o aresztowanie Jacka J. i Szczepana K., projektantów zawalonej hali MTK, pod gruzami której zginęło 65 osób. Trzeci z zatrzymanych projektantów ma problemy z sercem i nie może trafić do aresztu.
Prokuratorzy przesłuchiwali wczoraj Jacka J. i Szczepana K., głównych projektantów hali, pod gruzami której w styczniu zginęło 65 osób. Obaj nie przyznali się do popełnienia zaniedbań, które, zdaniem śledczych, miały doprowadzić do katastrofy. Zapewniali, że konstrukcja budynku została zaprojektowana zgodnie z wszelkimi normami. Nie potrafili wyjaśnić, dlaczego zubożyli projekt wykonawczy, który w porównaniu z projektem budowlanym zawierał mniej elementów wzmacniających wytrzymałość dachu.
Prokuratura złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie architektów. - Został on poprzedzony konsultacją lekarską, bowiem Szczepan K. skarżył się na problemy neurologiczne - powiedział nam prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Śledczy zrezygnowali na razie z aresztowania Andrzeja W. z Piekar Śląskich, trzeciego z zatrzymanych przez policję projektantów. Ma on poważne problemy kardiologiczne, w najbliższych dniach zostanie poddany zabiegowi koronarografii.
Za sprowadzenie świadomego zagrożenia katastrofą budowlaną projektantom grozi 12 lat więzienia. Gazeta Wyborcza, piet 27.06.2006
Do góry
Projektanci hali MTK zatrzymani
Śląska policja zatrzymała w poniedziałek trzech projektantów hali Międzynarodowych Targów Katowickich, pod gruzami której w styczniu zginęło 65 osób. Zdaniem prokuratury świadomie zubożyli oni projekt, co doprowadziło do katastrofy.
Zawalenie się hali MTK było największą katastrofą budowlaną w historii Polski. 28 stycznia pod jej gruzami zginęło 65 uczestników wystawy gołębi. Do szpitali trafiło 144 rannych. Wielu z nich będzie inwalidami do końca życia. Wczoraj nad ranem śląska policja zatrzymała trzech mężczyzn, którzy zajmowali się projektowaniem budynku. Dwóch z nich znaleziono w mieszkaniach w Katowicach, trzeciego na ulicy w Gliwicach.
- Nie mamy wątpliwości, że dopuścili się szeregu zaniedbań, które doprowadziły do katastrofy - ujawnił prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Jackowi J. i Szczepanowi K. z firmy Eko Tech, głównym projektantom hali, przedstawiono zarzuty umyślnego spowodowania katastrofy budowlanej i spowodowania śmierci 65 osób. Powołani przez prokuraturę biegli ustalili bowiem, że źle wyliczyli oni dopuszczalne obciążenia dachu. Wykryli też duże rozbieżności pomiędzy projektem budowlanym hali (zawiera planowane rozwiązania architektoniczne, konstrukcyjne i instalacyjne, na podstawie których otrzymuje się pozwolenie na budowę hali) a projektem wykonawczym (to uszczegółowienie rozwiązań zawartych w projekcie budowlanym, nie może jednak naruszać istoty zatwierdzonego projektu i musi być zgodny z warunkami pozwolenia na budowę). Projekt wykonawczy w porównaniu z budowlanym był uboższy. Zawierał mniej wsporników, dźwigarów i elementów wzmacniających, przez co zmniejszyło się dopuszczalne obciążanie dachu.
- Nawet laik, obserwując oba projekty, gołym okiem widział mniej kresek i wsporników - przyznał Tadla. Dlaczego je zmieniono? Na razie nie wiadomo. Śledczy podejrzewają jednak, że mógł na to nalegać inwestor ze względów oszczędnościowych. - Będziemy to wyjaśniali - zapewnił wczoraj Tadla.
Zdaniem prokuratury Jacek J. i Szczepan K. wiedzieli też, że w styczniu 2000 r. dach hali po raz pierwszy wygiął się od zalegającego na nim śniegu. Nie podjęli jednak żadnych działań, które być może zapobiegłyby późniejszej tragedii. - Zlecili tylko jego odśnieżenie, twierdząc, że jest elastyczny i sam się wyprostuje - mówi nasz informator z prokuratury.
Ustalono, że Jacek J., który tuż po katastrofie hali próbował popełnić samobójstwo (podciął sobie żyły w hotelu w Opolu), nie miał uprawnień projektanta. Mimo to oprócz hali MTK zaprojektował jeszcze trzy inne budynki, które oficjalnie swoimi nazwiskami firmowali inni architekci. - Zleciliśmy już kontrolę tych obiektów. Nie chcemy, żeby zawaliły się np. od silnych podmuchów wiatru - mówi nasz informator z prokuratury.
Zarzuty nieumyślnego spowodowania katastrofy budowlanej przedstawiono wczoraj także Andrzejowi W., niezależnemu architektowi, który zgodnie z przepisami nadzorował i zaakceptował projekt kolegów z Eko Tech. Według prokuratury taki nadzór jest wymagany przepisami prawa budowlanego.
Dzisiaj prokuratura złoży w sądzie wnioski o aresztowanie zatrzymanych mężczyzn.
Według informacji Gazety śledczy sprawdzają teraz pracowników nadzoru budowlanego, którzy nadzorowali projektowanie i budowę hali. - Podejrzewamy, że ta inwestycja mogła być nadzorowana wyłącznie na papierze - mówi nasz informator. Badana jest także odpowiedzialność kolejnego projektanta, który halą zajmował się w styczniu 2002 r., kiedy jej dach ponownie wygiął się od śniegu. - Mężczyzna musiał widzieć wadliwe projekty. Trzeba wyjaśnić, dlaczego wtedy nie interweniował - dodaje nasz informator.
Do tej pory zarzuty w sprawie katastrofy przedstawiono wyłącznie szefom MTK (zostali aresztowani). Są podejrzani o świadome spowodowanie zagrożenia katastrofą budowlaną i nieświadome doprowadzenie do śmierci 65 osób. Prokuratura znalazła bowiem w ich komputerach mail od rzeczoznawcy budowlanego, który kilkanaście dni przed tragedią stwierdził, że dach hali wygiął się od zalegającego na nim śniegu. Polecił natychmiast go odśnieżyć oraz skonsultować się z projektantem w celu wzmocnienia. Kierownictwo MTK zignorowało jednak te zalecenia. Nie tylko nie odwołano wystawy gołębi, ale nawet nie odśnieżono dachu. Szefowie firmy obawiali się bowiem, że robotnicy mogą zniszczyć pokrywającą go folię uszczelniającą.
Prokuratura umorzyła wczoraj śledztwo w sprawie znieważenia przez pracowników jednej z chorzowskich firm pogrzebowych zwłok ofiar katastrofy MTK. Według relacji świadków z chęci zysku mieli oni masowo zwozić do swojego prosektorium ciała, które następnie rzucali na ziemię. Nie informowali też prokuratury o tym, ile zwłok przewieźli. Z tego powodu przez dwa dni policja nie znała prawdziwej liczby ofiar. Badający sprawę uznali, że pracownicy firmy pogrzebowej nie popełnili jednak przestępstwa. Ich działania określili mianem bałaganu. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 26.06.2006
Do góry
Chcę odwiedzić Katowice!
A gdyby w stolicy Górnego Śląska urodziła się Maria Skłodowska-Curie? W cotygodniowym felietonie Opowieści roztomajte, który ukazał się 5 maja 2006 roku pod tytułem Czas na opamiętanie, Michał Smolorz zwrócił uwagę na upływającą 28 czerwca setną rocznicę urodzin w Katowicach Marii Göppert-Mayer - laureatki Nagrody Nobla z fizyki w 1963 roku - i brak reakcji śląskich środowisk samorządowych, ale również, co z największą przykrością konstatuję naukowych, na ten fakt. Cóż można dodać do użytych przez Michała Smolorza argumentów, przecież oczywistych dla wszystkich, którym na sercu bogata tradycja historyczna naszego regionu, i za jej również pomocą budowanie nowego, nowoczesnego Górnego Śląska w Polsce i w Europie? Również w wymiarze świadomościowym. Nowoczesnego siłą intelektualnego jego mieszkańców, a nie spychanego ciągle przez wielu do narożnika krupnikowego.
Michał Smolorz w swoim tekście nie rozwinął jednego ważnego aspektu, który ma dla tej sprawy wielkie znaczenie - korzeni rodzinnych noblistki. Maria Göppert-Mayer bowiem nie tylko urodziła się w Katowicach i tu mieszkała trzy lata, ale też wywodziła się ze starej śląskiej rodziny i była katowiczanką w drugim pokoleniu. Ciekawe, ilu dzisiejszych mieszkańców Katowic może się pochwalić taką genealogią?
