ďťż
,
 PORTAL  >  PRZEGLĄD NAJWAŻNIEJSZYCH AKTUALNOŚCI  >  MAJ 2006
Tragedia w katowickiej policji
40-letni starszy aspirant z II komisariatu w Katowicach strzelił sobie w głowę ze służbowej broni. Mimo że zostawił list pożegnalny, nie wiadomo, dlaczego popełnił samobójstwo. Z kolei jego 37-letni kolega, wracając po służbie do domu, samochodem ściął dwa drzewa i zginął na miejscu.
Kilka minut po godz. 2 w II komisariacie w Katowicach 40-letni starszy aspirant wyciągnął służbowy pistolet i strzelił sobie w głowę. To była czwarta godzina jego służby, był sam w pokoju. Kolega, który go znalazł, natychmiast wezwał pogotowie, ale na ratunek było już za późno. Lekarz stwierdził zgon policjanta.
Dlaczego 40-latek popełnił samobójstwo? Nie wiadomo. Na jego biurku znaleziono pożegnalny list, zawierał jednak tylko kilka zdań. Starszy aspirant prosił w nim kolegów, aby przekazali żonie i dwóm córkom, że bardzo je kochał. - A chłopaków przeprosił za problem, którego im narobił - mówi osoba znająca kulisy sprawy. Nie było jednak ani słowa o problemach zawodowych czy też osobistych.
Broń, z której padł śmiertelny strzał, została zabezpieczona przez prokuraturę. Dzisiaj odbędzie się sekcja zwłok. Wczoraj w katowickiej komendzie nikt nie potrafił uwierzyć w samobójstwo aspiranta. - Zawsze sobie ze wszystkich żartował, miał dobre wyniki pracy. Co go do tego skłoniło? - zastanawiali się jego koledzy. W policji przepracował 16 lat, większość w służbach operacyjnych.
Wczoraj w nocy zginął także 37-letni policjant z katowickich oddziałów prewencji. Brał udział w zabezpieczaniu meczu Polska - Kolumbia. Kiedy wracał do domu, na ul. Ściegiennego w Katowicach jego hyundai z niewyjaśnionych powodów zjechał na przeciwległy pas ruchu, a potem na pobocze. - Wóz ściął dwa drzewa i zatrzymał się na trzecim. Policjant zginął na miejscu - mówi nasz informator.
Policję o wypadku zawiadomił dyspozytor sieci taksówkarskiej. Jeden z taksówkarzy natknął się bowiem na wbity w drzewo wrak hyundaia.
Prokuratura wszczęła wczoraj dwa śledztwa dotyczące zgonów stróżów prawa. Na polecenie szefa śląskiej policji zaangażowali się w nie oficerowie z Inspektoratu [policja w policji - przyp. autora]. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 31.05.2006
Do góry
Zdjęcia pijanych kierowców w Internecie?
Śląscy policjanci dogadują się z prokuratorami i sądami w sprawie publikacji w Internecie wizerunków pijanych kierowców - dowiedział się DZ.
Według naszych informacji, w zeszłym tygodniu pismo w tej sprawie z Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach trafiło do wszystkich komend powiatowych.
W dokumencie funkcjonariusze sugerują, aby przedyskutowano temat z prokuratorami, by później wspólnie wnioskować o taką formę ukarania pijanych kierowców przed sądami, do których należy ostateczna decyzja.
- Chcemy korzystać z takiej formy napiętnowania pijanych kierowców - mówi aspirant sztabowy Jacek Pytel z zespołu prasowego śląskiej policji.- Pijani to prawdziwa plaga na naszych drogach, a wszystkie inne formy ich karania nie przynoszą spodziewanych rezultatów.
W pierwszych czterech miesiącach tego roku policjanci zatrzymali 3830 pijanych kierowców. Pijani w 2005 roku spowodowali na Śląsku 506 wypadków, w których zginęło 31 osób, a 600 zostało rannych!
Prokuratorzy są za wprowadzeniem pomysłu w życie. - Wiele spraw dotyczących pijanych kierowców obecnie odbywa się nawet bez przeprowadzenia rozprawy, a obecność kierowcy, który zostaje skazany, nie jest obowiązkowa. Więc co to za dolegliwość? Będziemy wnioskować do sądów o możliwość ukarania kierowców, poprzez publikacje treści wyroków i wizerunków sprawców - zapowiada już prokurator Damian Sztachelek, zastępca prokuratora rejonowego w Rybniku. - Zwłaszcza, że wizerunki możemy publikować na stronie internetowej komendy wojewódzkiej policji w Katowicach - dodaje prokurator.
Na taką ewentualność pozwala sądom artykuł 50 kodeksu karnego. - Dzięki temu sprawca naprawdę poczuje, że zrobił coś złego, przynajmniej w opinii społecznej. To dla wielu będzie znacznie dotkliwsza kara od grzywny finansowej - uważa prok, Sztachelek. W Rybniku, 6 czerwca, prokuratorzy i policjanci spotkają się w tej sprawie, aby ustalić szczegóły współpracy w tym zakresie.
Sprawa publikacji wizerunków wraca po kilku miesiącach. Już w zeszłym roku DZ apelował do śląskich stróżów prawa, by poszli za przykładem swoich kolegów z innych rejonów Polski i karali w ten sposób pijanych sprawców najpoważniejszych przestępstw drogowych. Pomysł stosowany jest z powodzeniem na Dolnym Śląsku, Mazowszu, Lublinie, Gdańsku. Tam funkcjonariusze wnioskują o ujawnienie danych osobowych i wizerunku sprawców w sytuacjach, w których wina sprawcy jest bezsporna.
- To jednak wymaga ścisłej współpracy policji, prokuratury i sądu - wyjaśnia komisarz Marcin Szyndler z Komendy Głównej Policji w Warszawie.
Co na to prawo?
Z tej furtki sądy mogą korzystać od 15 lipca 2000 roku - wtedy zmieniło się prawo. Mówi o tym paragraf 3 artykułu 178 a kodeksu karnego i art. 50 KK. Art. 50. - Sąd może orzec w wypadkach przewidzianych w ustawie podanie wyroku do publicznej wiadomości w sposób przez siebie określony. Art. 178a § 3. W razie skazania za przestępstwo określone w § 1 lub 2 sąd może orzec podanie wyroku do publicznej wiadomości. (pragrafy 1 i 2 dotyczą prowadzenia pojazdu pod wpływem alkoholu - przyp. red.). Dziennik Zachodni, Jacek Bombor 31.05.2006
Do góry
Strajk w szpitalu w Ochojcu od czwartku
Lekarze z Górnośląskiego Centrum Medycznego w Katowicach Ochojcu, jednego z największych szpitali w regionie, od czwartku przystępują do strajku. Na tym nie koniec. 20 czerwca w śląskich szpitalach ma się rozpocząć strajk generalny!
Centrum ma 840 łóżek i 1930 pracowników. Strajk lekarzy oznacza ograniczenia w pracy dla wszystkich klinik i zamknięcie poradni. - Ogłaszamy bezterminowy strajk absencyjny - mówi dr Eugeniusz Piłat. - Centrum nie będzie przyjmować planowych pacjentów. Do pracy w klinikach i na oddziałach będzie przychodzić tylu lekarzy, by zapewnić bezpieczeństwo chorym, którzy już tam są lub trafią w stanach nagłych - dodaje.
- W naszym szpitalu jest grupa lekarzy zabiegowców, którzy zarabiają dobrze jak na polskie warunki. Większość jednak ma bardzo niskie stawki, dlatego rozumiem ich żądania - trzeba podwyższyć nakłady na leczenie. Obawiam się jednak, że strajk w naszym szpitalu będzie bardzo dotkliwy dla pacjentów - mówi dr Wojciech Wróbel, wicedyrektor GCM.
W centrum mieszczą się między innymi cztery kliniki kardiologiczne i dwie kardiochirurgiczne. Tam prawdopodobnie praca niewiele się zmieni, ponieważ i tak przyjmują głównie zagrożonych pacjentów. Nieczynne będą jednak także poradnie, w tym kardiologiczne. - Boję się, że wielu pacjentów będzie trafiać na dwie nasze izby przyjęć. Dlatego zleciłem, by pracowała tam podwójna obsada - wyjaśnia Wróbel.
Do strajku przygotowuje się też największy na Podbeskidziu Szpital Wojewódzki w Bielsku-Białej, a od wczoraj strajkują już Szpital Specjalistyczny Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie i Szpital Powiatowy w Pyskowicach (w całym województwie strajkujących szpitali jest już 18).
Także wczoraj odbyły się dwie pikiety. W Bystrej demonstrowali pracownicy tamtejszego Szpitala Chorób Płuc i Gruźlicy, a w Katowicach ok. 100 pielęgniarek i lekarzy ze Śląska. Byli pod urzędem wojewódzkim, marszałkowskim i miejskim. - Strajkujemy już trzeci tydzień, a nikt z nami nie podejmuje rzetelnych rozmów - tłumaczył powód pikiety szef OZZL na Śląsku Maciej Niwiński. Tym razem trzyosobowa delegacja lekarzy spotkała się wprawdzie z wicewojewodą Adamem Warzochą, ale rozmawiali tylko o tym, czy strajki są legalne.
Wieczorem lekarze poinformowali o powołaniu Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego, który na 20 czerwca zapowiada strajk generalny w śląskich szpitalach. Gazeta Wyborcza, Judyta Watoła 29.05.2006
Do góry
Na ratunek Szopienicom!
Jest w Katowicach miejsce, gdzie pod gruzami niszczeją ponadstuletnie piece do produkcji cynku. Niedaleko w walcowni stoją cztery maszyny parowe, których sława dotarła nawet do Londynu i Tokio. Członkowie Stowarzyszenia na rzecz Powstania Muzeum Hutnictwa Cynku w Szopienicach biją na alarm: wojewodo, pomóż ratować śląskie dziedzictwo!
W petycji do wojewody członkowie Stowarzyszenia na rzecz Powstania Muzeum Hutnictwa Cynku napisali: Do takiej postawy motywuje nas nie tylko potrzeba utrwalenia kunsztu wiekowych urządzeń technicznych, lecz także warunków, w jakich nasi ojcowie wypracowali podwaliny dla obecnej pozycji Katowic i Śląska. Pod petycją podpisało się już ponad 400 osób. - Trzydzieści lat tu pracowałem. Żal patrzeć, jak te cacka techniki z minionej epoki niszczeją na naszych oczach - mówi Marian Emmerich, emeryt z Katowic, który w sobotę złożył swój podpis.