Z dziada wrocławianka, z ojca katowiczanka
Jej ojciec Fryderyk Göppert wywodził się z prawdziwej dynastii śląskich lekarzy, prawników, uczonych i profesorów wyższych uczelni. Jej protoplastą był wywodzący się ze Szprotawy na Dolnym Śląsku pradziad Marii - Henryk Robert G(ppert (1800-1884) - syn aptekarza, który po ukończeniu studiów lekarskich na uniwersytecie wrocławskim zrobił błyskotliwą karierę naukową. Dzięki osiągnięciom z zakresu botaniki, paleobotaniki i paleontologii w wieku 31 lat objął katedrę na macierzystej uczelni. Założył przy niej Muzeum Botaniczne i przez wiele lat kierował ogrodem we Wrocławiu (który nadal stanowi jedną z atrakcji tego przepięknego miasta - stolicy Śląska). Jako jeden z pierwszych uczonych prowadził badania nad roślinami kopalnymi z różnych epok geologicznych (pozyskiwanych m.in. z górnośląskich kopalń węgla), a światową sławę przyniosło mu empiryczne udowodnienie w 1848 roku tezy o organicznym pochodzeniu węgla kamiennego. Był jednym z największych uczonych śląskich w XIX wieku - chlubą Alma Mater Wratislavensis.
Dziadek Marii - Henryk - po studiach prawniczych wybrał karierę urzędniczą, która doprowadziła go do stanowiska radcy w departamencie szkolnictwa wyższego w pruskim Ministerstwie Kultury w Berlinie. Poślubił on Gertrudę z domu Landsberg, pochodzącą ze znakomitej, zasymilowanej wrocławskiej rodziny żydowskiej. Jej ojciec Ludwik był rajcą Wrocławia i zapisał się w dziejach tego miasta jako założyciel pięknego Parku Południowego. Ich syn, a ojciec Marii - Fryderyk - poszedł w ślady wielkiego dziadka i po studiach w Berlinie i Heidelbergu ukończył medycynę. W 1900 roku przybył do Katowic, gdzie znalazł zatrudnienie w inspektoracie sanitarnym na powiat katowicki. Ponadto otworzył prywatną praktykę lekarską w zakresie pediatrii przy ul. Warszawskiej 1 (budynek nieistniejący, zajmowany przez bryłę Zenitu).
W Katowicach poznał matkę Marii, również noszącą imię Maria, z domu Wolff. Wolffowie, pochodzący z Halle, sprowadzili się do młodego miasta Katowice w 1871 roku, kiedy to dziadek noblistki - dr Waldemar Wolff - otrzymał pracę w otwartym właśnie pierwszym gimnazjum w tym mieście. Prowadził w nim zajęcia z przedmiotów humanistycznych oraz z religii dla uczniów wyznania ewangelickiego. Zmarł przedwcześnie w 1893 roku i został pochowany, podobnie jak jego zmarła w 1923 roku żona Katarzyna z domu Flesche na starym, nieistniejącym już cmentarzu ewangelickim. Ich córka Maria urodziła się w 1874 roku i została ochrzczona w kościele ewangelickim przy ul. Warszawskiej. W położonej obok tej świątyni szkole powszechnej ukończyła swoją edukację na poziomie podstawowym.
Z Katowic na Harvard
Ślub Fryderyka Göpperta i Marii Wolff odbył się 19 września 1901 roku w katowickim zborze. Nowożeńcy zamieszkali w dużym mieszkaniu Wolffów przy ul. Młyńskiej nr 5. I tu 28 czerwca 1906 roku przyszła na świat nasza noblistka, która na chrzcie otrzymała imiona Maria Gertruda - w archiwum parafii Zmartwychwstania Pańskiego zachował się stosowny wpis w księdze chrztów, jedna z nielicznych materialnych zachowanych w Katowicach po Niej pamiątek.
Do katowickich miscellanea dodać trzeba, że Fryderyk Göppert położył wielkie zasługi w zwalczaniu epidemii zapalenia opon mózgowych wśród dzieci, która przetoczyła się w zimie 1905 roku przez Katowice i okoliczne miejscowości. Na podstawie przeprowadzonych wówczas studiów opublikował pracę naukową poświęconą nowej, fizjologiczno-chemicznej metodzie leczenia tej choroby. Przyniosła mu ona tzw. habilitację i powołanie na stanowisko profesora katedry pediatrii na jednym z najlepszych ówczesnych uniwersytetów europejskich Georg-August-Universität w Getyndze. Powiatowy lekarz z Katowic obejmuje profesorskie stanowisko na ówczesnym Harvardzie! Stąd Maria Göppert całą edukację szkolną i uniwersytecką odbyła w Getyndze. Tam uzyskała doktorat pod promotorstwem wielkiego Maksa Borna - skądinąd śląskiego noblisty, ale karierę naukową zrobiła w Stanach Zjednoczonych (w tym, niestety, w ramach Manhattan Project), gdzie osiedliła się w 1930 roku, po ślubie z amerykańskim naukowcem Joem Mayerem.
Niepozorna tabliczka na brudnym murze
Czy te genealogiczne wywody mają jakieś znaczenie? Moim zdaniem mają, tak jak mają w przypadku Marii Skłodowskiej, która urodziła się w Warszawie, ale wyedukowała się na paryskiej Sorbonie, wyszła za mąż za francuskiego uczonego Pierrea Curie i całą karierę naukową zrobiła we Francji.
Tak się złożyło, że jednym z honorowych gości, zaproszonych przez polskie władze państwowe na obchody 100. rocznicy urodzin Marii Skłodowskiej-Curie, które z wielką oprawą były obchodzone w 1967 roku w Warszawie, była Maria Göppert-Mayer. Do ówczesnej komunistycznej Polski przyjechała zresztą po pokonaniu sporych formalnych trudności, bowiem jako naukowiec zaangażowany w badania nad fizyką atomową musiała na podróż do kraju zza żelaznej kurtyny uzyskać zezwolenie odpowiednich służb specjalnych USA. Jej udział w tych uroczystościach nie był przypadkowy, a wręcz symboliczny - była drugą kobietą po wielkiej Polce, która otrzymała Nagrodę Nobla z fizyki, i zaledwie trzecią kobietą, która została do tej pory wyróżniona jedną z noblowskich nagród o charakterze naukowym (przed nią, w 1947 roku, nagrodę otrzymała Amerykanka Gerty Cori z medycyny). Na pytanie ówczesnego prezesa Polskiej Akademii Nauk profesora Henryka Jabłońskiego, czy dostojny gość ma jakieś wyjątkowe życzenia, odpowiedziała bez wahania: Chcę odwiedzić Katowice.
Jak odpowiadają Katowice i dalej Górny Śląsk na przypadającą w tym roku 100. rocznicę urodzin Marii Göppert-Mayer i szerzej na tę postać, wielkiego naukowca o światowej renomie? Za Michałem Smolorzem dotychczas: niepozorną tabliczką na brudnym murze.
O przyczynach tej impotencji mam własną teorię, którą dobrze oddaje sławny bon mot wypowiadany przez mojego ulubionego aktora Jerzego Stuhra w kultowym filmie Seksmisja: Skłodowska też była kobietą. I o płeć w tym wszystkim na pewno nie chodzi.
Autor jest historykiem, pracownikiem Uniwersytetu Śląskiego i dyrektorem Archiwum Państwowego w Katowicach. Gazeta Wyborcza, Piotr Greiner 23.06.2006
Do góry
Klub nocny precz z centrum Katowic
Śródmieście. Kilkadziesiąt metrów od rynku podwórko jak studnia. Ciasne, zamknięte ze wszystkich stron kamienicami. Żeby dotrzeć do jednej z najpopularniejszych w mieście klubów nocnych, wystarczy minąć sklep z butami i wdrapać się po stromych schodach. Na pierwszym piętrze mosiężne drzwi z napisem Babylon. W południe zamknięte na cztery spusty. Swoje podwoje otwiera wieczorem, wtedy zaczyna się tu życie.
Jakie to życie, najlepiej wiedzą sąsiedzi Babylonu. Mieszkają obok klubu, na wyższych piętrach, w sąsiednich budynkach. Większość to starsi ludzie, mieszka tu też kilkoro dzieci.
Lokator I: - Nie da się spać. Samochody, taksówki, klaksony. Hamują, wrzeszczą, trzaskają drzwiami. Co noc, najgorzej w weekendy.
Lokator II: - Pani, co my tu już widzieliśmy! Półnagie kobiety to standard. Najgorsze są te krzyki i jęki. Można oszaleć. To, kto z kim sypia, nas nic nie obchodzi, ale my też chcemy pospać.
Mieszkańcy próbowali interweniować u pracowników klubu. Lokator III: - Kiedyś zwróciliśmy uwagę jednemu facetowi. Duży, napakowany. Poprosiliśmy, żeby byli ciszej, to usłyszeliśmy: Spier...ać, jak nie chcecie kłopotów!.
Lokator I: - I jak tu żyć? Z powodu burdelu mamy szukać mieszkania gdzie indziej? Albo udawać, że nic się nie dzieje, żyć w strachu, żeby ktoś krzywdy nie zrobił?
Mieszkańcy błagają, by nie podawać ich nazwisk: - Klubem nie rządzą kulturalni panowie. I tak żyjemy w strachu, żeby nam ktoś krzywdy nie zrobił - mówią ludzie. Kilka dni temu napisali list otwarty do śląskich mediów: Kto za tym stoi i kto czerpie z tego profity, komu zależy na tym, żeby w samym centrum miasta na najbardziej prestiżowej ulicy, która jest wizytówką miasta, prosperował uciążliwy burdel? Nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby ta działalność nie była tak uciążliwa dla mieszkańców kamienicy.
Lokatorzy dodają: - My nie chcemy wojny. Chcemy tylko żyć w spokoju. Oni nigdy nie będą cicho, więc nie ma innego wyjścia, muszą się wyprowadzić. Niech znajdą sobie spokojną willę na obrzeżach miasta.
Kto pomoże mieszkańcom Staromiejskiej?
Na pewno nie władze Katowic. - Co możemy zrobić? Jeśli dochodzi do zakłócania porządku publicznego, interweniować może tylko policja - mówi Waldemar Bojarun, rzecznik magistratu.
Policja też rozkłada ręce. Janusz Jończyk z zespołu prasowego śląskiej policji: - Zgodnie z obowiązującymi przepisami ukarać tak naprawdę można kogoś tylko za sutenerstwo - nakłanianie kogoś do nierządu. Jeśli właściciel agencji płaci spółdzielni lub właścicielowi posesji rachunki, to niczego w świetle prawa nie można mu zarzucić.
Kamienica należy do prywatnego właściciela. Wczoraj nie udało nam się z nim skontaktować.
Na swojej stronie internetowej Babylon reklamuje m.in. drink bar, masaże, jakuzzi: - Nie mieliśmy nigdy żadnych skarg lokatorów. Mamy wyciszone drzwi. Jeśli ktoś zachowuje się głośno na zewnątrz, natychmiast interweniujemy. Pilnujemy, by przed klubem klienci zachowywali się spokojnie. Nawet jeśli zdarza się pijane towarzystwo, to przejście z drzwi klubu do taksówki, trwa trzy sekundy - mówi młody mężczyzna, którego komórkę znaleźliśmy na stronie internetowej. Nie chce się przedstawić, ale mówi, że jest przedstawicielem klubu.
Sprawą obiecał się zająć Krzysztof Mikuła, poseł PiS-u, były radny Katowic. Jest jednak ostrożny: - Rozpoznam sprawę. Sprawdzę, czy mają pozwolenie na sprzedaż alkoholu. Bez konkretnych ustaleń wolałbym na razie sprawy nie komentować.
Marek Kempski, wojewoda śląski w latach 1999-2000:
Gdy chciałem przenieść agencje z centrum miasta na obrzeża, usłyszałem, że zamiast innymi problemami, zajmuję się prostytutkami, bo też pewnie jestem ich klientem. Że chcę budować getta dla prostytutek. Tymczasem w każdym normalnym kraju Europy funkcjonują ulice czerwonych latarni. I to jest jedyny sposób na rozwiązanie uciążliwości zjawiska. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 23.06.2006
Do góry
Poszkodowani w katastrofie pozywają MTK do sądu
Pierwszy pozew przeciwko Międzynarodowym Targom Katowickim, właścicielowi zawalonej hali, trafił do Sądu Okręgowego w Katowicach. Wdowa po hodowcy gołębi z Gdańska domaga się pół miliona złotych odszkodowania za śmierć męża.
52-letni hodowca gołębi zginął pod gruzami hali 28 stycznia tego roku. Pasją do ptaków zaraził go ojciec. Na wystawę pojechał razem z bratem Henrykiem Zaporowskim, który przeżył katastrofę. Jest listonoszem w Pszczółkach k. Gdańska. - Próbuję zapomnieć o tym, co się stało, ale na razie nic z tego nie wychodzi - mówi Zaporowski.
Jego brat osierocił trójkę dzieci i żonę. Rodzina dostała od Allianzu, w którym MTK były ubezpieczone od odpowiedzialności cywilnej, ok. 35 tys. zł odszkodowania. Mimo to kobieta zdecydowała się złożyć pozew o odszkodowanie.
- Za śmierć męża domaga się pół miliona złotych odszkodowania. Twierdzi, że pogorszyła się jej sytuacja materialna i oczekuje 1200 zł miesięcznej renty, a także zwrotu kosztów pogrzebu męża - mówi sędzia Krzysztof Zawała, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Katowicach. Dodaje, że na wyrok w tej sprawie poczekamy zapewne kilka miesięcy. Trzeba będzie przesłuchać świadków i ustalić, jak śmierć hodowcy wpłynęła na sytuację rodziny.
Okazuje się, że nie będzie to jedyny pozew dotyczący styczniowej katastrofy. Kolejne na prośbę poszkodowanych przygotowuje Stowarzyszenie Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach, Kolizjach Drogowych i na Skutek Błędów Lekarskich Wokanda. Może ich być nawet kilkanaście. Niewykluczone, że powstanie także pozew zbiorowy.
Piotr Kubica, prezes MTK, nie chciał wczoraj komentować wysokości żądanego odszkodowania. - Stała się ogromna tragedia. Ubezpieczyciel wypłacił odszkodowania, choć osoby te mogą czuć się nieusatysfakcjonowane. Nie zapominamy o poszkodowanych. Przygotowujemy program pomoc dla ofiar katastrofy, szczegóły ogłosimy najpóźniej wczesną jesienią - mówi Kubica.
Pod gruzami hali Międzynarodowych Targów Katowickich zginęło 65 osób, ponad 140 zostało rannych. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 20.06.2006
Do góry
Popiersie Uthemanna w Giszowcu
Popiersie Antona Uthemanna zostało odsłonięte wczoraj w Domu Kultury w Giszowcu. Wykonane z brązu, dłuta artysty rzeźbiarza Bogumiła Purzyńskiego, stanęło w holu tuż przy sali teatralnej. Będzie przypominało o tym, że najsłynniejsze osiedle robotnicze na Śląsku, nazywane miastem-ogrodem, nigdy by nie powstało, gdyby nie Uthemann, ówczesny dyrektor spółki Spadkobiercy Jerzego von Giesche. Ten urodzony w Monschau w 1862 roku przemysłowiec był doskonałym gospodarzem. W spółce Gieschego zreorganizował i zmodernizował kopalnie Kleofas, Heinitz oraz Giesche (Wieczorek). Jednak jego oczkiem w głowie była budowa osiedli robotniczych: Giszowca i Nikiszowca.
Uthemann interesował się wszystkim, co działo się na osiedlu. Miał obsesję na punkcie porządku. Stworzył rygorystyczny regulamin, który określał m.in., jakimi roślinami należy obsadzać przydomowe ogródki.
- Uhonorowanie Uthemanna to znak przełomu w myśleniu. Dotychczas była to postać uznawana za kapitalistę i wyzyskiwacza. Pora zweryfikować historię i docenić wielką i światłą osobę - powiedziała podczas uroczystości Jadwiga Lipońska-Sajdak, dyrektorka Muzeum Historii Katowic. Gazeta Wyborcza, tm 20.06.2006
Do góry
Koniec remontu wiaduktów
Dobiegł końca remont wiaduktów na skrzyżowaniu al. Roździeńskiego i ul. Murckowskiej Katowicach, gdzie krzyżują się drogi z centrum miasta w stronę Sosnowca i trasa Warszawa - Bielsko. Prace trwały rok i kosztowały niemal 13 mln zł.
Adam Kochański, naczelnik wydziału inwestycji w katowickim magistracie, zapowiada, że w środę zostanie otwarty wiadukt, którym prosto z centrum można było pojechać w kierunku Sosnowca. Przez kilka miesięcy kierowcy stali tu w korkach, by skorzystać z przymusowego objazdu ul. Bohaterów Monte Cassino.
Gotowe są już wiadukty nad ul. Bagienną. Samochody mogły tędy jeździć przez cały czas, ale z powodu zwężeń tworzyły się korki. - Teraz trwają tam tylko drobne roboty wykończeniowe - dodaje Kochański. Gazeta Wyborcza, pj 18.06.2006
Do góry
Festiwal NowaMuzyka w Katowicach
Prawie tysiąc osób bawiło się w sobotę w katowickim Szybie Wilson podczas pierwszej edycji festiwalu NowaMuzyka. Zagrały światowe gwiazdy muzyki elektronicznej: DJ Krush, Cristian Vogel czy duet Swayzak.