Sława walcowni napędzanej czterema maszynami parowymi z Katowic Szopienic dotarła nawet do Londynu. W połowie lat 90. przyjechali tutaj radiowcy z BBC, żeby nagrać odgłos ich pracy. - Maszyny umilkły zaledwie cztery lata temu. Cały świat tu przyjeżdża, żeby je zobaczyć. Niestety, część budynków się zawaliła, a urządzenia są rozkradane przez złomiarzy - mówi Stefan Kmiecik, jeden z członków Stowarzyszenia.
Walcownią opiekuje się Andrzej Bożek z Szopienic. Dzięki niemu zabytkowe maszyny parowe z 1903 roku są w dobrym stanie, zawsze nasmarowane i błyszczące. Kilka dni temu zamontowali zagubione smarowniczki, bez których maszyna nie mogła dobrze pracować. - Maszynę obsługiwały dwie osoby, kobieta i mężczyzna. On był odpowiedzialny za stan techniczny, ona za dolewanie oleju i mycie kafelków, które musiały błyszczeć jak w książęcej łazience - opowiada Bożek.
W ostatnich latach walcownię upatrzyli sobie złomiarze. Wywieźli stamtąd część żeliwnych płyt z podłogi oraz formy, do których wlewano cynk. Członkom Stowarzyszenia udało się odzyskać niektóre ze skradzionych rzeczy, innym kradzieżom w porę zapobiegli. - Niestety, zawaliła się ostatnia z trzech hal z piecami muflowymi do produkcji cynku metodą destylacji. Stało się to kilkanaście miesięcy temu. Nie da się już tego miejsca odtworzyć - mówi Kmiecik. Stalową konstrukcję hali podcięli prawdopodobnie złomiarze.
- Pod gruzami jest jeszcze półtora tysiąca mufli - ceramicznych rur, w których wytapiano cynk. Chcemy pozbierać ich szczątki i odtworzyć proces produkcji - mówi Andrzej Karasiewicz.
Członkowie Stowarzyszenia marzą o utworzeniu tutaj Muzeum Hutnictwa Cynku, Ołowiu i Kadmu. Sadzą wokół walcowni drzewka, zakładają alarmy, zatrudnili ochronę. Chcieliby, żeby muzeum obejmowało również budynek dyrekcji huty z wieżą zegarową oraz dachem krytym gontem. - Na zachodzie Europy, we Francji, powstają w takich miejscach centra rozrywki, kawiarnie, miejsca spotkań młodzieży. Marzymy, żeby walcowania znowu odżyła, bo tylko dzięki temu będziemy mogli ją utrzymać. Staramy się o to bezskutecznie od ponad roku. Tymczasem potrzeba tylko trochę dobrej woli i pomocy ze strony władz - mówi Kmiecik. Petycja trafi do wojewody śląskiego Tomasza Pietrzykowskiego na początku czerwca.
To, że takie miejsca należy otoczyć szczególną troską i ratować przed zapomnieniem, wynika również z ankiety Gazety, w której pytaliśmy naszych Czytelników o to, jakich zmian oczekują w regionie. Mieszkańcy Śląska i Zagłębia odpowiedzieli, że chcą, by stare huty i kopalnie zostały odrestaurowane, żeby mogły przypominać o świetności tego regionu.
W dawnym laboratorium Huty Bernardi w Szopienicach działa już Izba Pamięci Tradycji Hutniczej. Można tutaj obejrzeć stare filmy, fotografie hut: Norma, Paweł, Uthemann i Wilhelmina wykonane w 1900 roku, fragment drewnianego ołtarza ze św. Florianem, patronem hutników, a także wyroby z cynku, fragment pieca muflowego oraz panoramę kompleksu należącego do dawnego koncernu Giesche, który obejmował niegdyś 127 ha. Kompleks został zaprojektowany przez architektów braci Zillmanów, tych samych, którzy stworzyli na desce kreślarskiej osiedla Giszowiec i Nikiszowiec.
Przeczytaj więcej: republika.pl/muzeumcynku/ Gazeta Wyborcza, Katarzyna Piotrowiak 28.05.2006
Do góry
Odlećmy z katowickim rynkiem
Władze Katowic ogłosiły konkurs na przebudowę ścisłego centrum stolicy aglomeracji. Gazeta apeluje: zerwijmy ze sztampą. Niech rynek zaprojektuje wielki architekt ze śmiałą wizją! Pokażmy światu, że potrafimy stworzyć centrum na miarę berlińskiego Potsdamer Platz. Katowickie śródmieście to fantastyczny punkt wyjścia do stworzenia niezwykłego miejsca. Jak to jednak zrobić? Najlepiej wzorując się na najlepszych, np. Potsdamer Platz w Berlinie. Jeszcze dziesięć lat temu były to pola porośnięte chwastami, dziś - dzięki wielkim architektom - obowiązkowy punkt każdej wycieczki odwiedzającej stolicę Niemiec.
W Katowicach jest łatwiej. Nie ma pustego placu, ale jest szereg budynków, począwszy od dziewiętnastowiecznych, a skończywszy na nowoczesnych. Potrzebna jest tylko klamra, która by je spięła, oraz atrakcja, która przyciągnęłaby ludzi do śródmieścia. Potrzebujemy budynku - ikony, najlepiej autorstwa jakiegoś słynnego architekta, np. Normana Fostera czy Daniela Libeskinda. Skoro mogą projektować dla Warszawy, dlaczego nie mogliby tego robić dla Śląska? Przecież tak duże miasto, jak Katowice musi stawiać na najwyższy poziom rozwiązań architektonicznych i urbanistycznych.
Stolica aglomeracji wielokrotnie w swojej historii udowadniała, że nie boi się dynamicznych zmian. Nowatorskie prądy architektoniczne ukształtowały wyraziste oblicze kilku dzielnic miasta. Dzięki wyobraźni architektów i odwadze inwestorów przy ulicach Skłodowskiej i PCK stoją przepiękne modernistyczne kamienice, pierwszy w kraju drapacz chmur, zespoły luksusowych domów mieszkalnych czy Śląski Urząd Wojewódzki. Lata powojenne to śmiałe wizje generała Jerzego Ziętka, którego pomysły potrafili wyrazić w betonie i szkle architekci z Miastoprojektu. Mimo powszechnego ubóstwa, udało im się tworzyć budynki, które i dziś zaskakują świeżością oraz odwagą. Błędnie uważane są za pozostałość komunizmu. To dobra późnomodernistyczna architektura!
Dziś znów potrzebujemy czegoś niezwykłego i zaskakującego. Wieżowiec Altus, banki ING czy NBP, to realizacje co najwyżej poprawne - budynki wykonane z bardzo dobrych materiałów w najnowszych technologiach. Katowice tęsknią za czymś w stylu Muzeum Guggenheima w Bilbao autorstwa Franka O. Gehrego. To zadziwiające dzieło architektoniczne przemieniło podupadające przemysłowe miasto kraju Basków w ważny ośrodek kulturalny i polityczny Hiszpanii.
Pojawiają się różne pomysły na przebudowę rynku. Niektórzy chcą powrotu do jego dziewiętnastowiecznego kształtu. Jednak zamknięcie rynku pierzeją od północy zaprzeczyłoby głównej idei katowickiego centrum - jego rozmachowi. Widok z rynku na Spodek nie powinien być zakłócony. Jest to silna oś kompozycyjna, która przypomina paryskie Pola Elizejskie. Jednak potrzebna jest godna oprawa tej przestrzeni. Dziś piesi muszą przemykać wśród samochodów i tramwajów. Dobrym rozwiązaniem byłoby stworzenie zielonego traktu, pod którym można by umieścić parkingi, sklepy. Dobrym przykładem jest Millenium Park w Chicago. W centrum miasta na zdegradowanych terenach kolejowych powstała najatrakcyjniejsza nieruchomość na terenie całego downtown. Stworzono park z niezwykłymi stalowymi obiektami, np. Bramę Chmur, w której odbija się tętniące życiem miasto. Tuż pod nim zbudowano parking na kilka tysięcy samochodów. Futurystyczne budowle, będące bardziej rzeźbami, asygnowane są nazwiskami największych twórców architektury i sztuki. W projekcie uczestniczyli prywatni sponsorzy, którzy sami wybierali artystów i mogli nazwać zbudowane obiekty swoim imieniem. Ceny gruntów wokół parku poszły niebotycznie w górę. Bez wielkich pieniędzy nie zbuduje się dziś nawet kawałka miasta.
Najlepszym specjalistą od public relations dla miasta jest jego architektura. Katowice potrzebują nowej twarzy. Warto inwestować w śmiałe projekty. Tylko takie mogą przyciągnąć inwestorów, a w dalszej kolejności turystów czy nowych mieszkańców. Odmienione centrum to szansa na sukces dla miasta. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 26-05-2006
Do góry
Matki zajmują pustostany w Katowicach
Samotna matka z dziećmi wprowadziła się do pustostanu. W Katowicach zdarza się to dziesiątki razy w roku. Miasto nie przyznaje praw do lokali, ale po cichu przyzwala na bezprawne zajmowanie mieszkań.
Komunalny Zakład Gospodarki Mieszkaniowej w Katowicach wezwał Edytę Kaźmierczak do natychmiastowego opuszczenia mieszkania. Zagroził, że inaczej usunie ją z meblami siłą. Ostateczny termin minął wczoraj o godz. 11.
Kaźmierczak nie posłuchała: - Nie mam dokąd pójść, a nie będę się tułać z dziećmi.
Do Katowic przyjechała z Zielonogórskiego trzynaście lat temu w odwiedziny do koleżanki. I już została. Nigdy nie pracowała, żyje z zasiłków - ma 690 zł miesięcznie. Ślub, po roku rozwód. Przemek ma 10 lat, Kamil 13. Wczoraj nie poszli do szkoły, żeby nie szukać się z mamą, jak ich wyrzucą z mieszkania. Adres zmieniali już pięć razy. Najdłużej, do czasu eksmisji bez prawa do lokalu socjalnego, mieszkali przy ulicy Dąbrowskiego. W kwietniu wprowadzili się do lokalu przy ul. Krzywej 5, zarządzanej przez KZGM. Pokój, kuchnia i ubikacja na korytarzu. Bezprawnie: - Drzwi nie musiałam wyłamywać, bo były rozwalone - opowiada Kaźmierczak. Znajomy naprawił, dorobił zamek, inni pomogli wnieść meble. Na szafie ustawiła rodzinne zdjęcia, pod oknem kwiaty, czuje się jak u siebie. Po miesiącu zgłosiła to w administracji. - W tym budynku na siedmiu lokatorów czynsz płaci tylko dwóch. Ja bym dawała podwójny.
- Starczy pani? - wtrącam.
- Opieka dźwignie mi zasiłki, węgiel da i remont obiecałam zrobić. Niech mi tylko przyznają ten lokal, dadzą szansę na pół roku - mówi.