Szyb Wilson, dziś znany przede wszystkim jako galeria, w ciągu ośmiu lat istnienia zapraszał nie tylko na wystawy i happeningi, ale też na koncerty najróżniejszej muzyki: od poważnej po pop. Zespoły rockowe i jazzowe grały tu próby, nagrywały teledyski. Aż dziw, że nikt do tej pory nie wpadł na pomysł, by zrobić tu dużą, muzyczną imprezę. Taką, jak sobotni festiwal NowaMuzyka.
Na jego pierwszą edycję z całego kraju przyjechało tysiąc fanów awangardowych dźwięków. Zagrały wielkie gwiazdy muzyki elektronicznej: brytyjski duet Swayzak, urodzony w Chile Anglik Cristian Vogel i DJ Krush, jeden z pierwszych didżejów w Japonii. Nie zabrakło polskich artystów. W Wilsonie pojawili się nie tylko uznani śląscy didżeje i producenci, jak CH District czy K.Mill, ale też laureaci internetowego konkursu, który organizatorzy ogłosili na kilka tygodni przed imprezą. Do udziału w festiwalu zakwalifikowano czterech wykonawców, którzy grali w sobotę już od popołudnia. Gwiazdy kazały na siebie czekać: Swayzak zaczął swój występ o godz. 23. Najwięcej fanów czekało jednak na Krusha, który na scenę wszedł przed pierwszą w nocy. Najbardziej wytrwali tancerze bawili się więc do niedzielnego poranka.
Festiwal, o ile będzie odbywał się cyklicznie, ma szansę stać się jedną z ważniejszych imprez popkulturalnych na Śląsku. Świetnie wykorzystuje poprzemysłową przestrzeń, której na Śląsku mamy pod dostatkiem. Promuje alternatywną i niezależną muzykę, ale nie brak jej elementów komercyjnych. Przy muzyce didżejów z Polski i ze świata można było potańczyć, ale też jej posłuchać.
Dobrze by było, gdyby kolejne edycje, zamiast promować wyłącznie didżejów, rozszerzyły program o występy instrumentalne. Na samym Śląsku mamy co najmniej kilka grup, których twórczość znalazłaby odbiorców wśród fanów nowej muzyki: zarówno improwizowanej, jak tanecznej. W tym roku był jeden taki zespół: warszawski Kerd, jeden z laureatów internetowego konkursu. W przyszłości mogłoby być ich więcej, a taki festiwal można by wydłużyć do dwóch dni. Tym bardziej że już na tej edycji działały dwie sceny: plenerowa i w hali galerii. Gazeta Wyborcza, Marcin Babko 18.06.2006
Do góry
Zderzenie tramwajów w centrum Katowic
Do wypadku doszło na ul. 1 Maja, na wysokości Akademii Ekonomicznej około godziny 10. Na tramwaj linii 15 najechał tramwaj nr 36.
Gdy motorniczy tramwaju linii 15 zatrzymał się, z uwagi na prace trwające na torowisku, na tył wagonu najechał tramwaj linii 36. W wyniku zderzenia 12 osób , w tym 1 dziecko, zostali ranni. Obrażenia pasażerów nie zagrażają życiu - na ogół są to stłuczenia i otarcia. Prawdopodobnie czterech z nich będzie musiało pozostać w szpitalu.
Ruch tramwajów w pobliżu miejsca wypadku został już przywrócony. Gazeta Wyborcza, jk 15.06.2006
Do góry
Tłumy na katowickich Targach Pracy
Na kilka godzin w środę Śląski Urząd Wojewódzki zamienił się w olbrzymi pośredniak.
Na zorganizowane przez Wojewódzki Urząd Pracy targi przyszły tłumy ciekawskich - bezrobotnych i osób szukających lepszej posady. Główną atrakcją była oferowana przez dziewięć firm praca za granicą. Hiszpańska firma Asmareda szukała robotników leśnych i traktorzystów, spółka Carvajosa z tego samego kraju - barmanów, kelnerów, kucharzy, elektronika i inżynierów budowlanych. Dwie czeskie firmy (Kappa i KM Steel z Ostrawy) oferowały pracę dla spawaczy, piekarzy, tokarzy, ślusarzy, magazynierów. W Danii czeka praca dla murarzy, stolarzy, kafelkarzy, hydraulików i elektryków, w Wielkiej Brytanii - dla opiekunów osób starszych, w Irlandii - dla techników i inżynierów, zaś Adecco chce zatrudnić w Norwegii zbrojarzy, cieśli, spawaczy i monterów. Razem dziewięć firm zagranicznych zaoferowało 600 miejsc pracy, zaś wszystkie polskie - 2100. Chętnych do pracy poszukiwały m.in. Komenda Wojewódzka Policji w Katowicach, Energomontaż Południe oraz 1. Pułk Specjalny z Lublińca.
Pod koniec maja w województwie śląskim było 268 tys. bezrobotnych, o 31,2 tys. mniej niż rok wcześniej. Gazeta Wyborcza, jk 15.06.2006
Do góry
Srebrny Spodek to kosmiczna bzdura
Gazeta Fakt ogłosiła, że katowicki Spodek zostanie pomalowany na srebrny kolor i to aż za 4 mln zł. - To jakaś kosmiczna bzdura - mówi Grażyna Szołtysik, wiceprezydent Katowic.
Fakt, wydawany przez medialny koncern Axel Springer dziennik, napisał wczoraj, że katowicki Spodek zmieni swoje oblicze. Według gazety elewacja Spodka zostanie wkrótce przemalowana na srebrny kolor i będzie to kosztowało 4 mln zł. Wszystko po to, by budowla nie wyglądała gorzej niż powstająca właśnie na rondzie kopuła.
W katowickim magistracie, do którego należy Spodek, nikt jednak o malowaniu go na srebrny kolor nie słyszał. Również Marek Blaszkowski, prezes Spodka, zaprzecza. - Owszem, będziemy przygotowywać plan modernizacji obiektu i na pewno będziemy zastanawiać się, co zrobić z elewacją. Ale to dopiero rozważania. Będziemy musieli zapytać o zdanie architektów, żeby całość pasowała do otoczenia. Trudno powiedzieć, jaki to będzie kolor: srebrny czy zielony. Nie sądzę też, żeby malowanie było aż tak drogie - mówi zaskoczony Blaszkowski.
Co więcej, Szołtysik, która nadzoruje działalność Spodka, podkreśla, że nie ma jeszcze nawet konkretnego planu tego, co się tu zmieni. - Ktoś wymyślił jakąś kosmiczną bzdurę - komentuje. Gazeta Wyborcza, pj 12.06.2006
Do góry
Sprzątanie żydowskiego cmentarza
Katowicki kirkut przy ul. Kozielskiej od lat niszczeje. Władze miejskie wielokrotnie obiecywały gminie żydowskiej pomoc w jego remoncie, jednak do żadnych konkretnych działań nie doszło. W końcu sprawą zainteresowało się Stowarzyszenie Moje Miasto, dzięki któremu ruszyły pierwsze prace porządkowe.
Grupa kilkunastu osób spotkała się wczoraj pod bramą cmentarza. Przed wejściem każdy nakrył głowę czapką, jak wymaga żydowski zwyczaj. Potem po krótkim rekonesansie wszyscy wzięli się do pracy. W ruch poszły grabie, sekatory. Na taczkach wywożono gruz i chwasty.
- Jak na razie nasza akcja jest na skromną skalę. Zaczynamy od sprzątania - mówi Jacek Tomaszewski, koordynator Akcji Cmentarz w Stowarzyszeniu Moje Miasto. - Oprócz tych działań zależy nam na uświadomieniu mieszkańcom Katowic, że w ich mieście żyli kiedyś Żydzi i tworzyli bardzo bogatą społeczność.
Na cmentarzu spoczywa wielu zasłużonych katowiczan. Jeden z najokazalszych grobowców należy do rodziny Grunfeldów, architektów dwóch śląskich synagog - katowickiej i mysłowickiej. Spoczywają tu też inne zasłużone rody: Goldstein, Glaser, Schalsch.
- Musimy bardzo ostrożnie postępować, bo cmentarz to dla Żydów miejsce święte. Nie wolno podnosić przewróconych macew czy wyrywać roślin rosnących przy grobach - wyjaśnia Maciej Leks, jeden ze sprzątających.
Dariusz Walerjański, współpracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego, wskazuje brakujący łańcuch przy jednym z grobowców. - Dla Żydów ważniejsze jest to co pod ziemią niż dziedzictwo materialne, które widzimy. Niestety, wiele nagrobków bezpowrotnie niszczeje. Najwięcej znika metalowych elementów - mówi. - Inicjatywa ludzi ze stowarzyszenia jest wspaniała. To miejsce powinno stać się obowiązkowym punktem wycieczek szkół. Nigdzie lepiej w Katowicach nie poznają historii narodu żydowskiego.
Wśród osób sprzątających jest też Jerzy Gorzelik, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego, lider Ruchu Autonomii Śląska: - Jestem tu z córkami Anią i Barbarą. Mają tu żywą lekcję historii, no i możemy wszyscy zrobić coś pożytecznego. Potraktowaliśmy to jak dobry uczynek.
Tuż przy ulicy stoją dwa budynki - dom przedpogrzebowy oraz dom zarządcy. Ten pierwszy to już praktycznie ruina, dach grozi zawaleniem, w środku prawie całkowitemu zniszczeniu uległy polichromie. Gmina żydowska stara się odzyskać budynki od Skarbu Państwa.
Katowicki kirkut powstał w 1869 roku, po oderwaniu się katowickiej gminy od Mysłowic. Pierwszą pochowaną osobą był czteroletni Carl Munzer. Cmentarz to jedno z najbardziej magicznych miejsc w Katowicach. Porośnięte bluszczem nagrobki przypominają ryciny Piranesiego. W przyszłą niedzielę stowarzyszenie zapowiada dalszą część sprzątania. Wszyscy chętni do pomocy są mile widziani. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 11.06.2006
Do góry
Taniec z gwiazdami na żywo w Spodku
Rafał Mroczek, Aleksandra Kwaśniewska i Katarzyna Cichopek przyjadą do Katowic, aby zatańczyć przed śląską publicznością.
Producenci programu Taniec z gwiazdami na fali popularności show przygotowali dla sympatyków tańca widowiska w jedenastu polskich miastach. Widzowie na żywo będą mogli zobaczyć siedem gwiazdorskich par, m.in.: Małgorzatę Foremniak i Rafała Maseraka, Katarzynę Cichopek, która zatańczy z Marcinem Hakielem, Piotra Gąsowskiego z Anną Głogowską, a także finalistów III edycji programu - Rafała Mroczka z Anetą Piotrowską oraz Aleksandrę Kwaśniewską z nowym partnerem Michałem Skawińskim. Pary zatańczą do muzyki w wykonaniu orkiestry Adama Sztaby. Tancerzom towarzyszyć będzie grupa baletowa Volt. Spektakl wyreżyserował Wojciech Iwański (reżyser, współtwórca programu telewizyjnego), choreografię przygotował Augustino Egurroli (choreograf, założyciel i nauczyciel tańca szkoły Egurolla Dance Studio).
Gwiazdy wystąpiły już m.in. w Gdańsku, Łodzi i Poznaniu, a jutro pojawią się w katowickim Spodku. Widowisko odbędzie się dwa razy, o godz. 16 i 19. Bilety w cenie 50, 80 i 100 zł można kupić na stronie internetowej www.ticketpro.pl.
Dla naszych Czytelników mamy cztery podwójne zaproszenia na Taniec z gwiazdami w katowickim Spodku (11 czerwca, godz. 19). Wystarczy wysłać dziś o godz. 8 SMS na numer 72007 o treści KA.TANIEC Imię i Nazwisko (przykład: KA.TANIEC JAN KOWALSKI). Prosimy nie używać polskich znaków.
Wygrywają cztery pierwsze osoby. Zwycięzców poinformujemy SMS-em. Koszt wysłania SMS-a - 2,44 zł z VAT. Bilety do odbioru dzisiaj w Biurze Ogłoszeń Gazety Wyborczej w Katowicach przy pl. Oddziałów Młodzieży Powstańczej 1, od godz.10 do 13. Gazeta Wyborcza, mg 09.06.2006
Do góry
Wróćmy do starego Kosmosu, jak do Rialto!
Przy placu Grunwaldzkim w Katowicach powstaje pierwsze w kraju Centrum Sztuki Filmowej. To dobrze, że pomysł propagowania filmów, zwłaszcza tych ze Śląska, w końcu doczekał się spełnienia. Szkoda, że metaliczny budynek nowego centrum tak bardzo rozczarowuje.
Centrum Sztuki Filmowej to po prostu przebudowane kino Kosmos. Stary budynek został wchłonięty przez nowy. Kosmos był znakiem pewnej epoki. W latach 60. powstała cała seria tzw. kosmicznych kin, które nawiązywały do sukcesów radzieckiej kosmonautyki, np. Andromeda w Tychach czy Luna w Oświęcimiu. Wszystkie cechowała śmiała późnomodernistyczna architektura. W latach 90. znacznie podupadły, kiepskie materiały i wykonawstwo też zrobiły swoje. Jednak była to bardzo porządna architektura.
Kosmos powstał w latach 1959-1965. Zaprojektowała go para znanych architektów Stanisław Kwaśniewicz i Jurand Jarecki. - To był mój debiut w Katowicach. Egzamin z projektowania, pierwszy budynek modernistyczny. Na placu Grunwaldzkim stoją monumentalne gmachy w stylu socrealizmu. Nasz budynek zwiastował odwilż w architekturze - mówi Jarecki.
Kino wyglądało bardzo elegancko, mimo że była to elegancja często udawana. - W tamtych czasach cierpieliśmy na permanentny brak wszystkiego. Kolumny wyglądały na chromowane, a w rzeczywistości były aluminiowe. Dziś zastosowanie sufitu podwieszanego czy szklanej elewacji sprowadza się do wybrania odpowiedniego modelu z katalogu. My musieliśmy wszystko sami opracowywać, bo to była nowość - wspomina Jarecki.
W czasach PRL-u budynki użyteczności publicznej ozdabiane były malowidłami i mozaikami. Wynikało to z ustawy, która nakazywała zlecanie projektów wnętrz państwowym Pracowniom Sztuk Plastycznych. - W Kosmosie zrobiliśmy mały unik. Poprosiłem kuzyna o zrobienie polichromii na ścianie holu. Była to duża płaszczyzna, więc świetnie nadawała się na uplastycznienie. Zbylut Grzywacz stworzył geometryczną kompozycję, w duchu mondrianowską. Przypominała okienka, za którymi stoi projektor. To było chyba jedyne dzieło kuzyna, do którego użył linijki - mówi ze śmiechem Jarecki.
Kino Kosmos miało olbrzymi, dwupoziomowy, całkowicie przeszklony hol, który wychodził na park. - Wnętrze było przedłużeniem placu Grunwaldzkiego - wyjaśnia architekt. - Najbardziej lubiłem je nocą, gdy świeciło wnętrze. Z placu było widać malowidło i ludzi kręcących się po różnych poziomach foyer.
Jednak już w 1970 r. Kosmos został poddany poważnemu remontowi. Malowidło w holu zastąpiła mozaika przedstawiająca pana Twardowskiego w kosmosie.
Architekt nie ma żalu, że jego dzieło jest dziś całkowicie nie do poznania. - Tak to już jest w tym zawodzie. Przychodzi nowe, budynki zmieniają funkcję i trudno, żeby za tym nie szła zmiana formy - mówi.
Jednak nowy budynek odróżnia od starego wyobcowanie z otoczenia. Nie wchodzi z nim w dialog, nie zaprasza do środka. Kino Kosmos prezentowało architekturę minimalistyczną, w której każdy element wynikał z określonej funkcji. W nowym budynku niepokoi szklana elewacja zakończona faliście, jakby autorzy szukali oryginalnej formy za wszelką cenę.
- Zadanie adaptacji kina na centrum filmowe nie było łatwe - mówi Jacek Machnikowski, projektant przebudowy. - Budynek trzeba było dostosować do wielu bardzo różnych funkcji. Na przykład rozległy hol niczemu nie służył, zabudowaliśmy go dodatkową salą audiowizualną oraz kawiarnią.
Zachował się też kawałek mozaiki. Niestety, pan Twardowski stracił jedną nogę, bo akurat w tym miejscu wypadła nowa ściana. Na szczęście w kinie zachowało się jeszcze kilka starych elementów. Ich wartość polega na tym, że wszystkie są jednorazowe, były indywidualnie zaprojektowane dla Kosmosu. - W głównej sali zostały pająkowate lampy oraz część paneli aluminiowych - wymienia Machnikowski. I dodaje: - Stworzyliśmy budynek nowoczesny, jednak nie przesadnie. Cieszę się, że mogłem trochę upiększyć Katowice. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 08.06.2006
Do góry
Katowicką kopułę pokrywają płyty
Wygląda jak blaszak albo garaż! Jak można pokryć reprezentacyjną budowlę w centrum miasta blachą falistą! - denerwują się mieszkańcy Katowic. Budowlańcy uspokajają: to tylko pierwsza warstwa elewacji. Kopuła będzie piękna.