Małgorzata Mędrzyk, kierowniczka administracji KZGM, nie dała się przekonać, ale nie wyrzuciła wczoraj lokatorki. - Wystąpiliśmy do policji z prośbą o asystę. Jak policjanci znajdą czas, wystawimy meble pani Kaźmierczak na korytarz - mówi.
- Wprowadzę się znowu - stawia się lokatorka. Jej sąsiadkę, która zrobiła to samo, co Kaźmierczak, policja wyprowadzała trzy razy. Sąsiadka trzy razy wracała aż dali jej spokój i mieszka.
- Ma sprawę w sądzie - tłumaczy Mędrzyk.
- Takich przypadków mamy dziesiątki w ciągu roku, najwięcej w Szopienicach i Załężu. Nie wiem nawet, ile dokładnie, bo administracje nie zawsze zgłaszają - mówi Jacek Kurzydło, zastępca dyrektora KZGM. - Wyjścia mamy dwa: usunięcie albo przymrużamy oko.
To drugie stosowane jest wobec samotnych matek z dziećmi, o ile sąsiedzi się na to zgodzą. Na Krzywej 5 wszyscy stoją za Kaźmierczak. - To mieszkanie od dawna było puste, zapuszczone, ćpuny się tam schodziły, straż miejską trzeba było wzywać co chwila. Teraz przynajmniej jest spokój - mówią.
- Wchodzimy wtedy na drogę administracyjną, która ciągnie się latami. Wzywamy do opuszczenia, negocjujemy, oddajemy sprawę do sądu. W końcu spisujemy protokół bezprawnego zajęcia lokalu i dajemy książeczkę opłat - wyjaśnia Kurzydło. I zaznacza: - To nie jest pozwolenie, tylko przyzwolenie. Ciche przyzwolenie.
Kurzydło twierdzi, że w wyjątkowych sytuacjach władze miasta mogą przyznać dzikiemu lokatorowi prawo do mieszkania. - Ja jestem temu przeciwny, bo to legalizowanie bezprawia - oświadcza Roman Buła, naczelnik wydziału budynków i lokali w katowickim magistracie. - Mieszkania czasami nie udaje się odzyskać, ale lokator też traci. Za zajmowanie lokalu bez tytułu prawnego ma ujemne punkty przy staraniu się o mieszkanie socjalne.
- Ludzie łamią prawo, bo takie staranie trwa długo, a w mieście są pustostany - mówię.
Buła: - Puste mieszkanie nie oznacza pustostanu. W sensie prawnym może być ciągle zasiedlone. Ktoś tam może być zameldowany. Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 25.05.2006
Do góry
II Kiermasz Wydawców Katolickich
To już drugie spotkanie wydawców z czytelnikami. Zaprezentowany zostanie m.in. album A nadzieja zawieść nie może, poświęcony tragedii na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich.
Hol gmachu Wydziału Teologicznego przy ul. Jordana na dwa dni zamieni się w halę wystawową. Od 2 do 3 czerwca swoje stoiska ustawią tam najwięksi wydawcy katoliccy. W auli budynku z czytelnikami spotkają się m.in. ks. prof. dr hab. Roman Rogowski, autor książki Ogień i słowo. Swoją najnowszą książkę będzie podpisywać o. Leon Knabit.
Przed budynkiem zagrają m.in. zespoły Non nomen i Ychtis. Pierwszego dnia w południe aktorzy Śląskiego Teatru Lalki i Aktora Ateneum zaprezentują na scenie dwie bajki. Główną atrakcją będzie wieczorny koncert zespołu Śląsk. Artyści wystąpią o godz. 19 w katedrze Chrystusa Króla w hołdzie dla ofiar tragedii w hali MTK. Gazeta Wyborcza, tm 25.05.2006
Do góry
Ogłoszono konkurs na przebudowę rynku
Prezydent Katowic ogłosił konkurs na przebudowę rynku. Efekty prac architektów poznamy pod koniec września. Inwestycja ma ruszyć najpóźniej w 2008 r., będzie kosztować setki milionów. - Ale są na to pieniądze - zapewnia prezydent Piotr Uszok.
Zwycięzca konkursu dostanie 50 tys. zł nagrody. Ale to władze Katowic zdecydują, czy ta koncepcja będzie realizowana i co się będzie dalej działo z rynkiem. Prezydent Uszok zapewnia, że jest zdecydowany radykalnie zmienić wizerunek miasta. - To moje marzenie - przyznaje.
Uczestnicy konkursu będą musieli zająć się nie tylko samym rynkiem i al. Korfantego aż do ronda, ale również niemal całym śródmieściem od ul. Chorzowskiej i al. Roździeńskiego po tory kolejowe. - Architekci będą musieli zdecydować, czy w centrum powinny powstać nowe budynki i gdzie - tłumaczy Uszok.
Najważniejszy jednak jest sam rynek i jego okolice. Uszok ma własne pomysły na to miejsce, ale architektom radzi, by posłuchali również opinii mieszkańców. Nasi Czytelnicy w ankiecie, którą niedawno opublikowaliśmy, nie chcą, by burzyć stojące tu budynki. Wolą, by je porządnie wyremontować. Z tym zgadza się również Uszok. - Rynek i al. Korfantego nie mogą stać się też jednym wielkim placem. Trudno będzie sprawić, by to miejsce żyło. Powinno tu być parę małych placyków, niewielkie parki, ale również nowe budynki. Ogromny plac nie zmieni miasta, tylko utrwali to, co mamy - podkreśla prezydent. Chce też odkrytej Rawy i podziemnych parkingów pod al. Korfantego.
Na razie nie wiadomo, kiedy dokładnie rozpoczną się prace przy przebudowie rynku, ale Uszok przyznaje, że najbardziej realny termin to dopiero 2008 r. Koszt całej inwestycji może wynieść setki milionów złotych. Prezydent mówi, że miasto stać na taki wydatek, ale będzie też szukał prywatnych inwestorów, którzy zaangażują się w przebudowę Katowic. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 24.05.2006
Do góry
Taxi dla niepełnosprawnych
Powstał projekt taksówki dla ludzi na wózkach. Katowice przeprowadzą ankietę, czy taki transport jest potrzebny.
Po mieście jeżdżą autobusy niskopodłogowe, ale nie docierają wszędzie i nie o każdej porze. Jest jedna taksówka przystosowana na potrzeby niepełnosprawnych. Dostępna od godz. 7 rano do 15. - Jeździ też w późniejszych godzinach, ale trzeba ją zamówić z dziennym wyprzedzeniem - tłumaczy Przemysław Uchański, kierownik radio taxi w Miejskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym w Katowicach.
Słowem: wieczór poza domem ludzie na wózkach muszą planować zawsze dzień wcześniej, skrupulatnie przewidując koniec zabawy i z nadzieją, że w tym samym czasie nie znajdzie się więcej chętnych. Spontaniczne wypady nie wchodzą więc w grę.
- Dlaczego specjalna taksówka nie może jeździć przez całą dobę i być na wezwanie za dziesięć minut, tak jak wszystkie? - dopytuję Uchańskiego.
- Bo nie ma takiego zapotrzebowania - ucina kierownik.
- Dwa, trzy razy w tygodniu ktoś do mnie dzwoni i pyta, jak się dostać wieczorem do lekarza, kina, znajomych - opowiada tymczasem Marek Plura, szef Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych Akcent w Katowicach. Sam na wózku, dużo podróżuje po zachodniej Europie. Za granicą korzysta ze specjalnych taksówek dla niepełnosprawnych. Chciałby taką w Katowicach.
Projekt auta jest już gotowy, wykonał go Jarosław Kałuski z Tychów. Mikrobus z trzema drzwiami na szerokość 1,18 m i całkowicie płaską podłogą. Bez windy, za to opuszczany do 120 mm nad ziemią, z wysuwanymi podjazdami. Mieści czterech ludzi na wózkach, z kierowcą włącznie. Specjalna taksówka ma być bowiem nie tylko transportem dla niepełnosprawnych, ale również miejscem pracy. Zatrudniać będzie Akcent. - Potrzebujemy tylko hali, piły taśmowej i prostych narzędzi ręcznych oraz 40 tys. zł na prototyp. To mniej, niż kosztuje przystosowanie normalnego auta - mówi Kałuski.
O najem hali Plura wystąpił do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Narzędzia pożyczą Kałuskiemu znajomi po fachu. O pieniądzach oboje rozmawiali w Urzędzie Marszałkowskim. Mogą liczyć na połowę, jeśli Katowice dołożą resztę.
- Mamy w celach strategicznych poprawę komunikacji - przyznaje Stefania Gowda, pełnomocnik prezydenta Katowic do spraw niepełnosprawnych. Ale myśli o wymianie wszystkich autobusów miejskich na niskopodłogowe. - Przy okazji przeprowadzimy ankietę, która wykaże, czy są potrzebne specjalne taksówki - dodaje.
Plura i Kałuski nie mają obaw, że specjalny tabor będzie stać na parkingu. Taksówka jest integracyjna. Dzięki rozkładanym siedzeniom może przewozić chodzących pasażerów.
Jeśli miasto odmówi wsparcia, będą szukać prywatnych inwestorów. Kałuski: - Pytałem niepełnosprawnych, gdzie najczęściej potrzebują się dostać. Wskazywali duże centra handlowe, gdzie mogą załatwić kilka spraw naraz,a centra zapewniają darmowy transport tylko ludziom sprawnym. Tracą klientów. Gazeta Wyborcza, Małgorzata Goślińska 23.05.2006
Do góry
Oryginalna galeria w dawnym szalecie
Absolwentki filozofii stworzyły w Katowicach niezwykły ciucholand.
Wąska klatka schodowa z ciemnoczerwonymi ścianami, na których wiszą czarno-białe zdjęcia. Mały przedsionek, a w nim manekin w turbanie siedzi na fotelu. Na ścianie zaśniedziałe lustro. Pomieszczenie z obrazami, stoliczkiem z filiżankami, deską do prasowania nakrytą dużą chustą, półką z książkami, z przywieszonym napisem: Tutaj możesz wymienić książkę. Słychać łagodną, jazzową muzykę. Potem przejście do pokoju zapełnionego wieszakami z ubraniami. Światło dają tylko lampy z hinduskimi abażurami, bo małe okienka są zasłonięte czarno-białymi fotografiami starych Katowic.
Galeria mody używanej Retro powstała w podziemiach katowickiej Superjednostki w miejscu, gdzie przed laty były szalety miejskie. Założyły ją 26-letnia Luiza Loska i o dwa lata starsza Katarzyna Jaworska. Obie są absolwentkami filozofii na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach Luiza zaczęła pracę w Centrum Handlowym Géant, Kasia jest fotografem. Wspólnie postanowiły założyć firmę. - Kiedyś okazało się, że mamy bardzo podobne marzenie: założyć sklep, jakiego jeszcze nie było w Katowicach, gdzie ludzie przychodziliby nie tylko coś kupić, ale popatrzeć, napić się kawy, porozmawiać. Chciałyśmy, żeby wszystko było w nim było oryginalne - mówi Luiza.
Dziewczyny sprowadzają używane ubrania z Wielkiej Brytanii, z worków wyciągają tylko najciekawsze egzemplarze, potem prasują i eksponują na wieszakach. Oferują szybkie przeróbki krawieckie. Ceny są takie same, jak w innych ciucholandach. W galerii Retro swoje dzieła wystawiają młodzi śląscy artyści. Przynoszą obrazy, zdjęcia, ręcznie robioną biżuterię, ubrania wydziergane na drutach, torby, wyszywaną pościel.
- Przychodzą do nas studentki, eleganckie panie, często wpada pani kostiumolog z Teatru Śląskiego. Ostatnio kupiła u nas błękitną sukienkę, w której zagrała aktorka w spektaklu Gąska w reżyserii Krzysztofa Materny - opowiadają zadowolone. Ich sklep-galeria nie narzeka na brak zainteresowania. Gazeta Wyborcza, Magdalena Górna 21.05.2006
Do góry
Nocna bitwa szalikowców w Katowicach
W nocy z soboty na niedzielę na placu Herberta w Katowicach kilkudziesięciu pseudokibiców GKS-u Katowice i Ruchu Chorzów stoczyło ze sobą regularną bitwę. Do awantury doszło na zakończenie zorganizowanej na osiedlu Witosa Majówki 2006, na której bawiło się kilkaset osób, w tym kobiety i dzieci. Bandyci bili się między nimi kijami, obrzucali kamieniami i koszami na śmieci.
Plac Herberta to ulubione miejsce spotkań mieszkańców katowickiego os. Witosa. W sobotę odbywała się tam majówka zorganizowana z okazji dziesiątej rocznicy powstania osiedla. Na małej scenie występowały zespoły dziecięce, grała górnicza orkiestra. Na grillach smażyły się kiełbasy i krupnioki, piwo lało się strumieniami. Pod wieczór na skwerze bawiło się ponad tysiąc osób.
Roman Przeździał na festyn przyszedł z żoną i dwiema córkami. Po godz. 21 zdecydował jednak, że wrócą do domu. Nocny pokaz ogni sztucznych oglądali już z balkonu mieszkania. - Widziałem wracających z meczu podpitych kibiców GKS i czułem przez skórę, że będą kłopoty. Jak popiją, to lepiej schodzić im z drogi - mówi Przeździał.
Kłopoty zaczęły się ok. godz. 23, już po zakończeniu festynu. W liczącym czterysta osób tłumie ktoś nagle zaczął skandować: Ruch, Ruch, niebiescy. To wystarczyło. Pijący piwo pseudokibice GKS-u ruszyli do ataku. W ruch poszły: kostka brukowa, kosze na śmieci i wyrwane z ławek deski.
- Wybuchła panika, bo gówniarze zaczęli się bić między Bogu ducha winnymi ludźmi. Kobiety krzyczały na dzieci, te płakały, zrobiło się takie małe piekiełko - wspomina Milan Chowaniec. Plac opustoszał w kilkadziesiąt sekund. Lekko ranna została jednak jedna z uczestniczek festynu. Kostka brukowa trafiła ją w głowę.
Kiedy na miejscu pojawili się policjanci, szalikowcy zjednoczyli siły i ruszyli na nich. Bijatyka trwała kwadrans. - Policjanci musieli strzelać w powietrze, inaczej by sobie nie poradzili z tą hołotą - opowiada starszy mężczyzna. Nie chce się przedstawiać, boi się. Kilku uczestników bijatyki mieszka bowiem w jego bloku. - Po dwóch chuliganów policja przyjechała w niedzielę przed południem. Jak ich wyprowadzali, jeszcze byli pijani - mówią mieszkańcy osiedla.
W trakcie interwencji policja zatrzymała 11 najbardziej agresywnych pseudokibiców. Po pięciu kolejnych pojechano do domów. Najmłodszy zatrzymany ma 14 lat, najstarszy 23. - To nie koniec, ustalamy nazwiska pozostałych uczestników awantury. Nikomu nie ujdzie to na sucho - zapewnia Adam Momot, szef katowickiej policji.
Wszyscy zatrzymani, za wyjątkiem 14-latka, trafią dzisiaj przed oblicze prokuratora. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 21.05.2006
Do góry
Telewizja otwiera drzwi
We wszystkich oddziałach Telewizji Polskiej niedziela będzie dniem otwartym. Od godz. 9 do 15 widzowie będą mogli zwiedzić gmach TVP3 przy ulicy Telewizyjnej 1 w Katowicach. - Goście będą mogli zobaczyć duże studio, w którym nagrywane są najpopularniejsze programy, jak Niedziela w Bytkowie. Odwiedzą też studio Aktualności, w którym odbędzie się konkurs dla dzieci. Będzie można usiąść na miejscu prezentera i przeczytać przesuwający się po ekranie tekst. Osoba, której pójdzie najlepiej, dostanie nagrodę - mówi Joanna Waszczak, dyrektorka Działu Reklamy TVP Katowice.
Podczas zwiedzania można będzie się spotkać z dziennikarzami i twórcami najpopularniejszych programów katowickiej telewizji, np. z Grażyną Bułką czy Mirkiem Szołtyskiem. Gazeta Wyborcza, mg 19.05.2006
Do góry
Znany typograf chce ozdobić tramwaje
Ed Fella, znany amerykański projektant liter, przyjechał do Katowic. Polska tak mu się spodobała, że postanowił wykonać specjalny napis dla naszych tramwajów.
Jeden z najbardziej znanych typografów, czyli projektantów czcionek, odwiedził w piątek Katowice i dał wykład w Bibliotece Śląskiej. Jego prace zdobią największe muzea na świecie. W Museum of Modern Art w Nowym Jorku ma dla siebie całą ścianę. W Wenecji jego grafiki zawisły na specjalnie umieszczonych billboardach. Fella zaskakuje jednak skromnością. - Stałem się sławny dopiero po pięćdziesiątce. Lepiej się nie śpieszyć do bycia znanym. Bycie nieznanym zwalnia ze starań o popularność - mówi.
- Pan Fella ma słabość do Polaków - mówi Ewa Satalecka, współorganizatorka wykładu. - Wychował się w Detroit, jednym z najbardziej robotniczych miast w USA. Jego matka była Austriaczką, a ojciec Niemcem. W kościele często spotykał się z Polakami, którzy również stanowili dużą grupę emigrantów.
Fella spacerował też po Katowicach z aparatem fotograficznym. Robił zdjęcia napisom i graffiti. Inspiracji do swoich projektów szuka bowiem zawsze na ulicy. Projektantowi tak spodobał się Śląsk, że postanowił zrobić specjalną grafikę dla naszych tramwajów. Gazeta Wyborcza, tm 19.05.2006
Do góry
Logo ćwierćwiecza pacyfikacji Wujka
Dagmara Tymków, studentka trzeciego roku katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, wygrała konkurs na opracowanie logo obchodów 25. rocznicy pacyfikacji kopalni Wujek. Śląsko-dąbrowska Solidarność, która patronowała imprezie, chce, by w tym roku uroczystości na Wujku miały szczególnie uroczystą oprawę.
Do udziału w rozstrzygniętym wczoraj konkursie przystąpiło około około 20 studentów ASP, którzy nadesłali ponad sto prac. Większość z nich nawiązywała w swoich dziełach do pomnika, który od kilkunastu lat upamiętnia pacyfikację kopalni. Taki motyw wykorzystała też Tymków: jej logo to dziewięć ukośnie położonych krzyży - takich, jakie znajdują się u podstawy pomnika. Jak tłumaczyła sama autorka, miały jednocześnie przypominać zasieki przeciwko czołgom. Na jednej z innych prac uwagę zwracał górniczy kask na tle kopalnianych budynków, a na innej - czarny, jak bryła węgla, bochenek chleba.
- Widać, że zadali sobie sporo trudu. To ważne, dzięki temu konkursowi pogłębi się u młodych ludzi wiedza o tym tragicznym wydarzeniu - komentował Piotr Duda, szef śląsko-dąbrowskiej S i jeden z członków konkursowego jury. Oprócz niego prace oceniali Stanisław Płatek, w grudniu 1981 r. ranny podczas pacyfikacji Wujka, a także Marian Oslizlo, rektor ASP, i Adam Romaniuk, prorektor tej uczelni. - Mieszkałem wtedy przy ul. Wincentego Pola, tuż koło kopalni, z pewnej odległości mogłem więc obserwować, co się tam wtedy działo - mówił Romaniuk. Wszyscy uczestnicy jury podkreślali wysoki poziom nadesłanych prac. Można je będzie zobaczyć w grudniu tego roku podczas wystawy w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach.
Zgodnie z regulaminem konkursu autorka zwycięskiej pracy ma teraz przygotować plakat na rocznicowe obchody. Jeden plakat przesłała już na wczorajszy konkurs - przedstawia na czarnym tle okrwawioną przestrzeloną dłoń ułożoną w symbol V. Wystarczy, że w uzgodnieniu z wykładowcami ASP trochę go zmodyfikuje. Prace będą wykorzystane w materiałach promujących uroczystości - m.in. na plakatach, billboardach, okolicznościowych znaczkach i monetach, a także przy oprawie graficznej koncertu i wystawy. - W swojej pracy chciałam zawrzeć tragedię i ból górników. Oglądałam krzyż stojący przy kopalni, czytałam książki o tamtych czasach - mówi zwyciężczyni.
Co roku uroczystości pod kopalnią Wujek znajdują się nieco w cieniu odbywających się w tym samym czasie imprez z okazji grudnia 1970 r. na Wybrzeżu. Solidarność chce, by w tym roku więcej niż zazwyczaj w całej Polsce mówiło się o Śląsku - nie tylko o Wujku, ale też o najdłuższym na początku stanu wojennego strajku w kopalni Piast. Patronat nad uroczystościami w katowickiej kopalni objął prezydent Lech Kaczyński. Gazeta Wyborcza, Józef Krzyk 18.05.2006
Do góry
Co w Katowicach zmieniliby taksówkarze?
Brzydkie dworce, zaniedbany rynek, a nawet oznaczenie ulic i domów.
Andrzej Szostak
Jak najszybciej powinno się zadbać o nasze dworce. Dworzec PKP to wizytówka miasta, tutaj większość przyjeżdżających rozpoczyna wizytę w Katowicach. Nietrudno zgadnąć, że pierwsze wrażenie jest odrzucające, budynek jest w opłakanym stanie. To samo jest z dworcem PKS, nie wspominając już o międzynarodowym przy ul. Sądowej. Przecież to jest zwykłe klepisko. Kiedy przyjeżdżają do nas podróżni z innych miast, to są zdezorientowani, biegają pomiędzy ul. Sądową i Skargi, szukając swojego autobusu. Skarżą się, że nawet nie ma miejsc, gdzie mogliby zostawić bagaże. To po prostu wstyd dla miasta. Powinny powstać nowoczesne dworce, z zapleczem sanitarnym i informacją, żeby nie było takiego zamieszania.