Budowę kopuły nad katowickim rondem śledzą pilnie mieszkańcy całego regionu. Ich zainteresowanie nie dziwi, kopuła powstaje w miejscu, którego nie sposób przeoczyć. W dodatku nowe rondo będzie mieć olbrzymi wpływ na wizerunek stolicy Śląska.
Kiedy więc na budowli pojawiła się blacha, w naszej redakcji rozdzwoniły się telefony. - Kopuła miała być szklana, lekka, tak by nie zakrywała hali widowiskowej - narzekali Czytelnicy.
Istotnie, na konstrukcji pojawiła się falista blacha. Budowla staje się przez to coraz bardziej ciężka. Jednak główny projektant kopuły, architekt Tadeusz Czerwiński, wyjaśnia: - To dopiero pierwsza warstwa. Na blachę zostanie nałożona wełna mineralna, a na samym wierzchu gładka i połyskująca w słońcu blacha aluminiowo-cynkowa.
Możemy uspokoić Czytelników: szkło będzie jednak dominować w pokryciu. Blacha pojawi się wyłącznie na czubku. Projektant zapewnia, że z poziomu jezdni na rondzie nie będzie ona widoczna. Jedynie z oddali kopuła ukaże się w całej okazałości.
Wielu mieszkańców pyta też, dlaczego budowla jest spłaszczona. - Nowy obiekt na rondzie nie może zdominować otoczenia - wyjaśnia Czerwiński. - A jest ono bardzo wymagające, są tu ważne symbole dla regionu w postaci Spodka czy pomnika Powstańców Śląskich. Pełna i wysoka kopuła mogłaby je przesłonić.
Projektowany obiekt ma być mostem łączącym północną i południową część miasta, rodzajem broszki, która spina Katowice przepołowione przez Drogową Trasę Średnicową. Będzie też bramą do miasta, unosi się nad tunelem, może więc sprowokować przejeżdżających do skręcenia w kierunku centrum.
Pokrycie kopuły to tylko skóra, pod którą będą ukryte tarasy widokowe i nowa galeria ASP. Obiekt ma być skierowany zwłaszcza dla ludzi młodych, dla których przeznaczono górne poziomy. Będzie tam kawiarnia, miejsce na koncerty i czasowe wystawy. Dół zajmie sala ekspozycji sztuki. Nigdzie indziej w Polsce galeria nie będzie tak łatwo dostępna - zwiedzający będą tu mogli przyjść wprost z tramwaju.
Okazuje się, że niepokoje dotyczące wyglądu kopuły wynikają z niedoinformowania. Zarówno na stronie internetowej Drogowej Trasy Średnicowej, jak i na billboardach w mieście, nie ma aktualnych wizualizacji. Nie odbyły się też żadne szersze prezentacje projektu czy konsultacje społeczne.
KOMENTARZ
Szkoda, że kopuła przy rondzie powstaje jakby przypadkiem. Najpierw ogłoszono przetarg na wykonawcę tego odcinka DTŚ-ki, później opracowano projekt drogi i tunelu. Dopiero na końcu pojawił się architekt, jakby na dokładkę. Walczył o godne zagospodarowanie tego miejsca. Czy nie powinno być odwrotnie? Trzeba było zacząć od konkursu na zagospodarowanie ronda, w którym udział mogliby wziąć architekci z kraju i ze świata. Dziś możemy narzekać, że konstrukcja kopuły jest przyciężkawa. Cóż dziwnego skoro pracowali nad nią specjaliści od wiaduktów drogowych. Jednak cieszmy się, że w ogóle kopuła powstaje. Może nie jest to dzieło na miarę szklanej kopuły nad Reichstagiem, ale jeśli architekturę traktuje się jako dodatek - nie spodziewajmy się cudów. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 07.06.2006
Do góry
Heroina w centrum Katowic
Wytwórnię heroiny zlikwidowali wczoraj policjanci w Katowicach. W jednym z mieszkań w centrum miasta od roku produkowano narkotyki. Znaleziono kilkanaście kilogramów słomy makowej oraz odczynniki chemiczne. Funkcjonariusze zatrzymali dwie kobiety i dwóch mężczyzn w wieku 32-40 lat. Właścicielowi mieszkania przedstawiono już zarzut produkcji narkotyków. Grożą mu trzy lata więzienia. Gazeta Wyborcza, aim 06.06.2006
Do góry
Kierowca szkolny uciekł przed policją
Pijany kierowca chciał zawieźć dzieci z Katowic na szkolną wycieczkę. Gdy jego zmiennik dowiedział się, że ma go skontrolować policja, uciekł z miejsca zbiórki.
Drugoklasiści ze Szkoły Podstawowej nr 9 mieli wczoraj odwiedzić Pławniowice pod Gliwicami - miejsce słynące z pięknego pałacu i jeziora. - Dzieci podczas warsztatów miały zobaczyć, jak się piecze chleb i lepi garnki z gliny - mówi Iwona Powęzka, dyrektorka szkoły.
Do wycieczki jednak nie doszło. Pracownicy szkoły - jak to mają w zwyczaju przed wyjazdami - poprosili policję o sprawdzenie stanu technicznego autokaru, dokumentów i trzeźwości kierowcy. Mężczyzna, który miał wieźć dzieci do Pławniowic, miał w wydychanym powietrzu 0,29 promila alkoholu. Policjanci odebrali mu prawo jazdy.
Ściągnięto więc zmiennika. - Nasi policjanci nie mogli na niego czekać - opowiada Magdalena Szymańska-Mizera, rzeczniczka katowickiej policji. - Poprosili więc dyrekcję, by skontaktowała się z nimi, jak tylko zmiennik się pojawi. Kiedy mężczyzna przyjechał, usłyszał, że zanim usiądzie za kierownicą autokaru z dziećmi, musi poczekać na policjantów, którzy go skontrolują. Wtedy uciekł. Na do widzenia powiedział tylko, że ma awarię autobusu. Można przypuszczać, że albo rzeczywiście z wozem było coś nie tak, albo sam kierowca miał coś na sumieniu.
Warsztaty w Pławniowicach organizuje firma Izar Centrum Doradczo-Szkoleniowe. Monik Horemska, jej właścicielka, tłumaczy, że wynajmuje przewoźników i nie potrafi powiedzieć, który z nich miał zawieźć dzieci na wycieczkę. - Program takiej wycieczki jest starannie przygotowany. Wszystko odbywa się zgodnie z planem. Kiedy zmiennik kierowcy dotarł na miejsce, zrobiło się dosyć późno. Uznaliśmy więc, że lepiej wyjazd odwołać i przełożyć na inny termin, tak by dzieci mogły w pełni skorzystać z całości warsztatów - tłumaczy Horemska.
- Włos jeży się na głowie - denerwuje się Tomasz Kozłowski, ojciec dziewięcioletniej Marty, której klasa miała jechać na wycieczkę. - Mam tylko nadzieję, że pijany kierowca już nigdy nie usiądzie za kierownicą jakiegokolwiek samochodu. To powinno być też nauczką dla firmy organizującej wycieczkę.
Powęzka: - Przełożyliśmy wycieczkę na następny tydzień. Zorganizuje ją ta sama firma, bo dotychczas mieliśmy z nią dobre doświadczenia. Chcemy dać jej jeszcze raz szansę. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 06.06.2006
Do góry
Nieudana modernizacja zabytkowej kamienicy
Renowacja jednej z najbardziej eksponowanych katowickich kamienic na rogu św. Jana i Dworcowej dobiega końca. Niestety, efekt finalny budzi duże wątpliwości zarówno wśród mieszkańców, jak i znawców architektury.
Popularna trzynastka, zwana też domem inż. Jana Squedera, to jeden z najwybitniejszych przykładów modernizmu w Katowicach. Obiekt jako jedyny spełniał pięć punktów nowoczesnej architektury Le Corbusiera. Spełniał, bo po obecnej renowacji zaburzono pierwotny wygląd budynku.
Kamienica wymagała remontu od lat. Elewacja była w fatalnym stanie, odpadające tynki zagrażały przechodniom. Remont przeprowadził Komunalny Zakład Gospodarki Mieszkaniowej. Budynek ocieplono, pomalowano, wymieniono też okna. Jednak po zdjęciu rusztowań okazało się, że kamienica znacznie odbiega od oryginału. Pojawiły się nowe elementy, zmieniono podział okien. Kontrowersje wywołuje również pastelowy kolor elewacji.
- Dobór kolorystyczny nie był prosty - mówi Małgorzata Zygmunt, miejski konserwator zabytków w Katowicach . - Przy każdej renowacji staramy się najpierw poznać oryginalny kolor elewacji. Tutaj też wyczyściliśmy fragment ściany, jednak żadnych efektów nie uzyskaliśmy. Niestety, zachowana dokumentacja nie podaje koloru fasady. Musieliśmy się zdać na własną intuicję.
Być może budynek nie był nigdy malowany. Obiekty z tego okresu zazwyczaj pokrywano tylko szlachetnym tynkiem. Uzyskiwano jasnoszary kolor, który po latach przemienił się w dobrze nam znany ciemnoszary.
- Owszem, modernizm kojarzy nam się z bielą bądź szarością, jednak w Katowicach stosowano w tym okresie mocne, żywe kolory - oponuje Zygmunt. - Proszę zwrócić uwagę na wyremontowany kościół garnizonowy czy kamienicę przy skrzyżowaniu ulic Kopernika i Skłodowskiej-Curie. W obu przypadkach jest to barwa różowa, w kamienicy zestawiona nawet z żółcią. Takie były oryginalne barwy.
Z uzasadnieniem miejskiego konserwatora nie zgadza się dr Ryszard Nakonieczny z Wydziału Architektury Politechniki Śląskiej, znawca górnośląskiego modernizmu. - Zastosowanie koloru, wyróżniającego bryłę wykusza, wydaje się być nadinterpretacją. Na archiwalnych fotografiach widać wyraźnie, że kamienica była monochromatyczna - mówi. - Jednak kardynalnym błędem było takie ocieplenie budynku, które naruszyło pierwotną strukturę elewacji. Okna tworzyły horyzontalne pasma, jakby zagłębione, co było istotnym elementem pięciu zasad Le Corbusiera. Teraz pod styropianem nie ma żadnych różnic w głębokości. Poziome bruzdy filarków międzyokiennych są zbyt delikatne, aby wywoływać wrażenie wstęgowych okien. Projektanci chcieli przy okazji renowacji zostawić po sobie ślad i ozdobili elewację od strony ulicy św. Jana balustradami w ciemnym kolorze, mocno kontrastującymi z tłem elewacji. Nigdy ich nie było, więc nie rozumiem, skąd się teraz pojawiły.
Zdaniem dr Nakoniecznego także nowy cienkowarstwowy tynk niewiele ma wspólnego z pierwotnym. W latach 30. bardzo często stosowano tynki mikowe. Dzięki kryształkom miki elewacje połyskiwały w słońcu. Takie efekty można jeszcze dostrzec w niektórych kamienicach przy ulicach Skłodowskiej-Curie, Jordana czy Rymera.
Budynek przy Dworcowej ma dość bogatą dokumentację fotograficzną. Ze starych zdjęć i widokówek łatwo odtworzyć jego pierwotny wygląd. Witryny parteru sięgały do poziomu chodnika. Sprawiało to wrażenie, jakby budynek unosił się nad ziemią. Szkło rozdzielały jedynie żelbetowe słupy, które stanowią konstrukcję budynku.
- Przy renowacji należałoby odtworzyć właśnie takie pierwotne elementy, zamiast bawić się w ulepszanie jednego z najwybitniejszych obiektów międzywojennych Katowic - dodaje dr Nakonieczny. - Renowacja zabytku tej klasy powinna być przeprowadzona z większą wrażliwością i pieczołowitością. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 05.06.2006
Do góry
Wojewoda wygania dentystów z Dworcowej
Skandaliczna decyzja wojewody. Wojewódzka Przychodnia Stomatologiczna, w której leczy się 20 tys. osób, ma w ciągu miesiąca wynieść się z budynku przy Dworcowej w Katowicach. Dla przychodni oznacza to likwidację.
Wojewódzka Przychodnia Stomatologiczna mieści się na Dworcowej 17 od prawie pół wieku. - Jak po tylu latach mogą ich tak wyrzucać - oburza się Krystyna Kania z Katowic. Ona i jej ośmiu krewnych leczą się tu od kilkunastu lat. - Nawet syn z Rajczy tutaj do dentysty przyjeżdża. Nie wspomnę o wnuczce. Takie ma problemy, że córka wszędzie z nią chodziła, ale nikt nie chciał jej leczyć. Dopiero tu pomogli - mówi kobieta.
Rzeczywiście, przychodnia przy Dworcowej to jedno z ostatnich miejsc w regionie, w których są pedodonci, czyli dentyści specjalizujący się leczeniu najmniejszych nawet dzieci, często niemowląt. Poza tym są tu chirurdzy szczękowi, protetycy, ortodonci, specjaliści od chorób przyzębia. - Leczymy pacjentów, których w prywatnych gabinetach nie chcą, bo leczenie byłoby zbyt długie i skomplikowane, i takich, których na takie leczenie i tak nie byłoby stać - mówi dr Jolanta Suchacka, która pracuje tu od 30 lat.
Wypowiedzenie umowy najmu przychodnia otrzymała w czwartek. Na znalezienie nowego lokum i przeprowadzkę wojewoda dał 30 dni. - To niewykonalne. Taka operacja musi trwać co najmniej kilka miesięcy. Przez ten czas nie będziemy leczyć, bo nie będzie gdzie. Pacjenci zostaną bez dentystów a my nie wykonamy kontraktu. Popadniemy w długi i zagrozi nam likwidacja - mówi dr Iwona Dorda, dyrektorka przychodni.
W ciągu ostatnich lat w przychodni inwestowano, by dostosować ją do unijnych wymogów. Zakupiono nowe stanowiska łącznie za 300 tys. zł. - Każde musi być podłączone do kanalizacji, a to wymagało remontu gabinetów - tłumaczy Dorda. Nawet gdyby szybko znalazła nowe miejsce dla przychodni, prace trzeba by zacząć od nowa, a pieniądze wydane na Dworcowej zostałyby zmarnowane. Na nowe dotacje przychodnia nie ma co liczyć.
- Wypowiedzenie jest zgodne z prawem, a przeprowadzka w miesiąc wykonalna - odpowiada wicewojewoda Wiesław Maśka, który podpisał się pod decyzją.
Marta Malik, rzeczniczka wojewody, tłumaczy, że decyzja jest ostateczna, bo już w sierpniu musi zostać wdrożony nowy, zgodny z unijnymi wymogami, system wydawania paszportów. Biuro paszportowe musi być większe i nie zmieści się już w Urzędzie Wojewódzkim. Dobrym budynkiem byłby gmach dawnego banku na ul. Warszawskiej, ale wojewoda nie ma pieniędzy, żeby go kupić od Śląskiej Akademii Medycznej. Wpadł więc na pomysł, że zamieni go na budynek na Dworcowej. Dlaczego tak późno zaczął szukać miejsca na nowe biuro? Tego Malik nie wyjaśnia.
- To jakieś nieporozumienie. Jeśli to poradnia z tradycją, ciesząca się zaufaniem pacjentów, nie można jej z dnia na dzień wyrzucać z miejsca, w którym działała kilkadziesiąt lat - oburza się wiceminister zdrowia Bolesław Piecha.
Oburzony jest też wicemarszałek Sergiusz Karpiński, które podlega przychodnia: - Będę wyjaśniał sprawę. Nie wyobrażam sobie, by wojewoda mógł się upierać przy tak absurdalnej decyzji.
Rzeczniczka wojewody nie pozostawia jednak złudzeń. Wojewoda musi mieć budynek na nowe biuro i już. Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 04.06.2006
Do góry
Pielęgniarki z Ligoty organizują pikietę
W Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach Ligocie zaostrzy się protest. To odpowiedź na próby namawiania ich do przerwania strajku.
Zaostrzenie protestu nic nie zmieni w pracy pielęgniarek. Tak jak dotąd będą się zajmowały wszystkimi dziećmi przyjętymi na leczenie - ze względu na strajk jest ich mniej, bo odwoływane są tzw. przyjęcia planowe. Na poniedziałek zapowiedziały jednak czterogodzinną pikietę pod szpitalem.
- Wobec pielęgniarek rzucano niesłuszne oskarżenia, że odeszły od łóżek, i próbowano je zastraszyć, a kilka dni temu w szpitalu były przedstawicielki izb pielęgniarskich. Próbowały zniechęcić je do wspólnego strajku z lekarzami, tłumacząc, że się im to nie opłaci. Skutek był odwrotny. Stąd decyzja o zaostrzeniu protestu - mówi dr Grzegorz Bajor, przewodniczący komitetu strajkowego w szpitalu.
W komitecie skupieni są przedstawiciele wszystkich siedmiu związków zawodowych, działających w szpitalu, w tym Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych oraz ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Komisja powołana przez wojewodę stwierdziła, że strajk w Centrum jest legalny, bo w referendum strajkowym wzięli udział wszyscy pracownicy szpitala.
- Protestujemy wspólnie z lekarzami już dwa tygodnie, ale nas w tym strajku nie widać. Chcemy zaznaczyć, że wspólnie walczymy o podwyżki - mówi Katarzyna Tymińska, szefowa w Centrum.