Andrzej Bartkowski
Cieszę się, że w mieście buduje się tyle dróg. Jednak na czas remontu ktoś powinien pomyśleć o zmianie organizacji ruchu. Nikt tego nie zrobił i od dłuższego czasu całe Katowice toną w korkach. Można by wykorzystać do tego ulice jednokierunkowe i poprowadzić tam ruch w obydwie strony. Kolejnym udogodnieniem byłaby lepsza synchronizacja świateł. Na wielu ulicach jest czerwona fala. Jak już raz stanie się na światłach, to potem trzeba stawać na wszystkich kolejnych. Przecież można by wprowadzić sygnalizację, która będzie wyposażona w czujniki ruchu. Takie rozwiązania doskonale sprawdzają się w Sosnowcu i Czeladzi, a nie jest to przecież duży koszt dla miasta.
Zygmunt Dragunowicz
Po pierwsze zmieniłbym rynek. Od dłuższego czasu mówi się o jego przebudowie, ale kończy się na obietnicach. Nawet pomnik Korfantego postawili obok Urzędu Wojewódzkiego, a przecież mógłby stanąć na rynku. W magistracie chyba zapomnieli o tym miejscu. Zamiast tego budują jakieś wymyślne kopuły na rondzie. Powinna także powstać jakaś pływalnia z prawdziwego zdarzenia. We wszystkich okolicznych miastach są już nowoczesne aquaparki, a Katowice jakoś nie mogą się doczekać na taką inwestycję.
Leszek Świtała
Poważnym problemem są tabliczki z numerami domów, a właściwie ich brak. Przecież to jest regulowane ustawą, ale jakoś nikt się tym nie zajmuje. Straż miejska powinna przypilnować, żeby na wszystkich budynkach były umieszczone duże, czytelne tablice. To, że my czasem krążymy z klientami w poszukiwaniu jakiegoś domu, to nic. Gorzej, jak taki problem mają straż pożarna albo pogotowie ratunkowe. Gazeta Wyborcza, jm 17-05-2006
Do góry
Pomnik Jana Pawła II przed katedrą
Jego odsłonięcie zaplanowano na piątek. Przy okazji katowicki magistrat za ponad 900 tys. zł kupił plac naprzeciwko katedry i zamierza zadbać o jego wygląd.
Rok temu, tuż po śmierci Jana Pawła II, katowiccy radni postanowili wybudować Papieżowi pomnik. Wczoraj rzeźbę ustawiono na cokole z boku katedry. Od samego początku niektórzy przedstawiciele Kościoła sceptycznie traktowali pomysł radnych. - Nie sądzę, aby kolejne kopce, ulice czy pomniki sprawiły Ojcu Świętemu radość - mówił ks. prof. Michał Czajkowski, przyjaciel Jana Pawła II.
Podobnie uważał ks. Arkadiusz Wuwer, teolog z Uniwersytetu Śląskiego, który wprost stwierdził, że pomnik, to niewymagający wysiłku hołd. - Pieniądze, które mają iść na Jego pomniki, lepiej przeznaczyć na dzieci ulicy, biedną młodzież i dostrzegać człowieka - radził wtedy ks. Wuwer.
Radni zrobili jednak po swojemu i na piątkowy wieczór zaplanowano jego uroczyste odsłonięcie pomnika. Razem z postumentem kosztował miasto ok. 190 tys. zł. Zaprojektował go rzeźbiarz Gustaw Zemła. Jest to nieco zmieniona kopia dzieła, które artysta wykonał dla Montevideo, stolicy Urugwaju. Oficjalnie urzędnicy nie chcą tego komentować. Ale jeden z nich zwierzył się, że to dobry wybór, bo pomnik nie będzie trudną do zaakceptowania artysty i Papież jest po prostu do siebie podobny.
Waldemar Bojarun, rzecznik magistratu, mówi, że pomnik stanie w mieście z trzech powodów.
- Najważniejszy to ten, że chcemy, żeby wszystkich przypominał o naukach Jana Pawła II. Pamiętamy też, że był on w 1983 roku w Katowicach i później zgodził się przyjąć honorowe obywatelstwo miasta - mówi rzecznik.
Wcześniejsze opinie duchownych kwituje krótko: - Mamy w Katowicach dwa szpitale, hospicjum i szkołę imienia Jana Pawła II. Mamy więc pomniki instytucjonalne. Nam chodziło jeszcze o skromną figurę - tłumaczy.
Jerzy Forajter, przewodniczący Rady Miasta, przypomina, że miasto wydaje dużo pieniędzy na pomoc społeczną. - Nie zaniedbujemy pola tak bliskiego Kościołowi. A pomnik jest potrzebny nam - mieszkańcom - mówi.
Z budową pomnika zbiegła się decyzja Piotra Uszoka, prezydenta Katowic, który odkupił od Górnośląskiej Spółdzielni Handlowej Społem działkę naprzeciwko katedry. Gmina zapłaciła za nią ponad 900 tys. zł.
- To zbieg okoliczności. Rozmowy trwały długo. Zamierzamy powiększyć i upiększyć ten plac - mówi Bojarun.
Ks. Wuwer ma dziś nadzieję, że pomnik, który stanął z inicjatywy radnych, będzie kierował myśli i serca katowiczan ku nauczaniu Jana Pawła II. - I że będzie dla nich umocnieniem we wprowadzaniu ich w życie - dodaje. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 16.05.2006
Do góry
Centrum Kongresowe powstanie w Katowicach
Katowice chcą wybudować Międzynarodowe Centrum Kongresowe, które ma ożywić śródmieście. Budowla stanie na dawnym placu drzewnym kopalni Katowice.
Budowa Międzynarodowego Centrum Kongresowego to jeden z elementów Strategii Rozwoju Miasta. Magistrat chce, by gmach stanął tuż obok Spodka i przyszłej siedziby Muzeum Śląskiego, czyli na dawnym placu drzewnym zlikwidowanej kopalni Katowice. Pomysł władz miasta wspiera Jerzy Polaczek, minister transportu i budownictwa. - To teren należący do Skarbu Państwa - wyjaśnia.
Niewykluczone, że magistrat sięgnie po fundusze unijne na budowę. - MCK na pewno ożywi centrum Katowic. Nie będzie świeciło pustkami, bo zainteresowanie inwestorów Katowicami jest nadal duże - przekonuje Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. Gazeta Wyborcza, pj 14-05-2006
Do góry
Miasto kupuje mieszkania i sklepy
Żeby ułatwić remonty katowickich kamienic, magistrat chce odkupić znajdujące się w nich mieszkania czy sklepy.
We wrześniu zeszłego roku ogłoszono wyniki konkursu na przebudowę katowickiej ul. Dworcowej i okolic. Dworcowa ma się zamienić w deptak, a pod nią wybudowane zostaną pasaż handlowy i parkingi. Z pobliskich uliczek znikną samochody, wszędzie będzie więcej ławek i latarni. Trzeba też odnowić tutejsze kamienice. Część z nich mogłaby przeobrazić się w domy studenckie z barami i restauracjami. Niewykluczone też, że w jednym z budynków na ul. Mariackiej swoją siedzibę będzie miał teatr Korez.
To na razie plany, bo póki co na ul. Dworcowej i w okolicy nic się nie dzieje. Urzędnicy twierdzą jednak, że robią wszystko, by prace w tej części miasta rozpoczęły się jak najszybciej. Piotr Uszok, prezydent Katowic, zdecydował niedawno, że miasto będzie mogło kupować znajdujące się tu mieszkania czy sklepy. Wtedy magistrat byłby jedynym właścicielem budynków. Dotyczy to nie tylko Dworcowej, ale także ulic Pawła, Wodnej i Górniczej, które też czeka przebudowa.
- To nie tak, że od razu wszystko będziemy kupować. Chcemy uporządkować własność budynków, ponieważ zdarza się, że chcemy remontować dom, a jego współwłaściciel nie, bo nie ma na to pieniędzy. Dlatego tam, gdzie będzie to konieczne, miasto odkupi udziały - wyjaśnia Waldemar Bojarun, rzecznik katowickiego Urzędu Miasta. Jego zdaniem ułatwi to przebudowę śródmieścia.
Pierwsze prace w rejonie ul. Mariackiej mają rozpocząć się jeszcze w tym roku. Gorzej z ul. Dworcową. Urzędnicy czekają, aż znajdzie się inwestor, który będzie współpracował z miastem. Gazeta Wyborcza, pj 12.05.2006
Do góry
Targi Samolotów Lekkich i Ultralekkich
12-14 maja, Katowice Muchowiec, lotnisko
Marzenia o lataniu, tak jak w przypadku bohaterów filmu Wniebowzięci Andrzeja Kondratiuka, spełniają się coraz częściej. Wystarczy zasobny portfel oraz długi pas zieleni przed domem, by wzbić się w niebo własnym małym samolotem. Od piątku do niedzieli na katowickim lotnisku Muchowiec odbędą się Międzynarodowe Targi Samolotów Lekkich i Ultralekkich. Najważniejsi producenci takich maszyn dosłownie zlecą się z różnych stron świata, by zaprezentować je nie tylko na płycie lotniska, ale też w powietrzu, podczas próbnych przelotów. Wystawców zwykle jest kilkudziesięciu, a trzech z nich wylatuje z Katowic opromienionych chwałą. Najlepsi w kategoriach: Najdłuższy lot, Najciekawszy eksponat oraz Zasługi na rzecz promowania lotnictwa w Polsce otrzymują Złote Skrzydła. W tym roku na targi przygotowano dodatkowe atrakcje. Jedną z nich będą zawody w celności lądowania. Na specjalnej ekspozycji pojawią się również samoloty zabytkowe sprowadzone z Muzeum Lotnictwa w Krakowie, a także repliki najpopularniejszych samolotów II wojny światowej.
Każdego dnia targi będą otwarte od godz. 9 do 18. Dla gości do 15 lat wstęp wolny, reszta zapłaci 7 zł. Gazeta Wyborcza, Marcin Mońka 12.05.2006
Do góry
Katowickie rondo nie dla wszystkich
Przebudowa ronda, największa inwestycja Katowic ostatnich lat, ma usprawnić komunikację w mieście. Niestety, projektanci zapomnieli o rowerzystach i niepełnosprawnych.
Żeby przedostać się przez rondo, trzeba korzystać z przejść podziemnych. Z trzech narożników skrzyżowania prowadzą do nich schody i rampy, dostosowane dla osób niepełnosprawnych. Jednak od strony banku PKO są tylko schody. - Nie mogliśmy wykonać pochylni, gdyż nie ma miejsca. W pobliżu przebiega cała magistrala mediów. Przesunięcie jej dalej wymagałoby zburzenia budynku PKO. Wykorzystaliśmy całą dostępną przestrzeń. Jedynym rozwiązaniem były schody - wyjaśnia Bronisław Rduch, kierownik nadzoru robót.
Na razie nikt z wózkiem tędy nie przejedzie, a w miejscu windy stoi tylko pusty szyb. - Dźwig pojawi się pod koniec września. Będzie montowany równocześnie z tym wewnątrz kopuły - zapewnia Rduch.
Taka sytuacja nie dziwi Marka Plury, prezesa Śląskiego Stowarzyszenia Edukacji i Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych Akcent. - Rondo zawsze było dla nas czarną dziurą. Żaden niepełnosprawny się tu nie zapuszczał. Wciąż omijamy je szerokim łukiem.
Pokrzywdzeni są również rowerzyści. - Myślałem, że przebudowa coś zmieni. Mogli zrobić na schodach chociaż małą pochylnię, żeby człowiek nie musiał targać na plecach ciężkiego roweru - mówi Mirosław Głuszek, rencista.
Rowerzyści, których spotkaliśmy wczoraj pod rondem, narzekali: - Rampy są wąskie, dwóch rowerzystów się nie minie. Jest bardzo mało miejsca na zakrętach. Brakuje tabliczek informacyjnych, przez co łatwo się pogubić.
Dla budowniczych ronda problem nie istnieje. - Szuka pan dziury w całym - mówi Rduch. - Jak ktoś jeździ na rowerze, to ma też siłę, żeby wnieść go po paru schodkach. Zresztą sytuacja poprawi się, gdy powstaną ścieżki rowerowe, omijające rondo. Są już nawet ich plany. Gazeta Wyborcza, Tomasz Malkowski 11.05.2006
Do góry
Czy orzeł powróci?
Nie ma szczęścia unikatowa płaskorzeźba orła, która przez ponad pół wieku zdobiła fronton gmachu przy ul. Warszawskiej 14 w Katowicach. Zniknęła podczas remontu budynku w 1996 roku i od tego czasu fasada świeci pustką.
- Orzeł przetrwał okupację niemiecką i okres PRL-u. Rozpadł się dopiero wskutek karygodnego niedbalstwa i od tego czasu jakoś nikt się o niego nie upomina. A to przecież dzieło wybitnego architekta Mariana Lalewicza - denerwuje się 80-letni Andrzej Rożanowicz, który płaskorzeźbę przez kilkadziesiąt lat widział z okien swojego mieszkania. - Poza tym wizerunek godła państwowego jest chroniony ustawą - dodaje.
Willę przy ul. Warszawskiej 14 wybudował na początku ubiegłego stulecia znany katowicki architekt Ignacy Gruenfeld dla siebie i swojej rodziny. W latach trzydziestych budynek kupił Państwowy Bank Rolny. Zadecydowano o jego przebudowie, podczas której gmach całkowicie zmienił swoje oblicze. Styl nawiązujący do baroku zastąpił styl nowoczesny i awangardowy. Całością prac kierował Marian Lalewicz, światowej sławy architekt. Wtedy właśnie na fasadzie zawisła płaskorzeźba godła.
- Przebudowa Banku Rolnego to prawdziwy unikat w twórczości Lalewicza. Był on architektem nawiązującym do klasycyzmu i to chyba jedyny tak nowoczesny projekt jego autorstwa. Jego integralną częścią była oczywiście zgeometryzowana płaskorzeźba godła - mówi dr Jacek Owczarek, wojewódzki konserwator zabytków.
Po wojnie budynek był siedzibą NBP, a następnie Banku Śląskiego. Obecnie mieści się tutaj rektorat Śląskiej Akademii Medycznej. Jak udało się ustalić, godło zniknęło podczas remontu przeprowadzonego w 1996 roku na zlecenie Banku Śląskiego. Już wtedy wojewódzki konserwator zabytków zgłaszał zastrzeżenia co do prawidłowości przebiegu prac. - Remont rozpoczął się bez wymaganego zezwolenia. Dlatego wstrzymaliśmy roboty, ale były już tak zaawansowane, że płaskorzeźby nie udało się uratować - mówi Owczarek.
O zamieszaniu związanym z orłem pisaliśmy dwa lata temu. Wtedy Bank Śląski zadeklarował pomoc przy jego odtworzeniu. Jednak na deklaracjach się skończyło. - Od tamtej pory nikt po prostu nie zwrócił się do nas o pomoc w tej sprawie - tłumaczy Joanna Majer z Banku Śląskiego. - Gdyby jednak ktoś na powrót chciał zawiesić tam orła, to część kosztów moglibyśmy pokryć - zapewnia Majer.
W Śląskiej Akademii Medycznej nikt o orle nie słyszał. - To dla nas prawdziwa niespodzianka. Kiedy przejmowaliśmy budynek, fasada była pusta - mówi Izabela Koźmińska-Życzkowska, rzeczniczka ŚAM. - Władze uczelni nie miałyby nic przeciwko powrotowi godła. To powinno dodać uroku tej trochę szarej i jednolitej elewacji. Podstawowy problem to skąd wziąć pieniądze - wzdycha Koźmińska-Życzkowska.
Całą sprawą obiecał zająć się wojewódzki konserwator zabytków. Jednak jak twierdzi Owczarek, nie można w tym przypadku wydać urzędowego nakazu przywrócenia płaskorzeźby. - Możemy zwrócić się do obecnego właściciela budynku, Śląskiej Akademii Medycznej, która nie ponosi winny za samowolę poprzedniego właściciela. Dlatego będzie to tylko pismo sugerujące przywrócenie orła. Może w ten sposób zawiąże się jakaś wspólna inicjatywa Akademii Medycznej i Banku Śląskiego - mówi Owczarek. Gazeta Wyborcza, Jacek Madeja 10.05.2006
Do góry
Faszystowskie plakaty na ulicach Katowic
Nazistowska organizacja Blood and Honour rozwiesza na ulicach Katowic ulotki nawołujące do dbałości o czystość białej rasy.
Na ulotkach jest adres i telefon osoby, która firmuje faszystowskie hasła. Kiedy jednak zadzwoniliśmy na podany numer, odezwał się głos... koordynatora Śląskiego Centrum Informacji o Sektach. - Nie mam nic wspólnego z Blood and Honour! - zapewnia Dariusz Pietrek. - Chyba jednak wiem, kto to zrobił.
Pietrek od lat pomaga ofiarom sekt. Za jedną z najgroźniejszych uważa Bractwo Zakonne Himawanti. Jej przywódca Ryszard M. groził zamachem na Jana Pawła II. Kilka miesięcy temu został aresztowany. Sekta działa jednak dalej i werbuje nowych członków.
Kiedy Pietrek złożył na policji doniesienie o działaniach sekty, ktoś oplakatował osiedle, na którym mieszka. Ulotki informowały, że Pietrek jest pedofilem. Policja ustaliła, że za plakatami stoi Himawanti. Tym razem może być podobnie.
- To typowa metoda działania tej sekty - uważa komisarz Zbigniew Urbański z Komendy Głównej Policji. - Nie możemy jednak wykluczyć, że ulotki mają jednak związek z organizacją Blood and Honour.
Śledztwo w sprawie tego faszystowskiego związku trwa od miesięcy. Policja na bieżąco monitoruje strony internetowe organizacji. Znajduje się na nich kilkaset nazwisk, zdjęć i danych jednostek do usunięcia. Na czarnej liście może się znaleźć każdy - wystarczy, że robi coś, co nie podoba się faszystom, np. gra w zespole lewackim albo organizuje sympozja o kulturze żydowskiej.
Skandaliczne strony opisywaliśmy ponad dwa tygodnie temu. - Na razie nikomu, kto jest na liście Blood and Honour, nie przytrafiło się nic złego - mówi Urbański. - Niestety, jako polska policja mamy związane ręce. Serwer, z którego pochodzą te strony, znajduje się na terenie Stanów Zjednoczonych. Poprosiliśmy już o pomoc Amerykanów. Odpisali, że mogą wszcząć działania, jeśli prześlemy im więcej danych, a my dysponujemy tylko adresem strony. Nic więcej nie możemy ustalić! Jesteśmy bezsilni, a Amerykanie, widać, bagatelizują tę sprawę.
Chase Beamer, zastępca attaché prasowego ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie: - Rząd Stanów Zjednoczonych szanuje prawo do swobody wypowiedzi gwarantowane na mocy 1. poprawki do konstytucji. Wierzymy w swobodny przepływ informacji i umożliwianie dostępu do informacji w internecie. Nie wiedzieliśmy jednak o pogróżkach wysuwanych pod adresem konkretnych osób. Jesteśmy zainteresowani współpracą z polskimi władzami w tej sprawie. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 09.05.2006
Do góry
Atrakcyjne szkolenia dla bezrobotnych
Gratka dla bezrobotnych, którzy chcą znaleźć dobrą pracę. Mogą za darmo nauczyć się niemieckiego i obsługi komputera! W Austrii po takich szkoleniach pracę znajdowało 80-90 proc. uczestników.
Kursy, które wczoraj rozpoczęły się w Katowicach, zorganizował Główny Instytut Górnictwa razem z Ogólnoaustriackim Stowarzyszeniem Wspierania Pracy i Zatrudnienia. Chciało w nich wziąć udział 300 osób, ale ostatecznie wybrano sto. W zajęciach mogą uczestniczyć bowiem tylko ci, którzy niedawno stracili pracę, właśnie dostali wypowiedzenia albo pracują w firmach, w których nie są pewni swojej przyszłości. Heinz Pascher, menedżer projektu, zapewnia, że absolwenci kursu łatwo znajdą dobrą posadę. - W Austrii po takich szkoleniach pracę znajdowało 80-90 proc. uczestników. Chcemy, by w Polsce było tak samo. Współpracujemy z kilkunastoma firmami austriackimi, które działają na Śląsku. Jesteśmy też w kontakcie z Urzędem Miasta w Katowicach, który będzie informował nas o nowych miejscach pracy - mówi Pascher.
Szkolenia odbywają się w 25-osobowych grupach. Zajęcia trwają osiem tygodni i odbywają się codziennie z wyjątkiem weekendów.
- Stawiamy na aktywność naszych kursantów. Nie chcemy, by siedzieli w domach - mówi Ryszard Marszowski, zastępca kierownika projektu. Podczas zajęć można nauczyć się niemieckiego i obsługi komputera. Najważniejsze jednak, że każdy będzie mógł się przekonać, do jakiej pracy najlepiej się nadaje.