Pikieta rozpocznie o godz. 8 i potrwa do południa. Tymczasem o godz. 10 w szpitalu mają się rozpocząć pierwsze rozmowy o możliwości zakończenia protestu. Poza dyrekcją wezmą w nich udział także prof. Ewa Małecka-Tendera, rektor Śląskiej Akademii Medycznej, która jest właścicielem szpitala, oraz Janusz Łach, wicedyrektor śląskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia. Tylko Fundusz może zdecydować o ewentualnym zwiększeniu kontraktu dla szpitala, który tylko w ten sposób może zdobyć pieniądze na 30-proc. podwyżkę dla strajkujących.
- Od dawna czekamy na spotkanie. Przed tygodniem zlekceważył nas wicepremier Ludwik Dorn, który mimo że był w szpitalu, nie zamienił z nami ani słowa. Mam nadzieję, że tym razem rozmowy będą poważne - mówi dr Bajer.
Aktualnie w województwie śląskim strajkuje 19 szpitali, z czego według wojewody siedem nielegalnie. W miejsce szpitali, w których udało się wywalczyć podwyżki, wciąż pojawiają się nowe. W środę strajk ma się rozpocząć w Szpitalu Miejskim w Piekarach Śląskich. W tamtejszym Wojewódzkim Szpitalu Chirurgii Urazowej trwają negocjacje. Jeśli zakończą się niepowodzeniem, i tam rozpocznie się wkrótce strajk. Gazeta Wybrcza, Judyta Watoła 02.06.2006
Do góry
Pielęgniarki bawiące się dziećmi nie szkodziły im?
Katowicka prokuratura, prowadząca śledztwo w sprawie pielęgniarek, które zrobiły sobie sesję zdjęciową z noworodkami, ma ciężki orzech do zgryzienia. Powód? Biegli z zakładu medycyny sądowej stwierdzili, że nie naraziły one zdrowia i życia dzieci. Ich zdaniem kobiety zawiniły wyłącznie w kwestii moralnej. - Ta zaskakująca opinia to podstawa do umorzenia śledztwa - twierdzi profesor Zbigniew Hołda, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Latem zeszłego roku dwie pielęgniarki z oddziału patologii noworodka Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w czasie nocnego dyżuru urządziły sobie sesję fotograficzną. Wyjęły z inkubatora dwa znajdujące się w ciężkim stanie niemowlaki, dotykały je gołymi rękami i wkładały do kieszeni pielęgniarskiego fartucha. Obie uśmiechnięte patrzyły wprost w obiektyw aparatu. Na zrobionych przez nich zdjęciach widać zwisające z ciała jednego z wcześniaków kable odpięte z aparatury medycznej.
Sprawę ujawniła Gazeta, a prokuratura natychmiast wszczęła śledztwo. Obie pielęgniarki zostały zawieszone w czynnościach służbowych, przedstawiono im zarzuty narażenia zdrowia lub życia noworodków. Grozi za to kara pięciu lat więzienia. Po wielu tygodniach śledztwa prokuratorzy ustalili tożsamość noworodków ze zdjęć. To Paulina T. i Mateusz K. Chłopczyk krótko po sesji z pielęgniarkami zmarł.
Katowicka prokuratura zwróciła się do zakładu medycyny sądowej we Wrocławiu o wydanie opinii, czy zachowanie pielęgniarek mogło mieć wpływ na stan zdrowia dzieci. Z informacji Gazety wynika, że kilka dni temu prokuratura otrzymała opinię w tej sprawie. - Biegli stwierdzili, że pielęgniarki nie naraziły zdrowia i życia wcześniaków. Ich zdaniem sprawę należałoby rozpatrywać wyłącznie w kategoriach moralnych - powiedział nam jeden z prokuratorów.
Śledczy nie ukrywają zaskoczenia. Opinię biegłych nazywają kuriozalną. - Nikt z nas nie ma wykształcenia medycznego, ale przecież zdrowy rozsądek podpowiada, że nie wolno walczących o życie wcześniaków wkładać do kieszeni - mówi nasz informator. Nie udało się nam wczoraj skontaktować z autorami opinii.
Profesor Zbigniew Hołda, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, powiedział nam wczoraj, że ekspertyza biegłych stawia prokuraturę w bardzo trudnej sytuacji procesowej. - Stanowi ona podstawę do umorzenia śledztwa, bo podważa treść przedstawionego kobietom zarzutu - tłumaczył nam prawnik.
Z informacji Gazety wynika jednak, że prokuratorzy nie chcą zrezygnować z oskarżenia pielęgniarek. Treść ekspertyzy biegłych analizuje teraz kilku śledczych z wydziału nadzoru postępowań. Szukają jej słabych stron, wnikliwie zapoznają się także z przepisami medycznymi. - Ekspertyza nie odpowiada na wszystkie zadane przez nas pytania, będziemy domagali się jej uzupełnienia - zapowiedział wczoraj prokurator Tomasz Tadla, rzecznik katowickiej prokuratury.
Mecenas Bartłomiej Piotrowski, obrońca jednej z pielęgniarek, nie był jednak zdziwiony treścią opinii biegłych. Jego zdaniem obie kobiety są doskonale wykwalifikowane i robiąc zdjęcia, wiedziały, że nie skrzywdzą dzieci. - Zdaję sobie jednak sprawę, że prokuratura na podstawie tej opinii nie odważy się umorzyć sprawy. Jest ona zbyt głośna - powiedział nam adwokat.
Maria Brzezińska, przewodnicząca Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych w Katowicach: - Bez względu na decyzje prokuratury i ewentualne sankcje karne, zbadamy zachowanie obu pielęgniarek pod kątem etyki zawodowej i moralności.
Kobiety odeszły z pracy w szpitalu za porozumieniem stron. Decyzją prokuratury nie mogą na razie pracować w zawodzie. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 01.06.2006
Do góry
Katowicka Strefa Ekonomiczna ma 10 lat
Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna ma dziesięć lat. W tym czasie firmy zainwestowały tu aż 8 mld zł i stworzyły 24 tys. miejsc pracy.
Gdy w 2001 roku obchodzono pięciolecie KSSE, w stworzonych tu firmach pracowało 10 tys. osób. Prezes Piotr Wojaczek zapowiedział wtedy, że za następnych pięć lat w strefie znajdzie zatrudnienie 18 tys. ludzi. W te słowa wierzyli tylko najwięksi optymiści. Okazało się jednak, że to Wojaczek miał rację. Firmy, które działają dziś w strefie ekonomicznej, zatrudniają 24 tys. osób i zainwestowały aż 8 mld zł. To najlepszy wynik wśród stref ekonomicznych w Polsce.
Gdy strefa powstała, obejmowała 826 ha w ośmiu śląskich gminach. Po dziesięciu latach ma już 1156 ha i rozszerzyła się na 19 miejscowości. Działki kupiło w nich 120 firm, z których 75 już produkuje. Pozostali albo projektują, albo budują swoje zakłady.
O sukcesie KSSE przesądziła decyzja koncernu General Motors, który w 1996 roku zdecydował, że wybuduje w Gliwicach fabrykę Opla. Koncern zainwestował tu prawie 1,5 mld zł i zatrudnił 2700 osób. Fabryka Opla przyciągnęła następnych i Śląsk szybko zaczęto nazywać zagłębiem motoryzacyjnym. W katowickiej strefie fabryki wybudowali też Isuzu Motors, produkujący w Tychach silniki wysokoprężne, oraz Delphi Automotive System, wytwarzający części zamienne do samochodów.
Strefa to nie tylko firmy zagraniczne. W budowę fabryki w Dąbrowie Górniczej zainwestował Atlas, specjalizujący się w produkcji klejów do glazury. Od 2000 roku w Żorach działa firma Mokate, produkująca kawy, a w Tychach Press-Glas - spółka wytwarzająca szyby.
Niebawem do KSSE włączone zostaną dwa najbardziej reprezentacyjne biurowce w Katowicach: Altus i Chorzowska 50. Powstaną tu nowoczesne centra badawczo-rozwojowe i biura, którymi już zainteresowane są międzynarodowe koncerny. Prezes Wojaczek szacuje, że w najbliższych latach w tego typu centrach powstanie w Polsce 130 tys. miejsc pracy. Prawie 10 tys. miejsc mogłoby przypaść Katowicom. Trzeba wykorzystać szansę, bo reprezentacyjnych biur zabrakło we Wrocławiu, a w Krakowie nowe będą dopiero pod koniec roku. Dlatego władze KSSE chcą, by rząd jak najszybciej zgodził się na włączenie obu wieżowców w skład strefy. Gazeta Wyborcza, Tomasz Głogowski 01-06-2006
Do góry
Wybór cytatów © Portal.Katowice.pl

Wstecz - Start - Do góry

Redakcja - Regulamin - Współpraca - Reklama - Strony WWW              © Copyright by GST 05-12