25-letnia Mirosława Mentel z Bytomia skończyła niedawno studia na Politechnice Śląskiej. Pracy nie udało się jej znaleźć. - Byłam na stażu w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim, ale nie było tam szans na stałą pracę - mówi. Skorzysta też z lekcji niemieckiego, bo zna tylko angielski. - Nie będę za to miała problemu z komputerami, ale będę chodzić na zajęcia, bo to lepsze niż czekanie w domu na telefon w sprawie pracy. Non stop wysyłam aplikacje i może teraz wreszcie coś znajdę - dodaje.
Cykl szkoleń kosztuje 2,3 mln zł. Finansują go Unia Europejska i budżet państwa. Informacje o kursach - siedziba GIG-u przy al. Korfantego 79. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 08-05-2006
Do góry
Dlaczego nastolatek skoczył z wieżowca?
16-letni Kazimierz, który dwa dni temu skoczył z dachu wieżowca w Katowicach, prawdopodobnie popełnił samobójstwo.
Chłopiec skoczył w niedzielę z dachu 10-piętrowego wieżowca na osiedlu Odrodzenia. Świadkiem wypadku był jego kolega Dominik. Mieli zrobić zdjęcie panoramy Katowic. - Nic wcześniej nie wskazywało na to, że jest z nim coś nie tak. Gadał, śmiał się. Jak weszliśmy na dach, okazało się, że nie ma przy sobie aparatu. Kiedy go o to zapytałem, tłumaczył, że chciał najpierw znaleźć odpowiednie miejsce. Kiedy mieliśmy schodzić na dół, Kazik tylko krzyknął na razie i runął - opowiadał roztrzęsiony Dominik.
Policja podejrzewa, że Kazimierz mógł popełnić samobójstwo. - Kiedy chłopcy wychodzili z windy, Dominik zauważył, że Kazimierz wsuwa jakąś karteczkę w jej drzwi. Przeszukaliśmy szyb windy i znaleźliśmy fiszkę, na której była informacja: Idźcie do domu, w pudle od gitary będzie zeszyt, gdzie wszystko jest napisane - mówi Magdalena Szymańska-Mizera, rzeczniczka katowickiej policji.
W pokoju Kazimierza rzeczywiście znaleziono zeszyt, a w nim kilka zapisanych kartek. Pisał o bezsensie życia: Nie ma tu miłości, a to wszystko jest bardzo okrutne.
Chłopiec pisał teksty piosenek dla zespołu, w którym grał muzykę metalową. Z dotychczasowych ustaleń policji wynika, że nie miał problemów ani w szkole (chodził do zawodówki w Kostuchnie), ani w domu. Nie nadużywał alkoholu, nic nie wiadomo, by miał brać narkotyki. - Taki zwykły nastolatek - mówią policjanci.
Tylko jedna rzecz wydaje im się dziwna: Kazimierz opowiadał kolegom, że ma raka. To jednak nie była prawda.
Policja sprawdza, w jaki sposób chłopcy weszli na dach. Wczoraj przesłuchano przedstawicieli Spółdzielni Mieszkaniowej Silesia, do której należy wieżowiec, z którego skoczył Kazimierz.
Henryk Naturski, prezes spółdzielni, powiedział nam, że nie ma żadnych przepisów, które regulowałyby sposób zamykania dachów. Najczęściej robi się to tak, by uniemożliwić wyjście na dach dzieciom. Jednak dorosły powinien umieć je otworzyć, Szymańska-Mizera tłumaczy, że wynika to z przepisów przeciwpożarowych: - Nie można położyć sztaby czy też powiesić kłódki na drzwiach na dach, bo to zablokowałoby drogę ewakuacyjną. Gazeta Wyborcza, Anna Malinowska 08.05.2006
Do góry
Dzielnicowi bez kamizelek
Urząd Miasta kupił katowickim policjantom kamizelki z napisem Dzielnicowy. Policjanci ich nie noszą, bo zabraniają tego przepisy.
- Katowiczanie od razu będą wiedzieli, z kim mają do czynienia i gdy będą chcieli zgłosić mu jakiś problem, to już się im nie wywinie - mówił trzy lata temu półżartem Bogumił Sobula, naczelnik wydziału zarządzania kryzysowego Urzędu Miasta w Katowicach, gdy Gazeta pisała o tym, że dzielnicowi dostaną w prezencie od miasta jaskrawe kamizelki z napisem Dzielnicowy. Jedna kamizelka kosztowała ok. 30 zł. Sobula mówi, że kupiono ich ponad sto.
- Zresztą na prośbę i za zgodą policji - podkreśla.
Okazuje się jednak, że policjanci, którzy patrolują miejskie zaułki, z prezentu od miasta nie korzystają.
- Zgodnie z przepisami na umundurowaniu nie może być innych napisów niż Policja, więc kamizelki wycofaliśmy z użytku. Idea była słuszna, musimy się jednak trzymać litery prawa - mówi komisarz Magdalena Szymańska-Mizera, rzeczniczka prasowa katowickiej policji.
Sobula zapewnia, że urzędnicy nie mieli pojęcia o tych wymaganiach.
- Cel był zbożny, metoda może trochę mniej, ale jeżeli nawet policjanci krótko nosili nasz podarunek, to i tak się opłaciło - mówi.
Wczoraj nikt nie chciał się przyznać, co policja zrobiła z nieregulaminowymi kamizelkami. Gazeta Wyborcza, pj 07.05.2006
Do góry
Była taka katowiczanka...
Za niespełna dwa miesiące, 28 czerwca, przypadnie setna rocznica urodzin wielkiej katowiczanki, laureatki Nagrody Nobla - Marii Goeppert-Mayer. Jest zatem dość czasu, by wreszcie uczcić tę postać czymś więcej niż niepozorną tabliczką na brudnym murze. Zastanawia mnie, dlaczego tak bezsensownie marnujemy nazwiska naszych znamienitych ziomków? Czyżby Katowice opływały w tak wielkie postacie literatury, sztuki i nauki, byśmy mogli grymasić i przebierać? Mamy jedną, jedyną noblistkę urodzoną w Katowicach, wielką uczoną pochodzącą z zacnego śląskiego rodu - i powinniśmy się nią chlubić, na sztandarach wypisywać, sprzedawać wszem i wobec.
Kiedy dojeżdżamy do miasta Pibor w czeskim Kraju Śląsko-Morawskim, już z daleka widać wielkie billboardy: Witamy w mieście, w którym urodził się Sigmund Freud. I Freud jest tam dosłownie wszędzie: na murach, na folderach, na porcelanowych kubkach, w kawiarniach i restauracjach, wreszcie na internetowej stronie miasta. Ba, byłem niedawno w podopolskich Krapkowicach - z którejkolwiek by strony wjechać do miasta, wszędzie przy rogatkach stoi wielki szyld: Krapkowice, miasto Malwiny Ratajczak - Miss Polonia 2006. Śmieszne? Wcale nie, bardzo rozsądne i marketingowe.
Ale my upieramy się, by naszych wielkich spuszczać w niepamięć i udawać, że ich nie ma, że ich nigdy nie było, że w ogóle nie istnieli. Kiedy 15 lat temu katowickie liceum pozbywało się ciążącego imienia niemieckiego komunisty Wilhelma Piecka, była okazja ubrać je w imię wielkiej fizyczki Marii Goeppert-Mayer właśnie. Szansa tym bardziej godna, że liceum to od dawna słynie z osiągnięć w fizyce i matematyce. Ale nie, znowu odezwali się Prawdziwi Patrioci i wymyślili szkole Marię Skłodowską-Curie na patronkę. Nic nie ujmuję tej wielkiej postaci, przypominam tylko, że ani ze Śląskiem, ani z Katowicami nie miała nic wspólnego i szkół ma już w Polsce na pęczki.
Jeśli do głów decydentów nie przemawiają lokalno-patriotyczne argumenty, niech chociaż przemówią walory marketingowe. Wspomniane już miasto P ibor ma 600-letnią tradycję, w tym także tradycję wspaniałego szkolnictwa zakonnego. Ma dość starych murów, którymi bez trudu można zapełniać albumy. Ale miejscowi rajcy wiedzą, że jeśli komukolwiek na świecie miasto z czymś się kojarzy, to właśnie z postacią wielkiego psychiatry, którą zna każdy wykształcony człowiek od Ameryki po Daleki Wschód. I cóż z tego, że Freud był niemieckojęzycznym Żydem, że w Piborze spędził ledwie pierwsze trzy lata swego życia? Jest ikoną swojego rodzinnego miasta i jego najważniejszą reklamą. Tymczasem stolica województwa śląskiego ma o wiele mniej lat i jeszcze mniej starych murów, o tradycjach naukowych ze wstydem nie wspomnę. A mimo to bezmyślnie rozrzuca, bez opamiętania trwoni perełki swojego obywatelskiego dorobku.
Od pewnego czasu ktoś w mieście uparcie lansuje postać Jana Nepomucena Stęślickiego, postać wyciągniętą z lamusa, kompletnie nieznaną i nijak powiązaną z Katowicami. Błyskawicznie zbudowano mu ulicę (jako patriotyczną przeciwwagę dla ulicy Grundmanna), a w miejskim portalu internetowym wypisano gigantyczną notę biograficzną, godną dziesięciu Korfantych. Mamy teraz groteskową sytuację: dowolna wyszukiwarka internetowa w sekundę znajduje ok. 100.000 (sto tysięcy!) adresów związanych z Marią Goeppert-Mayer - adresów polskich, niemieckich, amerykańskich, szwedzkich, brytyjskich i wszelkich innych. Na hasło Jan Nepomucen Stęślicki wyszukiwarki wyświetlają tylko jeden adres: Urząd Miasta Katowice.
Panie i panowie radni, panie i panowie urzędnicy: do 28 czerwca jest jeszcze trochę czasu. Opamiętajcie się, proszę, pomyślcie chłodno i zróbcie coś rozsądnego w tej mierze. Gazeta Wyborcza, Michał Smolorz 05.05.2006
Do góry
Projekt powodem zawalenia hali MTK?
Katowicka prokuratura otrzymała opinię biegłych, którzy badali przyczyny zawalenia się w styczniu hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Pod jej gruzami zginęło 65 osób, a 144 zostały ranne. Eksperci nie mają wątpliwości, że głównym powodem tragedii był wadliwy projekt wykonawczy dachu hali. Zawierał on mniej elementów wzmacniających, niż początkowo zakładano. - Hala mogła już runąć rok, a nawet dwa lata wcześniej - stwierdzili biegli.
Zawalenie się hali Międzynarodowych Targów Katowickich było największą katastrofą budowlaną w historii Polski. 28 stycznia pod jej gruzami zginęło 65 uczestników wystawy gołębi. Do szpitali trafiło 144 rannych. Katowicka prokuratura, która prowadzi śledztwo w tej sprawie, dostała wczoraj opinię na temat przyczyn zawalenia się hali. Sporządzili ją naukowcy z Politechniki Krakowskiej, którzy przez kilka tygodni badali nie tylko plany konstrukcyjne budynku, ale także zabezpieczone na miejscu tragedii materiały wykorzystane przy budowie. - Opinia jest analizowana i na razie nie możemy ujawnić jej treści - stwierdził wczoraj prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach.
Z informacji Gazety wynika jednak, że biegli nie mieli zastrzeżeń do jakości materiałów wykorzystanych przy budowie hali ani do zabezpieczenia terenu. Chociaż wybudowano ją na biedaszybach, to przed rozpoczęciem budowy wylano tysiące ton betonu i substancji, które zabezpieczyły teren przed zapadaniem.
Biegli wykryli jednak rozbieżności pomiędzy projektem budowlanym hali (zawiera planowane rozwiązania architektoniczne, konstrukcyjne i instalacyjne, na podstawie których otrzymuje się pozwolenie na budowę hali) a projektem wykonawczym (stanowi uszczegółowienie rozwiązań zawartych w projekcie budowlanym, nie może jednak naruszać istoty zatwierdzonego projektu i musi być zgodny z warunkami pozwolenia na budowę). Okazało się, że projekt wykonawczy w porównaniu z budowlanym został zubożony. Zawierał mniej wsporników i elementów wzmacniających, przez co zmniejszyło się dopuszczalne obciążanie blach poszycia. Z tego powodu co jakiś czas dach hali się wyginał.
- Zdaniem biegłych z tego powodu hala mogła runąć dosłownie w każdej chwili. Zalegający w dniu tragedii na niej śnieg był kroplą, która przelała czarę goryczy - mówi osoba znająca szczegóły opinii. Prokuratura będzie teraz ustalać, czy autorzy projektu zubożyli go z chęci zysku, czy też na polecenie szefów MTK, którzy chcieli obniżyć koszty. Śledczy, zasłaniając się tajemnicą śledztwa, odmawiają odpowiedzi na pytanie, czy na podstawie opinii biegłych planują przedstawić zarzuty osobom odpowiedzialnym za projektowanie hali.
Przetarg na projekt wygrała firma Decorum z Mysłowic. Jej właściciel Jan Dybała powiedział jednak wczoraj, że nie zajmował się projektem konstrukcji budynku. - Za to odpowiadał Jacek Jasiński z firmy Eko-tech - mówił Dybała. Tuż po zawaleniu się hali Jasiński próbował popełnić samobójstwo. W hotelu w Opolu podciął sobie żyły, ale został uratowany przez policję. - Nieważne, kogo wskażą jako winnego. W każdym, kto ma coś wspólnego z tą halą, pozostanie odpowiedzialność za tragedię - mówił wtedy, leżąc w szpitalu. Wczoraj nie udało się nam z nim porozmawiać.
Jak na razie zarzuty w sprawie katastrofy przedstawiono wyłącznie szefom MTK, którzy zostali aresztowani. Są podejrzani o świadome spowodowanie zagrożenia katastrofą budowlaną i nieświadome doprowadzenie do śmierci 65 osób. Prokuratura znalazła bowiem w ich komputerach mail od rzeczoznawcy budowlanego, który kilkanaście dni przed tragedią stwierdził, że dach hali wygiął się od zalegającego na nim śniegu. Polecił natychmiast go odśnieżyć oraz skonsultować się z projektantem w celu wzmocnienia. Kierownictwo MTK zignorowało jednak te zalecenia. Nie tylko nie odwołano wystawy gołębi, ale nawet nieodśnieżono dachu. Szefowie firmy obawiali się bowiem, że robotnicy mogą zniszczyć pokrywającą go folię uszczelniającą. Gazeta Wyborcza, Marcin Pietraszewski 05-05-2006
Do góry
Jak protestanci miasto zbudowali
150 lat temu w Katowicach powstała pierwsza parafia ewangelicka. To właśnie dzięki protestantom ta niewielka osada uzyskała prawa miejskie i szybko się rozwijała.
Pierwsi ewangelicy pojawili się na terenie dzisiejszych Katowic w XVI wieku, a już sto lat później protestant Walenty Roździeński (jego właściwe nazwisko to Brusek lub Brusiek), zarządca hut Andrzeja Kochcickiego, wydał poemat Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego. Dzieło to było nieznane przez 300 lat, ale dziś uchodzi za jedno z najważniejszych wydawnictw tamtej epoki.
W XIX wieku blisko 600 katowickich ewangelików chodziło na nabożeństwa do pobliskiego Chorzowa. W końcu 30 maja 1854 roku królewski konsystorz we Wrocławiu ogłosił, że w Katowicach powoła ewangelickiego wikariusza. Pierwsze nabożeństwo poprowadził on w sali na terenie pobliskiej Huty Marta. Dwa lata później ewangelicy mieli też w Katowicach własny cmentarz. Teren przy dzisiejszej ul. Damrota podarował Friedrich Wilhelm Grundmann, który po śmierci również tu spoczął. Dziś po jego grobie i grobach innych zasłużonych katowiczan nie ma ani śladu. W latach 60. zrównano nekropolię z ziemią, a dopiero dwa lata temu na trawniku koło Biblioteki Śląskiej stanęła tablica przypominająca o miejscu pochówku ewangelików.
Z czasem wybudowano przy Friedrichstrasse (ul. Warszawska) kościół Zmartwychwstania Pańskiego, który służy ewangelikom do dziś. Jego pierwszym proboszczem był ks. Gothold Clausnitzer.
Dr Piotr Greiner, historyk z Uniwersytetu Śląskiego, przypomina nazwiska najznamienitszych ewangelickich mieszkańców Katowic. Jednym tchem wymienia właśnie Roździeńskiego, Grundmanna, Richarda Holtzego i Marię Goeppert-Mayer, jedyną katowiczankę, która otrzymała Nagrodę Nobla. Goeppert-Mayer urodziła się w Katowicach w 1906 roku i mieszkała tu zaledwie trzy lata. Szkoły kończyła w Getyndze, gdzie jej rodzina przeniosła się w 1909 roku. Studiowała nauki przyrodnicze, a później matematykę. W 1930 roku wyszła za mąż za amerykańskiego fizyka Josepha Mayera i wyjechała z nim do USA.
Prawdziwym przełomem w jej życiu było rozpoczęcie badań zmierzających do zbudowania bomby atomowej. Jej zespół najpierw zajmował się oddzielaniem rozszczepialnych izotopów uranu, później zaś Goeppert-Mayer dołączyła do załogi słynnego laboratorium w Los Alamos. Po wojnie dalej zajmowała się fizyką jądrową, a później teorią pochodzenia pierwiastków. W 1963 roku przyznano jej Nagrodę Nobla za odkrycie struktury powłokowej atomów. Zmarła w 1971 roku w San Diego. - Niedawno przejeżdżałem koło liceum na ul. 3 Maja, czyli popularnego Pika. Teraz patronem szkoły jest Maria Curie-Skłodowska. Zastanawiam się, czemu nie Goeppert-Mayer - mówił podczas sesji z okazji 150-lecia parafii ewangelickiej Greiner.
Ks. Tadeusz Szurman, biskup ewangelicko-augsburski w Katowicach, podkreśla, że to właśnie dzięki ewangelikom miasto szybko rozwijało się. Lekarz dr Karte sprowadził do Katowic pierwsze urządzenie rentgenowskie, również protestanci przeprowadzili pierwszą udaną trepanację czaszki.
Najwięcej dla Katowic zrobili jednak Grundmann i jego zięć Holtze. Ten ostatni urodził się w 1824 roku w Bełku koło Rybnika. Po zdaniu egzaminu lekarskiego w 1851 roku przyjechał do Katowic, które były jeszcze wtedy wsią. Tu poznał Grundmanna, który zarządzał Katowicami w imieniu Fryderyka Wincklera. Holtze ożenił się z córką Grundmanna Berthą. Już po uzyskaniu w 1865 roku przez Katowice praw miejskich został pierwszym przewodniczącym rady miejskiej. Funkcję tę pełnił aż do śmierci w 1891 roku. Holtze założył kilkanaście towarzystw, przyczynił się do powstania w Katowicach gminy ewangelickiej, napisał też pierwszą monografię miasta. Przez całe życie pracował jako lekarz.
Georg Hoffmann w Historii miasta Katowice z 1895 roku przypomina, że początki katowickiego samorządu nie były łatwe. Brakowało wszystkiego, co potrzebne jest miastu do normalnego działania. Zarząd policji dworskiej nie przekazał urzędnikom żadnych sprzętów. Sołtys Katowic - niejaki Troll - podarował za to stare biurko, kilka kałamarzy, regały na książki i akta. Początkowo posiedzenia władz miasta odbywały się w prywatnym mieszkaniu burmistrza, a radni spotykali się w hotelach Welts i de Prusse. Dopiero później kupiono budynek na rogu rynku i Friedrichstrasse, który służył jako ratusz.
Nie obyło się też bez skandali. W 1870 roku burmistrz Diebel uciekł z miasta razem z 15 tys. talarów. Złapano go dopiero w Baltimore, ale część pieniędzy zdążył już wydać. Gazeta Wyborcza, Przemysław Jedlecki 04.05.2006
Do góry
Odnowią rury pod Francuską
Na ulicy Francuskiej, już i tak zamkniętej od strony Warszawskiej, doszły kolejne utrudnienia. Przez cały maj trwać tam będą prace przy remoncie kanalizacji.
Na odcinku od Powstańców aż do Warszawskiej etapowo wyłączane będą ok. 40-metrowe fragmenty pasa jezdni. Mogłoby być gorzej, gdyby nie fakt, że prace będą prowadzone metodą bezwykopową. Specjalistyczna firma, która wykonuje je na zlecenie Rejonowego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji, zajmuje jezdnię ciężarówkami. Potrzebuje też dostępu do studzienek kanalizacyjnych. Do nich wprowadzany jest rękaw nasączony żywicą termoutwardzalną, która reaguje na temperaturę 80 stopni C., i w starym rurociągu powstaje jakby nowa rura.
RPWiK zleca te prace już od kilku lat. Teraz trwają w centrum Katowic. Bezawaryjne są już np. rurociągi pod Staromiejską. Do czerwca wyremontowana zostanie jeszcze m.in. kanalizacja pod Pocztową. Dziennik Zachodni, bib 02.05.2006
Do góry
Wybór cytatów © Portal.Katowice.pl

Wstecz - Start - Do góry

Redakcja - Regulamin - Współpraca - Reklama - Strony WWW              © Copyright by GST 05-12